fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 3.kolejki 5.ligi!
Ekipa SDK Warszawa została samodzielnym liderem 5. ligi. I chociaż to na pewno cieszy, to biorąc pod uwagę goniący peleton, nie będzie łatwo tę pozycję utrzymać.
Powody do radości po 3. kolejce miała ekipa WKS Cięta Szkocka. Po dwóch spotkaniach, gdzie chłopaki musieli wyciągnąć sporo wniosków, wreszcie przyszedł moment, w którym to oni przyjmowali po końcowym gwizdku gratulacje. A wcale nie było to takie oczywiste, bo lekkim faworytem ich starcia był Piorun, aczkolwiek wiele tutaj zależało od składu, jaki miał zebrać Mikołaj Świderski. No i ten skład nie okazał się optymalny, natomiast ci zawodnicy, którzy tego dnia ubrali żółtą koszulkę, spokojnie mogli doprowadzić tę potyczkę do szczęśliwego końca. Dlaczego więc tak się nie stało? Przede wszystkim przez pokpienie końcówki pierwszej połowy. Mniej więcej przez kwadrans nic się w tym spotkaniu ciekawego nie działo, aczkolwiek przykra sytuacja spotkała kapitana Ciętej, Kacpra Zaboklickiego, który nabawił się kontuzji kolana. Być może koledzy z drużyny uznali, że za wszelką cenę postarają się poprawić humor swojemu kapitanowi, i świetnie rozegrali ostatnie minuty premierowej odsłony. W 13. minucie po kontrze i przytomnym zagraniu Adama Fronczka gola zdobył Jakub Rzeszutek, lada moment dobre podanie od własnego bramkarza perfekcyjnie wykorzystał Łukasz Doliński, a dosłownie na kilka chwil przed końcem pierwszej połowy do meczowego protokołu wpisał się jeszcze Kuba Sabadyn.
Piorun grał w tym okresie źle, szczególnie w obronie, gdzie po prostu zostawiał przeciwnikom za dużo miejsca. Ale w drugą połowę ekipa Mikołaja Świderskiego weszła odmieniona. Już w 19. sekundzie gola dającego nadzieję zainkasował Michał Szukiel i role trochę nam się tutaj odwróciły. Cięta się cofnęła, być może licząc na kontry, a Piorun przejął inicjatywę, tyle że miał kłopoty, by wykreować sobie na tyle dobre okazje, byśmy mogli nazwać je „setkami”. Wręcz przeciwnie – to rywale właśnie po kontrach mogli to starcie rozstrzygnąć, ale brakowało im skuteczności. To się mogło zemścić, bo Piorun, nie mając już nic do stracenia, mocno przesunął ciężar gry na połowę rywala w ostatnich minutach. Poskutkowało to golem Patryka Pikulskiego, a pachniało wyrównaniem. „Szkoci” grali zbyt głęboko i można było odnieść wrażenie, że aż się proszą o gola, który pozbawi ich kompletu punktów, ale szczęśliwie dowieźli minimalne prowadzenie do końca. I przyjęli je z dużym zadowoleniem, czemu nie można się dziwić. Pierwsza połowa była w ich wykonaniu bardzo dobra, druga znacznie gorsza, ale byłoby nietaktem w jakikolwiek sposób ich tutaj sądzić. Zarządzanie dobrym wynikiem to również ważny element, którego ten zespół po prostu musi się nauczyć, a u nas jeszcze nie za bardzo kiedy miał to zrobić. Następnym razem powinno to pójść sprawniej. Co do Pioruna – chłopaki mogą się zastanawiać, dlaczego tak jak w drugiej połowie nie grali przez całe spotkanie. Bo tutaj można było wyszarpać przynajmniej remis, ale drugi mecz z rzędu pokutuje zbyt miękka defensywa. No i pal licho, gdyby to, co ten zespół traci w obronie, udało się nadrabiać z przodu. Ale i tutaj wciąż jest wiele do poprawy, przez co ten zespół osadza się coraz niżej w tabeli 5. ligi. Potrzeba więc jak najszybszego przełamania, bo inaczej ligowa czołówka lada moment odjedzie im na dobre.
