Opis i retransmisja 9.kolejki 3.ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów trzeciej ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów trzeciej ligi!
Raczej zgodnie z oczekiwaniami potoczyły się wyniki w ostatniej serii gier 3. ligi. Wicemistrzem została Faludża, a goryczy pierwszego spadku w NLH zaznała Gencjana.
Szansę na najniższy stopień podium zmarnowała za to MR Geodezja. Żeby przedłużyć nadzieje na pomyślny dla siebie koniec, należało wygrać z Białowieską, a potem liczyć, że Las Vegas nie odpuści meczu z Adrenaliną. To brzmiało jak scenariusz do zrealizowania, ale Białowieska, chociaż grała co najwyżej o 6. miejsce, ani myślała zagrać tutaj z mniejszą determinacją niż zwykle. Biorąc to pod uwagę oraz mając świadomość, że zarówno ten zespół, jak i Geodeci to ekipy dobrze poukładane, nie spodziewaliśmy się tutaj worka goli i należało zakładać, że może nawet skończyć się remisem. U Geodezji na pewno rzucał się w oczy fakt, że mieli tylko jednego rezerwowego, no ale wraz z pierwszym gwizdkiem przestało to mieć znaczenie. Początek należał jednak do rywali - już w 50. sekundzie sytuacji sam na sam z Krzyśkiem Kunowskim nie wykorzystał Bartek Mróz, ale chwilę później wszystko jak trzeba zrobił Antek Sonnenfeld i było 1:0. Lada moment mogło być 2:0 i myśleliśmy, że Białowieska szybko zbuduje sobie tutaj przewagę. Stało się odwrotnie. W 5. minucie Sebastian Ryński zamknął akcję swojej ekipy na dalszym słupku, z kolei w 11. minucie Wiktor Kania dał pierwsze prowadzenie Geodezji. No i teraz to ten zespół trzymał kierownicę w dłoniach. Wiktor Kania i Sebastian Ryński mogli stan posiadania podwyższyć, ale jak się łatwo domyślić - nie robiąc tego, sami wyprosili sobie kłopoty. Stało się to tuż przed syreną oznajmiającą koniec pierwszej połowy, gdy do wyrównania doprowadził Antek Sonnenfeld. Geodeci nie dali sobie jednak podciąć skrzydeł golem do szatni i na starcie drugiej połowy zasłużenie wyszli na kolejne prowadzenie. Ten wynik w tamtym momencie dawał im wirtualne trzecie miejsce, ale nie udało im się dowieźć go do końca. Zdecydowała o tym 30. minuta i skuteczny strzał Marcina Krucza, któremu piłka spadła idealnie pod stopy po odbiciu się od jednego z rywali. Za chwilę doszło do zmiany w bramce Geodezji, gdzie kontuzjowanego Krzyśka Kunowskiego zastąpił Marcin Błoński, co oznaczało, że podopieczni Marcina Rychty musieli do samego końca grać bez zmian. To z kolei wróżyło, że nawet ten remis ciężko będzie utrzymać, chociaż w końcówce swoje okazje miały obydwie ekipy. Białowieska grała nawet przez jakiś czas w przewadze zawodnika, lecz nie potrafiła tego wykorzystać i po 40 minutach gry zakończyło się podziałem punktów. Chyba sprawiedliwym, natomiast tak jak napisaliśmy wcześniej - jeden gol więcej zdobyty albo jeden mniej stracony i Geodeci (biorąc pod uwagę późniejszą porażkę Adrenaliny) mieliby 3. miejsce. To boli, bo mieli fajny sezon, dużo lepszy niż po nich oczekiwaliśmy i to byłaby taka wisienka na torcie. Ale bez wątpienia Marcin Rychta może być zadowolony z chłopaków, bo nawet w tych przegranych meczach zespół był blisko, by wyniki były odwrotne. Jeśli ten skład się utrzyma i może dojdzie jakiś napastnik, to do wielu trofeów zdobytych przez Al-Mar, Marcin będzie miał okazję dorzucić niedługo pierwszy puchar za Geodezję. Podobne nadzieje może też mieć Krzysiek Sonnenfeld. Jak na pierwszy sezon po długiej przerwie i pierwszy w takim składzie - było naprawdę dobrze. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i to, co dziś można przyjąć za umiarkowany sukces, za rok może już być rozczarowaniem. I podobnie jak w przypadku Geodezji, warto byłoby się rozejrzeć za klasyczną „9”, bo wówczas o realizację kolejnego kroku będzie im zdecydowanie prościej.
Ulga - pewnie takie uczucie towarzyszyło mniej więcej około 20:55 Robertowi Świstowi. On już wiedział, że remis Geodezji powoduje, iż jego Adrenalina będzie przynajmniej brązowym medalistą 3. ligi. Można było pokusić się jednak o więcej, a żeby tak się stało, trzeba było pokonać Las Vegas i trzymać kciuki za Szmulki z Faludżą. Zdecydowanie prostszą część zadania, co nie znaczy że prostą, mieli gracze Adrenaliny, bo jednak kwestię wygranej z Parano mieli tylko we własnych nogach. Tyle tylko, że w naszej ocenie nie byli faworytami tego spotkania. Może to trochę dziwne, biorąc pod uwagę pozycje w tabeli obu zespołów, jednak gdy tylko okazało się, że Grzesiek Dąbała będzie dysponował mocnym składem, to wróżyliśmy Adrenalinie bardzo ciężkie starcie. No i nie pomyliliśmy się. Las Vegas było zespołem lepszym, aczkolwiek trochę trwało, zanim ta ich przewaga w potencjale zaczęła mieć przełożenie na gole. Ostatecznie musieliśmy poczekać w tej kwestii aż do 13. minuty, chociaż nie musiało tak być, gdyby nie fatalne pudło praktycznie na pustą bramkę Filipa Pietrusiewicza z 8. minuty. Ale nikt do niego z ekipy Parano pretensji nie miał, tym bardziej, że gracze w czarnych strojach i tak swój cel lada moment osiągnęli. Wynik 1:0 przetrwał aż do końcówki pierwszej połowy, gdzie bramki zaczęły padać hurtowo. Najpierw na 2:0 dla Vegas podwyższył Kuba Koszewski, ale w następnej akcji Adrenalina odpowiedziała skutecznym uderzeniem z dystansu własnego bramkarza, czyli Bogdana Stefańczuka. Tej skromnej straty nie udało się jednak dowieźć drużynie Roberta Śwista do przerwy, bo na kilka sekund przed syreną dwubramkową przewagę Parano przywrócił Kuba Koszewski. A gdy na początku finałowej odsłony zrobiło się 4:1, to nie wróżyliśmy Adrenalinie powrotu do tego spotkania. Zderzyliśmy się jednak z klątwą komentatora, bo często tak bywa, że gdy już coś wydaje nam się oczywiste, to nagle sytuacja zmienia się o 180 stopni. Tak było i tutaj. Przegrywający złapali dobry moment między 25. a 26. minutą i zdobywając dwa gole z rzędu, przywrócili emocje w spotkaniu. No ale do trafienia wyrównującego wciąż było daleko. Las Vegas uspokoiło grę, rzadko dopuszczało do zagrożenia we własnym polu karnym i pewnie obyłoby się bez nerwów, gdyby nie żółta kartka dla Grześka Ampta. To zdarzenie z 37. minuty spowodowało, że faworyci musieli jeszcze mocniej się skoncentrować, jednak rywale nie byli w stanie wykorzystać liczebnej przewagi. Co więcej - po jednej z akcji i ich zablokowanym strzale, Parano wypuścili kontrę, którą skutecznie wykończył Kuba Koszewski. Była tutaj lekka kontrowersja związana z potencjalnym zagraniem ręką gracza Las Vegas we wcześniejszej fazie akcji, jednak arbiter słusznie uznał, że do przekroczenia przepisów nie doszło. Wynik 5:3 już swojej postaci nie zmienił i to gracze Grześka Dąbały zakończyli sezon wygraną. Pewnie by się jednak zamienili z Adrenaliną, bo to jednak przeciwnicy skończyli na podium, a oni nie. Nie ulega jednak żadnej wątpliwości, że gdyby skład Parano uformował się wcześniej i od początku przyjeżdżali takim zestawieniem jak ostatnio, to Klimag miałby bardzo poważnego konkurenta w walce o tytuł. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze, bo jeśli Kuba Koszewski i spółka będą się tak zbierali w kolejnym sezonie, to w ciemno stawiamy ich w gronie murowanych faworytów do walki o złoto. Tak daleko w przyszłość nie wybiega za to Robert Świst. On pewnie cieszy się tym, co jest, czyli brązowym medalem. Medalem dla zespołu, który bardzo późno został zbudowany i trudno było przewidzieć, jak to może funkcjonować na przestrzeni sezonu. Indywidualna jakość zawodników zrobiła jednak swoje i chociaż czasami brakowało zgrania, to było sporo momentów, gdy na grę tej ekipy patrzyło się z przyjemnością. I sami jesteśmy ciekawi, jak potoczą się dalsze losy tej sympatycznej kapeli.
Podobne pytanie co wyżej wydaje się chyba zasadne w przypadku Gencjany. To nie był ich sezon, chociaż na tej ostatniej prostej można go było jeszcze spróbować uratować. Ciężko było jednak zakładać, że skoro w tej edycji odnieśli tylko dwa zwycięstwa, to w finałowej kolejce dorzucą kolejne i to nad świeżo upieczonym mistrzem. Z drugiej strony - może właśnie na tym należało opierać pewien optymizm, że Klimag nic już w tym spotkaniu nie musi, więc może łatwiej będzie go ograć. My jednak byliśmy bardzo sceptyczni co do tego i to nawet widząc, że Patryk Maliszewski musiał sobie radzić z dość poważnymi osłabieniami. Wystarczyło nam jednak, że przyjechał chociażby Piotrek Bergiel i to już było świadectwo, że Klimag żadnej taryfy ulgowej nie przewiduje. Parkiet to potwierdził. Gencjana już po pierwszej połowie wiedziała, że chyba nic z tego nie będzie, bo chociaż nie grała źle, to i tak przegrywała 1:4. No właśnie - zwłaszcza w premierowych 10 minutach podopieczni Maćka Zbyszewskiego nie dość, że byli równorzędnym partnerem dla faworytów, to przy stanie 1:1 powinni zdobyć gola na 2:1. Tomek Wasak, w sobie tylko znany sposób, nie potrafił jednak z odległości metra wpakować piłki do siatki. A wiadomo jak się kończą takie niewykorzystane okazje. W 12. minucie było już 1:2, potem błyskawicznie kolejnego gola dla Klimagu zdobył Arek Stępień i ciężko było sobie wyobrazić, że tutaj nastąpi jakikolwiek zwrot akcji. Tym bardziej, że wspomniany Arek Stępień nie zatrzymywał się i jeszcze przed przerwą skompletował hat-tricka. Gorszy od ligowego weterana nie chciał być Piotrek Bergiel. Najmłodszy na boisku zawodnik kilka chwil po przerwie podwyższył na 5:1 i tutaj nie było czego zbierać. Wiedzieliśmy jednak, że Fioletowi tak łatwo tego nie zostawią. Dzięki dwóm bramkom z rzędu Łukasza Sasala dali jeszcze sygnał, że może uda się jeszcze tutaj powalczyć. Klimag na wszelki wypadek odpowiedział trafieniem Patryka Maliszewskiego, lecz Evgenio Asinov w 37. minucie ponownie zmniejszył dystans do dwóch trafień. Na tym jednak comeback Gencjany się skończył. Finałowe fragmenty należały do mistrzów 3. ligi, a konkretnie do duetu Arek Stępień - Piotrek Bergiel, który pozwolił Klimagowi zakończyć tę niezwykle udaną dla siebie kampanię zwycięstwem. Można powiedzieć, że to było zakończenie sezonu godne najlepszej ekipy w 3. lidze. Brawo dla Patryka Maliszewskiego i spółki, że nie odpuścili i też dzięki temu skończyli rozgrywki z serią 8 wygranych z rzędu. Jeszcze raz gratulacje, panowie! A Gencjana niestety - przyszło jej posmakować goryczy spadku w NLH. To pokazuje, jak wyrównana była 3. liga, bo jednak Fioletowi w wielu meczach grali solidnie, przegrywali minimalnie, no i jak się okazało – udało im się wyprzedzić tylko jednego przeciwnika. To efekt również problemów ze składem, bo brakowało w tej kwestii stabilizacji. Co dalej? Trudno powiedzieć. Mamy jednak nadzieję, że to nie koniec historii Maćka Zbyszewskiego i jego drużyny. I że wrócą choćby po to, aby obecny sezon nie był tym, z którego zostaną najbardziej zapamiętani z Nocnej Ligi Halowej.
