fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 3.kolejki 1.ligi!
Do sporych przetasowań doszło po ostatniej kolejce 1. ligi w 2025 roku. Wyniki spowodowały, że praktycznie każda z ekip ma szansę na awans do „grupy mistrzowskiej”.
Już na dobry wieczór dostaliśmy zresztą małą sensację, bo Gold-Dent łatwo rozprawił się z Al-Marem. O ile sam fakt zwycięstwa Dentystów nie jest może czymś, czego nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, o tyle wynik 8:2 to już element, którego w naszym bingo nie było. Warto tu jednak zaznaczyć, że Marcin Rychta nie mógł skorzystać z Dominika Ołdaka, a Rafał Polakowski dojechał dopiero w drugiej połowie, co miało wpływ na postawę tej ekipy. Aczkolwiek sam początek nie był zły. Wręcz przeciwnie – ubiegłoroczni zdobywcy Pucharu Ligi zaczęli dobrze, jakby nie przejmując się tym, na kogo mogą liczyć, a na kogo nie. Tak naprawdę całe nieszczęście zaczęło się w 15. minucie. To wtedy doskonałą okazję miał Damian Waś, ale w kluczowym momencie powinien podawać, a nie szukać indywidualnego rozwiązania. Ta zmarnowana szansa szybko się zemściła, gdy świetnym strzałem po dalszym słupku popisał się Michał Kędroń i Mateusz Baj był bez szans. Na Al-Mar spadł szybko drugi cios. Lada moment żółtą kartkę zobaczył Marcin Rychta, co Gold-Dent wykorzystał i prowadził już 2:0, a dosłownie w następnej akcji Przemek Przychodzeń skompletował dublet. Al-Mar tuż przed przerwą, za sprawą swojego kapitana, trochę zmniejszył straty, ale i tak daleko było do jakiegokolwiek optymizmu. Możemy sobie wyobrazić, że przy okazji zmiany stron Marcin Rychta motywował kolegów, że jeszcze nie wszystko stracone, jednak druga połowa nie mogła się zacząć gorzej dla przegrywających, bo dosłownie w dwie minuty stracili kolejne dwa trafienia i było po wszystkim.
Przyjazd i wejście na plac Rafała Polakowskiego niewiele zmieniło, bo chociaż już w pierwszej akcji, w której popularny Polak pomagał jako lotny bramkarz, zespół zdołał zdobyć bramkę, to potem z hokejowego zamka zakładanego przez Al-Mar nic konkretnego nie wychodziło. A Gold-Dent, gdy już dał się trochę wyszumieć oponentom, w końcówce trafił ich jeszcze trzy razy i wygrał aż sześcioma bramkami. Oczywiście ten wynik jest trochę za wysoki jak na scenariusz spotkania, natomiast po raz kolejny pokazuje, jak ważne w piłce halowej są „momenty”. Czasami słabszy fragment, dosłownie 3–4 minuty, i z meczu, który jest równy, robi się ucieczka bramkowa jednej z drużyn, do której bardzo ciężko wrócić. Al-Mar choćby z Burgerami był beneficjentem podobnej sytuacji – też zdobył trzy gole na przestrzeni kilku minut i ustawił sobie mecz. Teraz zginął od tej samej broni. Trzeba to zaakceptować, tym bardziej że Gold-Dent potwierdził dobrą dyspozycję ze starcia z Wesołą, co na pewno bardzo cieszy Przemka Tucina. Podobnie jak fakt zwycięstwa w derbach ulicy Kmicica, bo – jak się okazuje – kapitanowie tych drużyn są sąsiadami. No i w czwartek chyba się rozstrzygnęło, kto przez najbliższy czas pierwszy będzie mówił „dzień dobry” ;)
Wygrana Gold-Dentu, który do tej pory nie miał jeszcze okazji sprawdzić, jak smakuje zwycięstwo w 19. edycji NLH, mogła stanowić inspirację dla Łabędzi na Detoxie. Oni też dopiero polowali na premierowe punkty, a z zespołów, które jawiły się jako dobry przeciwnik do otwarcia dorobku, Kartonat był jednym z nich. Z drugiej strony Wojtek Kuciak dokonał solidnych wzmocnień przed pierwszym gwizdkiem, bo z racji tego, że kilku graczy nie dało rady dojechać, na listę zgłoszeniową wskoczyli Dawid Pałys-Rydzik oraz Łukasz Kulesza. I nieco przyspieszając nasz opis – obaj okazali się sporymi wzmocnieniami swojej ekipy. Jednak nawet ich dobra postawa nie miała prawa tutaj wystarczyć do wygranej. Wszystko za sprawą Łabędzi, które prezentowały się naprawdę fajnie. Odważna gra z Karolem Kopciem jako lotnym bramkarzem przynosiła konkretne efekty i chociaż należało się liczyć z tym, że będą sytuacje, w których trzeba będzie przyjąć ryzyko takiej decyzji, to po pierwszej połowie bilans zysków do strat był bardzo dobry. Owszem, przy stanie 1:0 zdarzyła się mała pomyłka Karolowi Kopciowi, który stracił piłkę, na czym skorzystał Łukasz Kulesza, ale Łabędzie szybko zapomniały o tej sytuacji, objęły ponowne prowadzenie, a w końcówce pierwszej połowy dorzuciły jeszcze dwa gole, z czego zwłaszcza ten Kuby Piotrzkowicza był naprawdę fantastycznej urody. Zresztą wynik 4:1 był i tak niskim wymiarem kary, bo Kartonat był pogubiony w obronie, choć wiedzieliśmy, że w tym meczu jeszcze nie wszystko jest rozstrzygnięte.