Świadomość, że procesu zdobywania oczek nie wolno odkładać w nieskończoność, dotyczyła też Klimagu. Pierwsze dwa mecze w ich wykonaniu nie były złe, przegrane zresztą bardzo niewielką różnicą bramek, ale niestety – futsal to nie siatkówka, gdzie nawet za porażkę jednym golem mogliby liczyć na choćby punkcik na swoim koncie. No ale z kim należało szukać przełamania, jak nie z Biancoverdi? Drużyna z Zielonki, gdyby tylko mogła przełożyć swoje ambicje i zaangażowanie na wyniki, to niewykluczone, że byłaby liderem tabeli, ale znacznie łatwiej niż mówić o celach czy marzeniach, jest potem je realizować. Ekipie Piotrka Kacperskiego idzie to opornie, natomiast wydaje nam się, że w ich szeregach też było przeświadczenie, że może Klimag to dobry przeciwnik, by odbić się od ligowego dna. Okazało się jednak, że między tymi zespołami wciąż jest dość spora różnica. Pokazała to przede wszystkim pierwsza połowa, chociaż ona mogła się akurat zacząć dla miejscowych rewelacyjnie, bo już w 15. sekundzie Patryk Wendorff zabrał piłkę Mateuszowi Wojdzie i powinien za chwilę podać ją do Grześka Czarnockiego, ale wolał akcję wykończyć po swojemu i finalnie gola nie strzelił. Jak się później okazało – to była najlepsza okazja tego zespołu w pierwszej połowie. Potem do gry wzięli się już faworyci, którzy w 6. minucie objęli prowadzenie, a konkretnie uczynił to Sebastian Fransowski, wykorzystując stratę w obronie rywali, a potem ładnie mijając bramkarza. Proste pomyłki to niestety nieodłączny element gry Biancoverdi i po kolejnej z nich było już 2:0. Tym razem źle zagrał golkiper drużyny z Zielonki, Karol Grabowski, na czym skorzystał Łukasz Jachacy, umieszczając piłkę w opuszczonej świątyni oponentów. A jeszcze przed upływem kwadransa swojego debiutanckiego gola w rozgrywkach NLH zanotował Konrad Wojciechowski i wynik 3:0 praktycznie zamykał nam nadzieje na jakiekolwiek emocje.
Z takim też rezultatem weszliśmy w drugą połowę, która może nie tyle była senna, co jednak wszyscy oglądający to, co dzieje się na parkiecie – a pewnie też uczestnicy – byli świadomi, gdzie to wszystko zmierza. Klimag dość swobodnie trzymał Biancoverdich na dystans i tak naprawdę groziło mu zagrożenie głównie ze strony jednego zawodnika, wspomnianego wcześniej Patryka Wendorffa. Jedną z jego okazji ładnie obronił Mikołaj Rokita, ale przy drugiej ten gracz już się nie pomylił i ogólnie trzeba pochwalić miejscowych za gola na 3:1, bo kilku zawodników było zaangażowanych w akcję bramkową i chciałoby się widzieć ten zespół częściej w takiej odsłonie. No cóż – ten gol oraz fakt wygrania drugiej połowy stosunkiem 1:0 to główne pozytywy, patrząc z perspektywy przegranych. Cały czas powtarzamy, że oni muszą się cieszyć z małych rzeczy, i wiadomo, że chcieliby szybciej i więcej, ale jak widać – na tę chwilę stać ich po prostu na tyle. Jedyne, czego byśmy z ich strony żałowali, to że jakoś nie mogą się wstrzelić z dobrym składem na mecz z teoretycznie równym przeciwnikiem, bo gdyby tutaj dojechał np. Tomek Maruszewski, to kto wie, czy nie byłoby ciekawiej. A tak Klimag dość swobodnie wywiązał się z funkcji faworyta i posmakował pierwszych punktów w sezonie. Zrobił to w swoim stylu, czyli bez fajerwerków, ale też bez jakichkolwiek obaw, że może mu się tutaj stać krzywda. Brzmi trochę jak opis typowej drużyny środka tabeli i jesteśmy ciekawi, czy Klimag faktycznie powalczy co najwyżej o miejsca 4–6, czy może jednak będzie w stanie pokusić się o coś bardziej spektakularnego.
