fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 3.kolejki 2.ligi!

30 grudnia 2025, 22:57  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

Kilka ekip z dołu tabeli 2. ligi wreszcie otworzyło swój dorobek w sezonie 2025/26. Pierwsze punkty straciła za to KS Seta.

Niewiele też brakowało, by premierowe potknięcie w trwającej kampanii zaliczyła Ternovitsia. Praktycznie od samego początku sezonu towarzyszy nam refleksja, że ekipa Romana Shulzhenki nie gra tego, z czego jest znana i chociaż swoje spotkania wygrywa, to w żadnym meczu nie zaprezentowała dominacji od pierwszej do ostatniej minuty. Z Tuba Juniors też się na to nie zapowiadało, tym bardziej że ekipa z Rembertowa przyjechała w całkiem niezłym składzie, nie licząc nieobecności Kamila Sadowskiego w bramce, którego świetnie zastępował Kacper Winiarek. I to właśnie jego interwencje powodowały, że tutaj dość szybko nie zrobiło się nieciekawie z perspektywy Tubiarzy. Z kolei po drugiej stronie boiska Tuba praktycznie przy pierwszej możliwej okazji zmusiła do kapitulacji golkipera oponentów i było 1:0. Ternovitsia szybko jednak odpowiedziała, a potem zaczęła toczyć zacięte boje ze wspomnianym wcześniej Kacprem Winiarkiem. Bramkarz Juniorów wychodził z tych opresji obronną ręką i naprawdę prezentował się kapitalnie. W końcu jednak musiał skapitulować, a sposób na niego znalazł Serhii Romanovskyi. Znowu jednak ekipie z Ukrainy nie udało się pójść za ciosem. Co więcej - w końcówce pierwszej połowy żółtą kartkę zobaczył Roman Onishchuk, co na starcie drugiej części spotkania Tuba wykorzystała i znów doprowadziła do remisu.

Ale potem nadszedł dobry okres dla faworytów. Na przestrzeni dosłownie kilku minut udało im się złamać konkurenta i zaaplikować mu trzy gole, z czego jeden zdobył debiutant w zespole Terno, ale znany choćby z występów w reprezentacji NLH - Vlad Voronov. Drużyna Romana Shulzhenki nie byłaby jednak sobą, gdyby w tym sezonie nie komplikowała sobie spraw. No i tak było również tym razem. Najpierw błąd popełnił Roman Onishchuk, który w taki sposób chciał wybić piłkę, że trafił nią w Szymona Gołębiewskiego, a ta sobie tylko znanym sposobem wpadła do siatki. Potem robotę zrobił Kacper Winiarek, który nie tylko świetnie bronił, ale potrafił też dać coś z przodu i to on doprowadził do wyniku 4:5 z perspektywy Tuby. Ternovitsia musiała wziąć się w garść, by robota z całego spotkania nie poszła na marne, ale na jej szczęście przeciwnicy nie byli w stanie nic już konkretnego wykreować i skończyło się na jednej bramce różnicy. Wicelider tabeli triumfuje, dysponuje kompletem punktów po trzech kolejkach, ale wciąż ma problemy z zamknięciem spotkania. Natomiast może warto spojrzeć na to w ten sposób, że skoro nawet jeśli nie gra wybitnie, a wygrywa, to co będzie, jak wróci do swojej starej dyspozycji. Pytanie: kiedy to nastąpi. Natomiast Tuba była naprawdę blisko sprawienia niespodzianki i za tę postawę trzeba chłopaków pochwalić. Spośród wszystkich meczów rozegranych przez nich w trwającej kampanii ten podobał nam się zdecydowanie najbardziej. I to właśnie na nim opieramy oczekiwania, że bracia Gołębiewscy i spółka nie powiedzieli jeszcze w tym sezonie ostatniego słowa.