Zdawał się to potwierdzać początek drugiej odsłony, gdy ekipa Wojtka Kuciaka strzeliła dwa gole z rzędu, co zbiegło się z niewykorzystaniem przez rywali kilku okazji. Drużyna Maćka Pietrzyka wreszcie przełamała jednak niemoc strzelecką w finałowej połowie, aczkolwiek na trafienie Maćka Napieraja szybko odpowiedział Piotrek Jamroż. Byliśmy ciekawi, jak to się dalej potoczy, lecz gdy Łabędzie po kolejnych odważnych akcjach podniosły prowadzenie do trzech goli różnicy, czegoś takiego naprawdę nie można już było wypuścić. Chłopaki mieli wszystko: prowadzenie, kiepsko spisującego się w defensywie przeciwnika, a były też okazje, by ten mecz zabić na amen. No ale ten zespół nie nazywałby się tak, jak się nazywa, gdyby nie podkopał sobie sam dołka. Najpierw żółta kartka Rafała Raczkowskiego, potem niewykorzystana okazja Damiana Parysa, a w międzyczasie Kartonat zdobywa dwa gole i jest już tylko 6:7. Potem nie popisał się Kuba Piotrzkowicz – a wydawało się, że akurat on nie wpisze się w tę politykę łatwo oddawanych piłek przez swój zespół – ale jak widać, oddziaływanie Łabędzi na poszczególne jednostki jest silniejsze, niż można sobie wyobrazić. Po jego stracie było już 7:7, a lada moment kolejną pomyłkę rywali wykorzystał Łukasz Kulesza, który zagrał do Piotrka Jamroża, a ten wyszarpał dla Kartonatu zwycięstwo w ostatniej minucie spotkania.
Ciężko napisać coś mądrego po takim meczu. Maciek Pietrzyk i spółka oddali to starcie niestety w swoim stylu. Z drugiej strony trochę ich usprawiedliwiamy, bo oni chcieli dograć ten mecz na własnych warunkach. Wiele ekip po prostu wybijałoby piłkę byle dalej, a oni nadal chcieli grać ładnie dla oka, rozgrywać akcje przez obronę i to okazało się dla nich zabójcze. Czy słowa, że byli lepsi, będą dla nich pocieszeniem? Nie wiemy, ale byli. Kartonat też na pewno miał tego świadomość. W obronie kompletnie nie wiedział, jak reagować, gdy rywal robił przewagę. W ataku wyglądało to dużo lepiej, co jednak nie zmienia faktu, że inaczej nie da się tego podsumować: nie tyle Kartonat ten mecz wygrał, co Łabędzie na własne życzenie go wypuściły.
Ogromny niedosyt towarzyszył też po ostatnim gwizdku innej ekipie. AbyDoPrzodu miało bowiem na widelcu obrońców tytułu, czyli Wesołą, a mimo to nie zdołało doprowadzić sprawy do końca. Z drugiej strony – podział punktów, gdy jeszcze kilka dobrych miesięcy temu, w spotkaniu o wszystko, ekipa z Duczek przegrała z podopiecznymi Patryka Jacha dwucyfrówką, chyba i tak należy uznać za wynik korzystny, sugerujący, że z tamtego lania dwukrotni mistrzowie NLH wyciągnęli odpowiednie wnioski. A jak wyglądał ten mecz w szczegółach? Można powiedzieć, że dokładnie tak, jak wszyscy się spodziewaliśmy. Przewaga pozycyjna po stronie Wesołej, a po drugiej stronie przyczajone AbyDoPrzodu, czekające na błąd w rozegraniu przeciwnika. Tak naprawdę w całej tej układance nie spodziewaliśmy się jednego – że to nie będzie dzień Piotrka Kozy. Zwykle w tego typu spotkaniach ten zawodnik stanowi ścianę praktycznie nie do przejścia, ale w czwartek fortuna mu nie sprzyjała. Tak było choćby przy pierwszej bramce dla rywali, gdzie powinien zachować się lepiej, ale na jego szczęście szybko odpowiedział Kamil Melcher. Również w 11. minucie golkiper ADP być może mógł zrobić trochę więcej, gdy wypluł piłkę po strzale Mateusza Łysika, na co tylko czekał Kamil Wróbel. Od czego jednak AbyDoPrzodu ma Karola Sochockiego. Supersnajper NLH w 14. minucie doprowadził do kolejnego remisu i do przerwy mieliśmy 2:2.
A po niej Piotrek Koza trochę się rozgrzał. Dodając do tego bramkę, jaką po ładnej dwójkowej akcji Kamila Melchera i Przemka Wycecha zdobył ten drugi, wydawało się, że być może ekipie Michała Wytrykusa uda się tutaj zbudować nieco większą przewagę. Nic z tego. W 31. minucie Mateusz Łysik, który przejął funkcję lotnego bramkarza, zdecydował się na uderzenie, a piłka pod Piotrkiem Kozą wtoczyła się do bramki. Zawodnikom w czerwonych koszulkach szybko jednak udało się dokonać riposty i na osiem minut przed zakończeniem spotkania wynik brzmiał 4:3 dla brązowych medalistów poprzedniego sezonu. Wesoła grała już na dużym ryzyku, można było odnieść wrażenie, że każde podanie aż prosi się o przechwyt i kontrę ze strony przeciwników, ale ostatecznie gol na 5:3 dla ADP padł w trochę inny sposób. Piotrek Koza szybko złapał piłkę po niecelnym strzale oponentów, zagrał ją do Karola Sochockiego, a ten nie miał problemów z wpakowaniem jej do pustej bramki. Gdyby nie fakt, że Wesołej nawet w takich okolicznościach nie można skreślać, to pewnie już dopisywalibyśmy tutaj komplet punktów prowadzącym. Ale obrońcy tytułu ani myśleli odpuszczać. W 39. minucie Mateusz Łysik w techniczny sposób dobił własny strzał i było już tylko 4:5, a potem błąd popełnił Daniel Kania – stracił piłkę, co chwilę później wykorzystał Janek Skotnicki i to, co wydawało się gwarancją całej puli, nagle zamieniło się w perspektywę co najwyżej remisu. Co więcej, w samej końcówce Wesoła powinna to spotkanie rozstrzygnąć na swoją korzyść. Żółtą kartkę zobaczył bowiem Daniel Kania, ale kilkadziesiąt sekund później ta sama kara spotkała Staszka Dźwigałę i siły się wyrównały. Gra w mniejszym formacie liczebnym sprzyjała jednak Wesołej i dosłownie na kilkanaście sekund przed końcem urzędujący mistrz upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu. Kamil Melcher został ukarany żółtą kartką za faul, a w dodatku miejsce przewinienia było na tyle korzystne, że z tego rzutu wolnego Wesoła powinna zdobyć gola. Stałe fragmenty gry nie były jednak mocną stroną tego zespołu i te dogodne okoliczności nie zostały zamienione na bramkę.
To jednak nie był koniec, bo niemal w akompaniamencie finałowej syreny szansę miał jeszcze Karol Bienias, lecz nie zmieścił piłki w siatce i ten szalony mecz zakończył się remisem. To był nieprawdopodobny rollercoaster. Jedni już witali się z gąską, a potem praktycznie tylko cud uratował ich przed tym, by nie zostać z niczym. Cóż – mecz godny dwóch ostatnich mistrzów Nocnej Ligi Halowej i kto wie, czy również nie przyszłych uczestników spotkania finałowego w tej edycji. Bo jeśli znów daliby nam takie widowisko jak ostatnio, to taką parę w walce o złoto bierzemy w ciemno.
Na koniec dnia przyszło nam oglądać mecz, który także miał spore znaczenie dla układu ligowej tabeli. Burgery Nocą, które zaczęły sezon świetnie, ale potem wyraźnie wyhamowały, podejmowały AGD Marking, który w dwóch meczach, w których powinien zdobyć sześć punktów, zainkasował zaledwie jeden. Dlatego zwłaszcza dla ekipy z Radzymina było to piekielnie ważne spotkanie, bo chociaż dystans do TOP 4 – z racji zmniejszonej liczby drużyn – wciąż nie byłby może duży, to jednak trudno byłoby oczekiwać awansu do fazy finałowej, jeśli nie odnosi się zwycięstw w trzech kolejnych meczach. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie aspekty, faworytem były Burgery, szczególnie że w ich szeregi wrócił Piotrek Bober, który zresztą już w 54. sekundzie powinien mieć asystę, lecz jego świetnego podania nie wykorzystał Dominik Zulczyk. Z kolei w 7. minucie to AGD wyszło na prowadzenie, gdy ich kontrę skutecznie wykończył Kuba Skotnicki. Ten sam zawodnik chwilę później mógł mieć dublet, bo w 12. minucie otrzymał szansę na zdobycie bramki z rzutu karnego, podyktowanego za rękę Tomka Terpiłowskiego, lecz jego intencje dobrze odczytał Paweł Wojciechowski. I to się zemściło na Markingu. Po upływie kwadransa żółtą kartkę zobaczył Maciek Roguski, a Burgery wykorzystały przewagę zawodnika i po trafieniu wracającego do NLH Bartka Sosnówki doprowadziły do wyrównania. Końcówka pierwszej połowy zaczęła nam zresztą żywo przypominać poprzednie mecze AGD – okazje były, gra była niezła, ale to rywal zdobył gola, a konkretnie Piotrek Bober. Po 20 minutach gry mieliśmy więc 2:1 dla nominalnych gospodarzy.
Podobny był początek drugiej połowy. Gracze z Radzymina byli aktywniejsi, lecz zamiast wyrównać, stracili gola po stracie Maćka Roguskiego i kontrze, którą na bramkę zamienił ponownie Piotrek Bober. Wydaje się, że w obozie Burgerów mogło wtedy powstać przeświadczenie, iż sposób, w jaki grają, powinien wystarczyć, by dowieźć zwycięstwo – że wystarczy się cofnąć, a okazje do kontr przyjdą same i wtedy sprawę trzech punktów załatwi się definitywnie. AGD miało jednak inne plany. Swoją konsekwentną, ale przede wszystkim mądrą grą potrafiło wyjść z tarapatów. W 27. minucie straty zmniejszył Sebastian Socha, a potem ten sam zawodnik, aktywnie szukający dla siebie miejsca w polu karnym rywali, wykonał świetny ruch, dostał dobrą piłkę od Maćka Roguskiego i z najbliższej odległości pokonał Pawła Wojciechowskiego. Marking był wyraźnie na fali, ale w 34. minucie pojawił się problem – drugą żółtą kartkę obejrzał Maciek Roguski. Liczba zawodników na parkiecie szybko się jednak wyrównała, gdy lider przeciwników, Piotrek Bober, dość ostro zaatakował jednego z rywali i również musiał udać się na ławkę kar. W grze 3 na 3 lepiej czuli się bracia Banaszek i spółka, którzy po ładnej klepce i golu Marcina Jadczaka wyszli na prowadzenie. Burgery były więc o włos od wypuszczenia meczu z rąk, a na domiar złego, gdy w końcówce próbowały jeszcze podkręcić tempo, świetnymi interwencjami popisywał się bramkarz rywali, Rafał Kreduszyński.
Ostatnie słowo w tym meczu należało do AGD, a konkretnie do Kuby Skotnickiego, i finalnie trzy punkty pojechały do Radzymina. Odnieśliśmy wrażenie, że los trochę oddał tej ekipie to, co potrafił zabrać w poprzednich spotkaniach. I dobrze, bo przyjemnie patrzyło się na postawę zwycięzców i ich determinację – tym meczem dali wyraźny sygnał, że na poważnie wracają do gry o najwyższe cele. A Burgery? Nie bójmy się tego stwierdzenia – zagrały po prostu słabo. W dużej mierze było to liczenie na to, co zrobi Piotrek Bober, a ten, choć bardzo się starał, nie mógł wygrać tego spotkania sam. To wszystko pokazuje, jak w piłce nożnej krótki jest dystans od euforii do rozczarowania. Po meczu z Wesołą stawialiśmy „Mięsożernych” jako jednych z głównych kandydatów nawet do mistrzostwa. Dziś trzeba się już z kolei poważnie zastanowić nad ich szansami na awans do czołowej czwórki...
Retransmisję wszystkich spotkań pierwszej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.