W grze o najwyższe cele pozostaną na pewno do samego końca Piłkarzyki oraz SDK Warszawa. W 3. kolejce przyszła kolej na ich bezpośrednie starcie, co oznaczało, że jedna z tych drużyn przegra po raz pierwszy w sezonie. Oczywiście zakładaliśmy też remis i – jak za chwilę przeczytacie – to właśnie tego rozstrzygnięcia było w tym spotkaniu najbliżej. Czy zapowiadało się na nie od początku? Po pierwszej połowie zdecydowanie nie. Mimo że gra była wyrównana, a czasami to nawet Piłkarzyki wykazywały więcej energii pod kątem zdobywania goli, to jednak oba trafienia w tej części spotkania padły łupem SDK. Wszystko działo się na dość wąskim przedziale czasowym, bo od 7. do 10. minuty. Najpierw Piłkarzyki nie popisały się w rozegraniu akcji, piłka wyszła na aut, rywale szybko rozpoczęli grę z boku boiska, Sebastian Sobieszczuk zagrał do Dawida Wierzchołowskiego, a ten otworzył wynik. Chwilę później sędzia ukarał żółtą kartką Michała Kuleszę, który przypadkowo trafił ręką w twarz Sebastiana Sobieszczuka. Na nasze oko pokazanie „żółtka” było tutaj chyba trochę pochopne, natomiast Michał nie zamierzał się kłócić – pokornie zszedł z boiska, jednak jego ekipa nie była w stanie nadrobić braku zawodnika i przeciwnicy, po ładnie rozegranej klepce, podwyższyli na 2:0.
Ten wynik utrzymali do końca pierwszej połowy, ale byliśmy przekonani, że Piłkarzyki tak tej sprawy nie zostawią. Nie sądziliśmy jednak, że już w 9. sekundzie finałowej odsłony zaliczą trafienie kontaktowe – a tak właśnie się stało, gdy złe podanie Dawida Wierzchołowskiego na gola zamienił Daniel Jurczuk. To trafienie napędziło zespół z Wołomina. Chłopaki zaczęli grać wysoko, szybko starali się odbierać piłkę i gol na 2:2 wisiał w powietrzu. Z drugiej strony – zespół Alexa Wolskiego potrafił groźnie skontrować, dlatego trudno było przewidzieć, na czyje konto powędruje ten bardzo ważny gol nr 4. W 27. minucie poznaliśmy odpowiedź – błąd golkipera SDK, Kamila Wawrzonkowskiego, wykorzystał Kacper Dalba i mieliśmy remis. Na krótko, bo zespół z Warszawy błyskawicznie wrócił na prowadzenie. Kuba Wielocha ładnie rozciągnął akcję na drugą stronę boiska, piłka doleciała do Oskara Kwapisza, a ten chytrym strzałem oszukał Rafała Kudrzyckiego. Co działo się potem? Otóż mieliśmy trochę mniej przyjemny fragment, bo arbiter odesłał na ławkę kar Oskara Kwapisza oraz Pawła Czerskiego. Więcej miejsca na boisku wykorzystał… Rafał Kudrzycki. Golkiper Piłkarzyków wyszedł z piłką z własnej połowy i z lewej nogi płaskim strzałem zmusił do kapitulacji swojego vis-s-vis. I nawet trochę się z tego gola ucieszyliśmy, bo remis – po tym, co obie ekipy zaprezentowały – był po prostu sprawiedliwym rozwiązaniem. Co prawda jedni i drudzy dążyli do zdobycia zwycięskiego trafienia, lecz nic na nie nie wskazywało. Na kilka sekund przed końcem Kacper Jankowski wrzucił jeszcze piłkę z autu w pole karne oponentów, ale ta leciała wprost w ręce bramkarza ekipy z Wołomina. I wtedy stało się coś nieprawdopodobnego. Rafał Kudrzycki myślami chyba już łapał futsalówkę i rzucał ją czym prędzej do przodu. Ta sprawiła mu jednak psikusa i w niewytłumaczalny sposób przeleciała mu przez palce, w czym szybko zorientował się Sebastian Sobieszczuk. Zawodnik SDK błyskawicznie zareagował i z najbliższej odległości, mimo heroicznej