Specyficznego doświadczenia, w postaci drugiej relegacji z rzędu, uniknęli z kolei gracze JMP. I oni wiedzieli to jeszcze przed startem spotkania z Mocną Ekipą, bo w tabeli mogła ich wyprzedzić tylko Gencjana, ale Fioletowi nie podołali zadaniu. Tym samym zawodnicy Damiana Zalewskiego mogli na większym luzie podejść do zwieńczenia sezonu, chociaż ich cel pewnie się na to spotkanie nie zmienił. Ale ich rywale pewnie także liczyli, że tę kiepską edycję we własnym wykonaniu uda się zwieńczyć jakimś pozytywem, którym niewątpliwie byłoby zwycięstwo. Sam mecz, zgodnie zresztą z tym, czego mogliśmy się spodziewać, długo był może nie tyle zamknięty, co jednak nie obfitował w wiele sytuacji bramkowych. Nasze notatki pierwszą okazję godną odnotowania datują na 14. minutę i właśnie wtedy też padł pierwszy gol. Łukasz Żaboklicki uderzył z rzutu wolnego, nastąpił rykoszet, strzelający poszedł za akcją i za chwilę cieszył się z otwarcia wyniku. Ale niedługo, bo dosłownie 60 sekund później wyrównał Adrian Wrona. Ostatnią okazję w pierwszej połowie zmarnował natomiast Rafał Marchewka, trafiając z bliskiej odległości w słupek. Po przerwie, a dokładnie w 23. minucie, zatrzęsła się za to poprzeczka bramki JMP, po tym jak mocny strzał z dystansu oddał Łukasz Trąbiński. JMP było skuteczniejsze. Praktycznie w następnej akcji przechwyt zaliczył Damian Zalewski, po czym zaliczył krótki sprint z piłką i zmieścił ją między nogami bramkarza Mocnej Ekipy. To trafienie nakręciło prowadzących, a chyba trochę zdeprymowało graczy Michała Zimolużyńskiego. W 28. minucie na 3:1 podwyższył Mateusz Mierzwa i po tym obrona przegrywających zaczęła mocno gubić dyscyplinę, co spowodowało, że choćby gol na 4:1 dla JMP padł w sytuacji dwóch na bramkarza. Potem kolejnego dołożył Mateusz Mierzwa i mieliśmy jasność, kto dopisze do swojego dorobku pełną pulę. W końcówce padły jeszcze dwa trafienia, po jednym dla każdej ze stron, no i można powiedzieć, że triumfatorzy na wszelki wypadek w sposób niepodlegający dyskusji udowodnili, że miejsce w 3. lidze na kolejny sezon bez wątpienia im się należy. Można powiedzieć, że „chociaż tyle”, bo jednak typowaliśmy ich do walki o awans, a oni dopiero w ostatniej kolejce wywalczyli utrzymanie. I prawdę mówiąc - nie wiemy jak to podsumować. Jedno co wiemy, to zadbanie o szerszą ławkę rezerwowych, bo w wielu meczach grali jak równy z równym, do momentu gdy zaczęło brakować paliwa. A o ile postawa JMP była swojego rodzaju rozczarowaniem, to co napisać o Mocnej Ekipie. Początek wskazywał, że oni w tej lidze będą się bawić, a zamiast tego między 3. a 9. kolejką wygrali tylko raz. Można było odnieść wrażenie, że przeciwnicy po prostu nauczyli się, jak z nimi grać, a oni nie potrafili na to zareagować. I to jest też nauczka dla nas, bo mimo kolejnych potknięć wciąż ślepo wierzyliśmy, że to po prostu wypadek przy pracy. Że w końcu zaczną grać na miarę swoich możliwości. To jednak nie nastąpiło i trzeba to sobie powiedzieć wprost - Mocna Ekipa była w tym sezonie mocna wyłącznie z nazwy.
Znacznie lepiej nie tylko sezon, ale i ostatnią kolejkę zakończyła Faludża. Przypomnijmy - oni rok temu awans do 3. ligi wywalczyli wspólnie właśnie z Mocną Ekipą, a dziś już wiemy, że drogi tych zespołów się rozejdą, bo podopieczni Kamila Lubańskiego uzyskali drugą z rzędu promocję. To było jasne jeszcze przed pierwszym gwizdkiem starcia ze Szmulkami, ale byliśmy spokojni, że zespół z Falenicy podejdzie do tej potyczki profesjonalnie. To samo w sumie gwarantowali gracze będący po drugiej stronie boiska. Bo chociaż drużyna z Warszawy była już pewna spadku, to należało zrobić wszystko, by godnie się z 3. ligą pożegnać. Dziś już wiemy, że to się nie udało, natomiast ten końcowy wynik na pewno jest gorszy niż sama gra. Szczególnie pierwsza połowa nie była zła w wykonaniu przyszłych czwartoligowców, bo nawet jeśli to Faludża była w natarciu, to Szmulki potrafiły się odgryzać. Zacznijmy jednak od początku. W 4. minucie faworyci objęli prowadzenie, gdy Kuba Byśkiniewicz przejął podanie Krystiana Rzeszotka do Karola Dębowskiego i reszta była formalnością. W 6. minucie powinno być 2:0, lecz dobrą okazję zmarnował Filip Jesiotr, a potem Szmulki również zaprzepaściły swoją szansę, a konkretnie Mateusz Łęcki, który w dobrej sytuacji za daleko wypuścił sobie piłkę. Kolejne minuty to regularna walka napastników Faludży z Karolem Dębowskim, jednak wynik z 4. minuty nie zmieniał swojej postaci. A w końcówce pierwszej części meczu szczęście uśmiechnęło się do Szmulek. Po kontrze, gdzie w obronie faworytów nie było absolutnie nikogo, Kuba Kaczmarek zagrał do Bartka Grzybowskiego, a ten wyrównał stan posiadania. Zawodnicy Faludży sugerowali sędziemu jakąś nieprawidłowość, natomiast nie podlega dyskusji, że ktoś powinien asekurować obronę, a tego tutaj zabrakło. Mylił się jednak ten, kto sądził, że Szmulki pójdą za ciosem. Druga połowa bardzo mocno ich zweryfikowała. O ile na początku gole tracili mniej więcej co trzy minuty, tak później, chyba w wyniku braku wiary, że cokolwiek można jeszcze zmienić, zaczęło to wyglądać z ich perspektywy bardzo źle. Przeciwnicy zdobywali łatwe gole, w Szmulkach narastała frustracja i finalnie mecz, który nie zapowiadał się na taki pogrom, zakończył się wynikiem aż 10:1. Faludża do złota 4. ligi dorzuca więc srebro 3. ligi i naprawdę może imponować, jak ten zespół pnie się w górę. Utrzymanie trzonu drużyny, fajne wzmocnienia, bardzo solidna gra - te elementy zdecydowały o kolejnym sukcesie zespołu z Falenicy i nie możemy się doczekać, co Kamil Lubański ugotuje nam na 2. ligę. W odwrotnym kierunku podążyły za to Szmulki. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że ich spadek i to ostatnie miejsce w tabeli realnie oddają ich dyspozycję w tym sezonie. Złożyło się na to kilka czynników. Głównie fakt, że rok temu, gdy wyszarpali utrzymanie, a musieli sobie radzić bez swojego lidera, to pod jego nieobecność inni wzięli odpowiedzialność na siebie. Teraz Kuba Kaczmarek już grał, natomiast brakowało regularnej obecności Adriana Cieplińskiego, kontuzjowany był Sebastian Mędrzycki, a i sam kapitan pewnie nie dał tego, czego chciał, bo dwa gole i dwie asysty to na pewno nie jest to, czego po sobie oczekiwał. Trudno, trzeba się z tym spadkiem pogodzić, ale jednak powinno być im o tyle łatwiej, że nie było w tym przypadku. Inni byli po prostu lepsi.
Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!