W pierwszym meczu o mało co nie doszło do remisu 5:5, ale już w drugim spotkaniu właśnie tak się zakończyło. A była to kolejna potyczka polsko-ukraińska, bo FC Górale mierzyli się z Gato FS. Faworytem byli ci pierwsi, chociaż pod kątem składu trochę brakowało do stwierdzenia, że przyjechali w optymalnym zestawieniu, bo nie było choćby Wojtka Wociala. Ich oponenci dysponowali natomiast niemal wyjściowym garniturem, co zapowiadało, że Gato zrobi wszystko, by w końcu otworzyć swój dorobek punktowy. I dość szybko ekipa Andrija Rosinskiego powinna objąć prowadzenie, lecz kilka razy nie potrafiła wykorzystać faktu, że w bramce Górali brakowało wysoko grającego Marcina Lacha. To się zemściło w 9. minucie, gdy na strzał zza pola karnego zdecydował się Łukasz Budryk i Górale objęli prowadzenie. Utrzymali je do 18. minuty, ale wtedy do głosu doszli gracze z Ukrainy. Najpierw wyrównał Ivan Hulin, a potem na strzał zdecydował się Dmytro Zharik - piłka przełamała palce Marcinowi Lachowi i dość niespodziewanie jeszcze przed przerwą Gato było na prowadzeniu.

Wtedy sprawy w swoje ręce znowu musiał wziąć Łukasz Budryk. Ten gracz był wyjątkowo dobrze dysponowany i zwłaszcza przy trafieniu na 2:2 popisał się kapitalnym uderzeniem pod poprzeczkę. Potem dołożył jeszcze jedno i sytuacja nam się odwróciła. Gato zripostowało bramką Artema Kopusa, ale Górale ani myśleli odpuszczać i po tym, jak swoim rozegraniem trochę uśpili przeciwników, piłka doszła do Filipa Górala, a ten dopełnił formalności. Potem mieliśmy małą kontrowersję, bo sędziowie pokazali żółtą kartkę dla Yaroslava Burlachenki, która naszym zdaniem chyba została wyciągnięta zbyt pochopnie. Ekipa w szarych koszulkach mogła więc podwyższyć prowadzenie, lecz nie wykorzystała przewagi zawodnika. I to się zemściło. Końcówka spotkania była zresztą szalona i tutaj wynik mógł się przechylić na każdą ze stron. W 39. minucie Gato wykorzystało stratę w obronie rywali i Siarhei Zhukouski doprowadził do remisu, a praktycznie w następnej akcji Yaroslav Burlachenko wykorzystał podanie od Maksyma Droboteya i ładnym strzałem zmusił do kolejnej kapitulacji Rafała Sosnowskiego. Górale na kilkadziesiąt sekund przed końcem przegrywali więc 4:5, a mogło być jeszcze gorzej, bo ryzykując grę z lotnym bramkarzem, mało nie stracili gola na 4:6, lecz rywal nie zmieścił piłki w pustej bramce.

I oni również poczuli znaczenie słów, że niewykorzystane okazje się mszczą. Chwilę przed ostatnim gwizdkiem Maksym Drobotey sfaulował Janka Endzelma, obejrzał żółtą kartkę, a Górale skutecznie rozegrali rzut wolny i po golu Filipa Górala mecz zakończył się podziałem punktów. Zasłużonym, bo chociaż obydwie strony czują pewnie niedosyt, to obejrzeliśmy wyrównane starcie, gdzie jedni i drudzy mieli swoje lepsze i gorsze fragmenty. Dla Gato ten punkt oznacza otwarcie dorobku i jeśli takim składem jak ostatnio będą przyjeżdżali w nowym roku, to widmo spadku szybko od siebie odsuną. Górale natomiast nieco oddalili się od ścisłej czołówki rozgrywek, jednak jedno w ich sytuacji pozostaje niezmienne. Niezależnie od miejsca w tabeli wciąż są najbardziej nieobliczalnym zespołem w stawce. To drużyna, której bardziej obawiają się rywale, niż oni sami kogokolwiek. W walce o medale z pewnością pozostaną więc do samego końca, a nawet jeśli nie, to i tak odegrają znaczącą rolę w ukształtowaniu się ligowej czołówki.