próby interwencji bramkarza, wpakował ją do siatki w ostatniej sekundzie regulaminowego czasu gry! Niesamowite. Rafał Kudrzycki prawdopodobnie ze 100 prób w podobnej sytuacji złapałby piłkę 99-krotnie. Ale przytrafił się ten jeden, feralny raz. A pomyśleć, że on na dobrą sprawę mógł tej piłki w ogóle nie dotykać, bo przecież bezpośrednio z autu gola w naszej lidze zdobyć nie można. Cóż, takie rzeczy też się zdarzają. Jedni się więc cieszyli, chociaż umiarkowanie, zdając sobie sprawę z okoliczności. Drudzy byli załamani, bo na porażkę – i to w dodatku w takim stylu – nie zasłużyli. Jedno jest pewne: piłka wciąż nas zaskakuje, bo przeanalizowalibyśmy tysiąc możliwych scenariuszy zakończenia tego meczu, ale na taki na pewno byśmy nie wpadli.
Podobnych emocji co wyżej nie przeżywaliśmy w starciu numer 4. Klikersi na pewno mieli apetyt, by zagrozić Na Fantazji, ale ich nadzieje okazały się trochę obietnicami bez pokrycia. Brak Samiego Bouzidiego czy Przemka Więska oczywiście miał wpływ na to, co widzieliśmy na parkiecie, no ale jeśli w pewnym momencie tego spotkania było już 9:1, to jednak różnica klas była zdecydowanie zbyt duża. Początek jeszcze tego nie zapowiadał, bo chociaż to faworyci zdobyli gola na 1:0, to potem Klikersi mieli całkiem niezły fragment. Najpierw doskonałej okazji nie wykorzystał Piotrek Wąsowski, ale chwilę później, co nie udało się jemu, udało się Julkowi Torbiczowi i mieliśmy remis. No ale nie wolno w takim meczu, z takim przeciwnikiem, tak szybko oddawać tego, co się wywalczyło. Bo nie minęło kilkadziesiąt sekund, a Na Fantazji ponownie byli o bramkę z przodu, w czym delikatnie pomógł im golkiper zespołu w czarnych koszulkach, Alek Prządka. Ten gol zdobyty przez Adriana Baranowskiego obudził zresztą czołowego napastnika przeciwników. Ten gracz dorzucił jeszcze przed przerwą dwa trafienia i te kilka procent szans, jakie dawaliśmy Klikersom na sprawienie tutaj niespodzianki, zamieniły się w kilka zer po przecinku. Druga odsłona to już totalny rozjazd, jeśli chodzi o dyscyplinę taktyczną Klikersów. Gole zaczęli tracić hurtowo, trochę jak w swoim pierwszym sezonie, gdzie – jak mawia klasyk – nie było po prostu niczego. W końcówce udało im się trochę przypudrować wynik, natomiast z przebiegu całego spotkania wnioski nie są dla nich optymistyczne. Albo inaczej: progres, który niewątpliwie zrobili, na pewno nie jest tak duży, jak mogłoby się wydawać. Bardzo dobrze oddają to ich wyniki osiągane właśnie przeciwko Na Fantazji. Rok temu było aż 0:9, teraz "tylko" 3:9. Coś poszło do przodu, ale w starciu z tak dobrze taktycznie ułożonym zespołem, który wie, co chce grać, widać, że musi jeszcze upłynąć sporo wody w Wiśle, zanim Klikersi w takich spotkaniach będą mieli coś więcej do powiedzenia. Można powiedzieć, że tym sposobem podsumowaliśmy też niedzielny występ w wykonaniu drużyny Kuby Godlewskiego. No bo tak: był to po prostu bardzo dobry mecz w ich wykonaniu, gdzie nad wszystkim mieli kontrolę od pierwszej, praktycznie do ostatniej minuty. Tak gra drużyna, która chce się liczyć w podziale medali i chociaż ten ostatni mecz był z zespołem raczej aspirującym do środkowych rejonów tabeli, to nie mamy wątpliwości, że z tymi silniejszymi Fantazja też będzie gotowa na wygrywanie w przyjemnym dla oka stylu.
Cudu nie było także w ostatniej niedzielnej partii. Po tym, jak Gawulon rozbił Piorun, chyba nikt nie miał złudzeń, że również z TPS Azbest gładko dopisze sobie komplet punktów. Szczególnie jeśli będzie Marcin Zakrzewski, natomiast – jak się później okazało – nawet gdyby go nie było, to niczego by to nie zmieniło, bo rozkład goli w ekipie z Zielonki był taki, że ich najlepszy snajper nie musiał ani razu wpisywać się na listę strzelców, a i tak wygrana była bezdyskusyjna. Azbest z wynikiem 0:0 trzymał się do zaledwie 2. minuty. Wówczas stracił pierwszego gola, w 7. minucie drugiego, no i dosłownie chwilę później miał swój mały moment chwały, gdy Maciek Wojdyna ładnie przymierzył z dystansu i pokonał Kubę Zgryziewicza. Ale sam Maciek nie mógł tutaj zbyt wiele zdziałać. Siła rażenia przeciwników była zdecydowanie większa i praktycznie każde wyjście Gawulonu z własnej połowy groziło trafieniem. Po 20 minutach mieliśmy cztery gole różnicy, a faworytom wciąż było mało, jakby zrobili sobie challenge, że wszyscy zawodnicy z pola dopiszą się do meczowego protokołu. I wcale nie było od tego daleko. Azbest po raz kolejny cieszył się z gola dopiero przy stanie 1:9, gdy po asyście Maćka Wojdyny do siatki trafił Mateusz Szukała. Przybyszom z Wołomina nie udało się jednak uniknąć dwucyfrówki i ostatecznie polegli aż 2:11.
Być może ta różnica byłaby ciut mniejsza, gdyby w obronie mogli liczyć na Bartka Pazia. Jego zdecydowanie w grze prawdopodobnie pozwoliłoby uniknąć kilku trafień, lecz w kontekście całego spotkania i tak wielkiego znaczenia by nie miało. Azbest przyjął kolejną bolesną lekcję w Nocnej Lidze Halowej, natomiast swojego rodzaju pocieszeniem jest to, że w trzech premierowych kolejkach rywalizował z trzema mocnymi ekipami. Teraz w teorii powinno być trochę prościej. Gawulon zaś nie przemęczył się przed świętami i zrobił po prostu to, co do niego należało. Ale oddajmy im, że nie było tutaj nerwów, nie było szarpania się z przeciwnikiem – tylko czysta, sprawnie przeprowadzona robota. A duża różnica bramek spowodowała, że ekipa Jarka Czeredysa spędziła przerwę świąteczno-noworoczną na drugim miejscu w tabeli. Czyli – jak się domyślamy – na celu minimum, jaki ten zespół stawia sobie przed drugą częścią sezonu.
Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.