Po fajnych emocjach, jakie towarzyszyły poprzednim potyczkom, wiedzieliśmy, że zupełnie inny obraz spotkania możemy zobaczyć w parze FSK Kolos – Ferajna United. Co prawda ci drudzy byli po ważnym zwycięstwie nad Gato, ale wówczas klasą samą dla siebie był Mariusz Milewski, a tym razem go zabrakło. Biorąc to pod uwagę i jednocześnie widząc, że Kolos przyjechał bardzo mocnym składem, raczej nie dawaliśmy Ferajnie wielkich nadziei. Oczywiście jak to zawsze w ekipie Damiana Białka motywacja była duża, determinacja też, chłopaki opracowali sobie pewien plan taktyczny i mogli nawet już w 37. sekundzie prowadzić, lecz Olaf Ćwierzyński źle rozwiązał dogodną sytuację. Potem jednak stało się to, czego wszyscy się spodziewaliśmy. Ukraiński walec szybko znalazł dziurę w obronie przeciwnika: zrobiło się 1:0, potem 2:0, a w 9. minucie można było to spotkanie równie dobrze zakończyć. Paweł Marczak dopuścił się faulu taktycznego na jednym z rywali, a sędziowie słusznie wycenili to na czerwoną kartkę. Ktoś powie, że tym samym trochę zabili ten mecz, ale nie zapominajmy, że byliśmy na wczesnym etapie tej potyczki i po prostu arbitrzy nie mieli wyjścia. Gdyby podobna sytuacja wydarzyła się później, pewnie skończyłoby się na żółtej kartce.

No ale stało się inaczej i chociaż Ferajna dzielnie walczyła w osłabieniu i ostatecznie pierwszą połowę przegrała tylko 0:3, to o jakichkolwiek emocjach nie było mowy. Druga połowa stanowiła formalność, ale oddajmy przegranym, że nie chcieli łatwo oddać punktów i nawet zdobyli dwa gole, co ostatecznie zamknęło nam wynik na poziomie 8:2. Szkoda, że tak to się wszystko poukładało, bo Ferajna była naprawdę dobrze przygotowana do tego meczu i może przy jakiejś dużej dozie szczęścia coś się tutaj ciekawego mogło wydarzyć. Zamiast tego dostaliśmy dość jednostronną potyczkę, bo i Kolos miał świadomość, że tutaj nie musi grać na 100%: wiele minut otrzymali rezerwowi i stąd również ten stosunkowo niski rezultat. Faworyt zrobił więc swoje, niestety bez większego wysiłku, a być może nawet liczył trochę na to, że wreszcie trochę potu na zielonkowskim parkiecie zostawi. Paweł Marczak miał jednak w stosunku do nich trochę inne plany... ;)

Na tak jednokierunkowy mecz jak przed chwilą absolutnie nie zanosiło się przy okazji potyczki Everestu z KS Setą. Chociaż pewnie w ten sam sposób zapowiadaliśmy spotkanie tych drużyn przed rokiem. I co? I wówczas Seta rozgromiła drużynę z Ukrainy aż 8:0. Teraz jednak ciężko byłoby to powtórzyć z wielu względów. Choćby kadrowych, bo jedni i drudzy wyglądają trochę inaczej pod względem składów, no a dodatkowo jesteśmy w trochę innym momencie sezonu niż wtedy. Ale jedno się nie zmieniło - ranga spotkania była duża, bo Seta chciała wygrać po raz trzeci z rzędu i pozostać w ścisłej czołówce tabeli, a Everest szukał rehabilitacji po porażce z Góralami. No i jak się okazało - szybko powrócił na zwycięską ścieżkę. Sam mecz nie był może wielkim widowiskiem, natomiast mogła podobać się konsekwencja, z jaką drużyna (powracającego do gry) Yosifa Manuchariana od samego początku tutaj grała. Nie było wielkiego forsowania tempa, ale gdy tylko pojawiał się drobny błąd w szeregach rywala, chłopaki od razu to wykorzystywali. Tak też było w 6. minucie, gdy złe rozegranie w obronie Sety na gola zamienił Illia Shemanuev. Gospodarze nie byli w stanie odpowiedzieć i to nie tyle, że mieli jakieś sytuacje, których nie potrafili wykorzystać, ale po prostu bardzo rzadko zatrudniali do pracy Daniila Bobrova. No a w 10. minucie było już 2:0, a na listę strzelców wpisał się Yurii Vovkotrub, który pierwszy raz pojawił się na rozgrywkach NLH. Dwa gole straty to jeszcze nie była czarna rozpacz, jak zwykle mawia się w tego typu okolicznościach, ale Seta dosłownie w ostatnich sekundach pierwszej połowy jeszcze sobie utrudniła zadanie, gdy Maciek Maciejewski tak zagrał piłkę, że spadła ona wprost pod nogi Vladyslava Burdy, a ten wykorzystał fakt braku golkipera Sety między słupkami i do przerwy było już 3:0.

A po przerwie obraz gry specjalnie się nie zmieniał. Everest mądrze kontrolował tempo spotkania i chociaż sam nie był już tak skuteczny jak wcześniej, to wystarczyło, żeby dowiózł to, co wcześniej sobie wypracował. No ale Seta w końcu się obudziła. Oskar Nieskórski znalazł niepilnowanego Czarka Zaboklickiego, a ten wreszcie otworzył dorobek strzelecki miejscowych. Podopieczni Czarka Szczepanka podkręcili tempo i nagle się okazało, że rywal wcale nie jest taki straszny. Co prawda Everest również zaczął coś tworzyć, ale to Seta zdobyła kolejnego gola w tym meczu, a konkretnie uczynił to Patryk Sadurek. Wynik na styku spowodował, że dostaliśmy niezwykle emocjonującą końcówkę meczu. Najpierw idealnej okazji dla ekipy z Ukrainy nie wykorzystał Yurii Vovkotrub, a w odpowiedzi Seta też zmarnowała sytuację, gdy najpierw strzał Patryka Sadurka obronił Daniil Bobrov, a potem centymetrów do szczęścia zabrakło Mateuszowi Dąbrowskiemu. Być może, gdyby było jeszcze trochę czasu, wówczas ten remis w końcu „stałby się ciałem”, ale Everest nie dał sobie już nic wbić i wygrał finalnie różnicą jednego gola. Zasłużenie, bo był lepszy, bardziej wyrachowany, natomiast powinien zdecydowanie mądrzej zarządzać wynikiem w drugiej połowie, bo o mało się to nie zemściło. Na końcu liczą się jednak punkty i skuteczny rewanż za porażkę sprzed roku stał się faktem. Co do Sety, to końcówka spotkania pokazała, że tę ekipę stać było na wykazanie się inicjatywą. Byłoby jednak dużym uproszczeniem stwierdzić, że większa odwaga zmieniłaby wynik o 180 stopni. Rywale przez długi czas kontrolowali przebieg meczu, a niedosyt Sety wynika raczej z tego, że dziś mogą zastanawiać się, czy mogli spróbować czegoś więcej i wcześniej. Bo jak mawia klasyk, czasami lepiej żałować czynów niż zaniechań.

O Warsaw Fire w ostatnich tygodniach wypowiadaliśmy się w samych superlatywach. Owszem, swoje mecze przegrywali, lecz mieli trudnych rywali na horyzoncie, a mimo to nie ustępowali im w niczym, będąc blisko, by urwać choćby punkty Ternovitsii. Napisaliśmy wówczas, że z taką grą spokojnie powinni zapunktować wtedy, gdy przyjdzie im stanąć w szranki z rywalem będącym na ich poziomie. Taka okazja nadarzyła się właśnie w środę, gdy po drugiej stronie boiska stanęła ekipa Goat Life Sport - zespół również nie mający przed tym spotkaniem ani jednego punktu na swoim koncie. Tyle że problem Strażaków polegał na tym, że w meczach trudnych ich personalia wyglądały lepiej, a grę ciągnął Paweł Giel. Niestety, tym razem go zabrakło, co - jak się później okazało - miało swój wpływ na końcowy wynik. Sam mecz okazał się obustronną wymianą ciosów, a do pewnego momentu przyjmował postać: Tomek Janus vs Goat Life Sport. Bo to właśnie kapitan Strażaków zdobywał na początku wszystkie gole dla swojej ekipy, którymi zresztą trzykrotnie wyprowadzał drużynę na prowadzenie, no ale oponenci za każdym razem odpowiadali. Zmiany w tym schemacie przyniosła końcówka pierwszej połowy: wówczas najpierw do wyrównania doprowadził Sebastian Sasin, a potem ekipa Kamila Kozłowskiego wykorzystała złe zagranie z defensywy Warsaw Fire i lada moment do meczowego protokołu wpisał się Wiktor Wiśniewski.

Na początku finałowej odsłony zaciął się „karabinek” w strzelbie Tomka Janusa. W 22. minucie nie wykorzystał on dogodnej okazji, by doprowadzić do remisu, a następnie w 27. minucie złapał się za głowę, gdy również nie zdołał pokonać Grześka Kowerskiego, a jego drużyna grała wówczas w przewadze. Gdy jednak gola nie możesz zdobyć, to co wtedy najlepiej zrobić? Oczywiście zmienić się w asystenta i tak właśnie zrobił Tomek Janus, zaliczając kluczowe podanie do Andrzeja Gruby i po raz czwarty w tym meczu na tablicy świetlnej zawitała równość. Na krótko. Dosłownie chwilę po tym golu, Warsaw Fire dali sobie błyskawicznie wbić trafienie na 4:5, które tak rozochociło jego autora, Pawła Głuszka, że w 36. minucie po ładnym indywidualnym rajdzie podwyższył on stan posiadania Goatsów do dwóch bramek różnicy. Strażacy nie chcieli tak tego zostawić i nawet minimalizowali straty, jednak ostatnie słowo należało do Sebastiana Sasina, który wykorzystał brak bramkarza w obozie konkurenta i ustalił wynik spotkania. Można powiedzieć, że tym samym otrzymaliśmy powtórkę z rozrywki. Rok temu mecz tych drużyn skończył się niemal identycznie, bo 6:4 wygrali Goat Life Sport, co bardzo przysłużyło się do ich utrzymania. A okoliczności były bardzo podobne, bo też stawialiśmy Warsaw Fire w roli faworytów. Byli wtedy na fali, ale też nie potrafili pokonać drużyny Kamila Kozłowskiego. Tak jak wspomnieliśmy - swoje zrobił trochę pech związany z brakiem Pawła Giela, no i bramkarza, Szymona Bielańskiego. Ale nawet bez nich można było tutaj pokusić się o coś więcej, natomiast Goatsi mają w sobie coś, że potrafią te kluczowe dla swoich losów spotkania wygrywać. Bo nie da się ukryć, że te trzy punkty mogą się okazać złote w kontekście ich pozostania na zapleczu elity. Na ten moment skutecznie odbili się od ligowego dna. Z kolei Strażacy muszą czym prędzej wprowadzić plan naprawczy. Nie tylko dlatego, że ich pozycja w tabeli nie może być już gorsza, ale też dlatego, że ich kredyt zaufania oparty na dobrym wrażeniu powoli się wyczerpuje...

Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: