fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 4.kolejki 5.ligi!
5. liga w tym sezonie miała być bardziej wyrównana niż w poprzednim. I chyba możemy z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ten fakt już się wydarzył.
Czwartej kolejki nie będą wspominać najlepiej gracze Gawulonu. Oni mieli wielkie apetyty, by nowy rok zacząć od kolejnej wygranej, natomiast na ich drodze stanęli Piłkarzyki. Wynik tego spotkania został jednak zdeterminowany przez dość kontrowersyjną sytuację, do której za chwilę przejdziemy. Początek spotkania między tymi ekipami zdecydowanie należał do chłopaków z Wołomina. Mecz jeszcze się na dobre nie rozgrzał, a oni mieli już na swoim koncie dwa słupki i wykazywali po prostu więcej chęci w kontekście zdobycia pierwszej bramki. No ale potem potyczka się wyrównała, aż do 18. minuty. Feralnej - jak się okazało, bo to właśnie wtedy arbiter wyrzucił z boiska Kubę Zgryziewicza za zagranie ręką poza polem karnym. Trudno jednak powiedzieć, czy sędzia podjął dobrą decyzję, bo żadna powtórka nie rozstrzyga do końca, czy faktycznie golkiper Gawulonu przekroczył linię pola karnego, czy nie. Z drugiej strony - to, co ekipa miejscowych zrobiła w momencie, gdy musiała grać o jednego zawodnika mniej przez 5 minut, to było coś, co również w dużym stopniu zdeterminowało dalsze losy spotkania. Ekipa Jarka Czeredysa jakby z góry założyła, że grając 4 na 5 nie da się rywalizować w sposób wyrównany i jeszcze przed końcem pierwszej połowy straciła trzy gole, a potem kolejne dwa. Wynik 0:5 w teorii nie pozostawiał tutaj złudzeń, a Piłkarzyki wyglądały na drużynę, która świetnie wykorzystanym okresem gry w przewadze zbudowała sobie autostradę do trzech punktów.
Ale o tym, jak ciężko gra się w osłabieniu, chłopaki przekonali się sami w 24. minucie. Żółta kartka dla Daniela Sarny spowodowała, iż za chwilę stracili pierwszego gola. Autor tego trafienia, czyli Marcin Zakrzewski, ewidentnie się rozkręcił i za chwilę miał już na swoim koncie hat-tricka, a różnica między zespołami zmalała do zaledwie dwóch trafień! Piłkarzykom w sukurs przyszedł stały fragment gry. Piłkę z rzutu rożnego zagrał Michał Kulesza, sytuacyjny strzał oddał Robert Rozentalski i przewaga ekipy Dominika Skowrońskiego wróciła na bezpieczny dystans. Gawulon starał się jeszcze wrócić do tego spotkania i zdobył nawet kolejnego gola, ponownie za sprawą Marcina Zakrzewskiego, ale na tym ich powrót do meczu się zakończył. Taka przegrana na pewno boli, bo we fragmentach, gdzie na boisku mieliśmy równowagę liczebną, Gawulon nie był słabszy, a może znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że był lepszy. Najważniejsze, żeby szybko przejść do porządku dziennego nad tym, co się stało, bo poza grą w osłabieniu - która jest elementem absolutnie do poprawy - trudno im tak naprawdę cokolwiek innego zarzucić. Z kolei Piłkarzyki miały trochę szczęścia. Ten mecz nie mógł się dla nich ułożyć lepiej, ale trzeba im oddać, że potrafili wykorzystać dar od losu. Potem chyba za bardzo się rozluźnili. Najważniejsze jednak, że dowieźli, co mieli dowieźć i możemy już kategorycznie stwierdzić, że chyba całkowicie wymazali z głowy to, co wydarzyło się w rywalizacji z SDK.
Porażka Gawulonu działa się na oczach zawodników Na Fantazji. A oni wiedzieli, że jeśli tutaj wygrają, to wywrą presję na liderze tabeli i nie wyobrażali sobie, że zespół WKS Cięta Szkocka może im w tymscenariuszu przeszkodzić. My wychodziliśmy raczej z takiego samego założenia, aczkolwiek drużyna Kacpra Zaboklickiego czyni regularne postępy i niczego nie chcieliśmy im odbierać. Okazało się, że ta wyważona ocena okazała się trafiona, bo zwłaszcza w pierwszej połowie Szkoci okazali się rywalem bardzo wymagającym. Co więcej - to oni wyszli na prowadzenie, gdy skuteczną akcję wyprowadzili bracia Dolińscy, a wykończył ją Łukasz. I powiemy nawet więcej: w premierowych 15 minutach to gra właśnie tego zespołu podobała nam się bardziej. Fantazja grała jakby na zaciągniętym hamulcu, natomiast wiedzieliśmy, że w końcu wróci na właściwe tory. Zanim to się jednak stało, to mogło być nawet 0:2, lecz dobrą okazję Kacpra Dolińskiego obronił Marcin Marciniak. No i jak to często w piłce bywa - czego nie zrobili jedni, ogarnęli drudzy. W 16. minucie Adrian Baranowski zagrał do Kuby Godlewskiego, a ten uderzeniem z pierwszej piłki wyrównał. A zaraz było już 2:1, gdy rzut karny na Kacprze Pałce wykorzystał sam poszkodowany.
Cięta mogła jeszcze przed przerwą wyrównać, ale Łukasz Doliński przegrał pojedynek z golkiperem Fantazji. Myśleliśmy, że to wszystko, co się tutaj wydarzyło, stanowi niejako preludium do drugiej połowy - że lada moment faworyci odskoczą z wynikiem. I mogło tak nawet się stać, bo chwilę po wznowieniu rywalizacji okazję miał Kacper Pałka, lecz piłkę na linii bramkowej zablokował Kuba Rzeszutek. Szkoci wyciągnęli wnioski z tego, co zaczęło dziać się na parkiecie i w 24. minucie udało im się wyrównać wynik. Łukasz Doliński zagrał do Adama Fronczka, a ten był niepilnowany i pokonał Marcina Marciniaka. To trafienie wyraźnie przystopowało Fantazję, która wyglądała jak na początku spotkania. I gdy już wyobrażaliśmy sobie, że ich rywale ponownie wyjdą na prowadzenie, beniaminkowi przydarzył się kilkuminutowy blackout, którego tak doświadczona ekipa jak Na Fantazji nie omieszkała wykorzystać. Dwa gole w odstępie dosłownie kilkudziesięciu sekund zanotował Kamil Osowski, potem trafienie dorzucił Patryk Matysiak i było po herbacie. W końcówce padło jeszcze kilka goli, ale bez wpływu na rozkład punktów i faworyci mogli się cieszyć ze zgarnięcia całej puli. Gra była średnia, ale wystarczyła nie tylko do wygranej, lecz - jak się później okazało - nawet do objęcia prowadzenia w tabeli. Dlatego nie sądzimy, by Kuba Godlewski i spółka za bardzo przeżywali sposób, w jaki tutaj zapunktowali. Trzeba też docenić ich przeciwników. Cięta Szkocka pokazała, że hasło „progres” nie jest w ich wypadku czymś, czego używamy na wyrost. Oni naprawdę z kolejki na kolejkę zyskują argumenty, by niedługo urywać punkty zespołom znacznie wyżej notowanym. Na Fantazji jeszcze się prześlizgnęło, ale następni niech się mają na baczności.
4 stycznia nie okazał się dobrym terminem do gry dla ekipy Klimagu. Co prawda Piotrek Miętus lubi sobie pomarudzić i czasem z jego zapowiedzi wynika, że ludzi ma nie być, a potem przyjeżdżają trzy składy, ale tym razem informacje odnośnie kilku kluczowych graczy niestety się sprawdziły. Jego drużyna przyjechała osłabiona brakiem choćby braci Wojciechowskich czy Michała Jędrzejczyka i zastanawialiśmy się, kto pod ich nieobecność będzie zdobywał gole dla Klimagu. Zwłaszcza że ten zespół nawet w najsilniejszym składzie nie jest znany ze zdobywania masowej ilości goli. W dodatku po drugiej stronie boiska był Piorun, który w niedzielę okazał się twardym orzechem do zgryzienia. Zwłaszcza w defensywie: podopieczni Mikołaja Świderskiego - i sam Mikołaj, pełniący rolę bramkarza - grali bardzo skutecznie i gdy po 5 minutach prowadzili już 2:0, to już wtedy byliśmy blisko stwierdzenia, że oto jesteśmy bardzo blisko rozstrzygnięcia w tym spotkaniu. Dodajmy, że pierwszy gol dla ekipy z Rembertowa padł po ładnym trafieniu z rzutu wolnego Jacka Mierzejewskiego, a drugi po fajnej akcji, którą wykończył Janek Trzaskoma. W 10. minucie mogło być 3:0, lecz szansę Michała Szukiela obronił Mikołaj Rokita.
W końcówce pierwszej połowy na boisku w obozie Klimagu pojawił się Adrian Poniatowski. I coś zaczęło się tutaj dziać pozytywnego dla przegrywających, ale jeszcze bez efektów bramkowych. Najlepszą okazję, już na starcie drugiej połowy, zmarnował Mateusz Wojda. Doszedł on do sytuacji sam na sam z Mikołajem Świderskim, lecz strzelił obok słupka. Kara przyszła po 5 minutach. Golkiper Pioruna złapał piłkę po strzale Sebastiana Fransowskiego i wyrzucił ją do Michała Szukiela, a ten nie miał problemów z pokonaniem strażnika świątyni dawnej Jogi Bonito. Stało się więc jasne, że Klimag nie wywalczy tutaj punktów. Tym bardziej, że wciąż był anemiczny w ataku, a nawet jak już coś sobie wyklarował, to zwłaszcza Sebastian Fransowski powinien szukać zespołowych rozwiązań, bo te indywidualne nie kończyły się najlepiej. No i niestety - graczom Piotrka Miętusa nie udało się zdobyć nawet bramki. Przegrana była zasłużona, oczywiście trochę wytłumaczona nieobecnościami, ale i tak spodziewaliśmy się po nich trochę więcej. Z kolei Piorun zagrał wreszcie bardzo konsekwentne zawody od pierwszej do ostatniej minuty. To był pokaz może nie zawsze efektownej, lecz bardzo wyrachowanej taktyki, gdzie najważniejsza była dyscyplina - a oni trzymali się jej bardzo skutecznie. Dlatego końcowy rezultat zasługuje nie tylko na ocenę 5 w szkolnej skali, ale fakt, że chłopaki nie stracili nawet jednej bramki, sprawia, iż do tej noty należy dopisać solidnego plusa.
Niektórzy meczu z gatunku tych najciekawszych w 4. kolejce szukali w tym rozegranym jako ostatnim. Ale prawdziwi koneserzy futbolu wiedzieli, że to właśnie w przedostatniej potyczce, jaka została rozegrana 4 stycznia, należy upatrywać tego, co w piłce nożnej lubimy najbardziej. Owszem - Biancoverdi oraz TPS Azbest do tego momentu nie miały na swoim koncie nawet punktu, jednak właśnie ten fakt powodował, że z niecierpliwością oczekiwaliśmy odpowiedzi na pytanie, kto wreszcie pozna smak zwycięstwa w Nocnej Lidze Halowej. I widać było, że obie ekipy podeszły do zadania poważnie. Ba, może nawet za poważnie, bo nagle w składach jednej i drugiej drużyny pojawili się gracze, których jakość szybko dało się zauważyć. Choćby w Biancoverdich zadebiutował Michał Górecki, który przecież w naszej lidze grał już na dużo wyższych poziomach. I nie da się ukryć, że okazał się on jednym z bohaterów tego spotkania. Po stronie Azbestu mieliśmy debiut Wiktora Dolmowa, którego kojarzymy z występów w Huraganie Wołomin, a pierwszy raz pojawili się też Konrad Rowicki i Krystian Dąbkowski. Pierwsze trafienie w spotkaniu należało jednak do jeszcze kogoś innego, a mianowicie Jakuba Kisielińskiego, który już w 2. minucie dał prowadzenie miejscowym. W 5. minucie celnym strzałem z dystansu odpowiedział wspomniany Konrad Rowicki i po tych dwóch szybkich trafieniach spotkanie trochę się uspokoiło. Strzelecki impas trwał aż do 19. minuty. A pewnie trwałby jeszcze dłużej, gdyby nie błąd bramkarza Azbestu, Czarka Murawskiego, który przepuścił dość prosty strzał Dominika Borówki. Do przerwy mieliśmy więc skromne prowadzenie Biancoverdich, ale początek drugiej odsłony to dwie doskonałe okazje dla rywali. W obydwu fantastycznie zachował się Karol Grabowski, który najpierw obronił 200% okazję Wiktora Dolmowa, a potem wyszedł zwycięsko ze starcia z Krystianem Dąbkowskim.
Napędzeni niesamowitymi interwencjami swojego kolegi gracze Biancoverdi wzięli się do roboty, zdając sobie sprawę, że wszystkiego ich bramkarz może nie obronić. Przypomniał o sobie Patryk Wendorff, który skorzystał z podania Sebastiana Łapińskiego, przedłużonego przypadkowo przez jednego z obrońców i za chwilę zrobiło się 3:1. W 33. minucie z kolei zagapienie w obronie drużyny Jakuba Zakliki wykorzystał kolejny nowy gracz ekipy z Zielonki, Janek Rydzewski i wtedy stało się jasne, że tutaj dawnemu Newer Giw Ap krzywda już się nie stanie. A wszystko podstemplował ten, o którym pisaliśmy na wstępie, czyli Michał Górecki, zamykając wynik na 5:1. Tym samym premierowe, historyczne zwycięstwo Biancoverdi Zielonka stało się faktem! Wzmocnienia dokonane przez Piotrka Kacperskiego były nie do przecenienia, ale w tym wszystkim kluczową rolę odegrali jednak ci zawodnicy, którzy w drużynie byli od samego początku. I dlatego ten triumf smakuje tak dobrze. Od samego początku mówiliśmy, że potencjał tej ekipy dałoby się lepiej „uwypuklić”, gdyby pojawili się gracze z wyższej półki - i nie pomyliliśmy się. Oby tylko i Michał Górecki, i Janek Rydzewski wpadali częściej, a nie okazali się graczami na raz. Jeśli chodzi o Azbest, Jakub Zaklika ma tu z pewnością nad czym się zastanowić. Jego intencje były dobre - namówił do gry kilku solidnych zawodników, jednak Wiktor Dolmow, Konrad Rowicki czy Krystian Dąbkowski nie okazali się zbawicielami drużyny i chociaż było widać, że dysponują umiejętnościami, to hala okazała się dla nich dużym wyzwaniem. Ciekawe, co będzie dalej: czy ekipa z Wołomina nadal będzie próbowała grać z nimi i z nich próbowała tworzyć potencjalnych liderów, czy może wróci do swojej pierwotnej postawy, czyli grania „swoimi”. Bo takie rozważania chyba wydają się zasadne, skoro dość wyraźnie przegrywasz z drugą - w teorii najsłabszą - ekipą w rozgrywkach.
Czego z kolei mogliśmy się spodziewać po konfrontacji SDK z Klikersami? Będziemy z Wami szczerzy - nie oczekiwaliśmy cudu, a za cud uznawaliśmy wygraną Klikersów albo nawet remis. Po tym, co zaprezentowali przeciwko Na Fantazji, trudno było przypuszczać, że postawią się liderowi tabeli, który z kolei przystępował do potyczki po osiągniętym w niesamowitych okolicznościach zwycięstwie nad Piłkarzykami. No i co tu dużo mówić - pierwsza połowa niejako utwierdziła nas w przekonaniu, że faworyci nie dadzą sobie zrobić krzywdy, z kolei Klikersi nawet jeśli prezentują się lepiej niż w poprzedniej kolejce, to pod kątem punktów skończy się to dla nich tak samo. Zanosiło się zresztą, że tutaj będzie jeszcze gorzej niż 1:3 po 20 minutach spotkania, bo już po 5 minutach było 2:0 dla SDK, a sposób, w jaki ówcześni liderzy tabeli zdobywali gole, świadczył o tym, że za chwilę możemy być świadkami kolejnych. Trochę nadziei w serca Klikersów wlał Piotrek Wąsowski i jego gol po jednej z nielicznych akcji zespołu Alka Prządki, ale tuż przed końcem premierowej odsłony dwubramkowe prowadzenie SDK przywrócił Kacper Jankowski.
Zastanawialiśmy się, czy przegrywający zmienią coś w swojej grze, bo grając na defensywę i kontrę trudno było liczyć, że coś tutaj ugrają. Oni byli jednak konsekwentni, jakby czuli, że może nadejdą szanse, gdy rywal popełni błąd, a oni odwdzięczą się skuteczną kontrą. Niewiele jednak na to wskazywało w drugiej połowie. Mogło być zresztą nawet 4:1, ale los czuwał nad Klikersami. I to dość mocno - zwłaszcza nad Piotrkiem Wąsowskim, bo w 27. minucie udało mu się zmniejszyć straty, a za chwilę doprowadził do wyrównania, gdy naciskany przez rywali Sebastian Sobieszczuk stracił piłkę przed linią bramkową, z czego oponenci zrobili użytek. Z meczu, który zdawał się zmierzać w jednym kierunku, nagle zrobiły się emocje. Trzeba jednak tutaj przyznać, że SDK nie dało się ponieść wydarzeniom boiskowym. Oni wciąż konsekwentnie próbowali gry z wysoko wysuniętym bramkarzem i do pewnego momentu w ich ataku pozycyjnym wszystko się zgadzało. Tak naprawdę brakowało kogoś, kto - jak już uda się rozciągnąć przeciwnika i znaleźć sobie trochę miejsca - odda dobry strzał. Zwykle do takich okazji dochodził bramkarz SDK, Kamil Wawrzonkowski, ale jego uderzenia były słabe. Nie mógł się też „wstrzelić” Sebastian Sobieszczuk. Czas uciekał, perspektywa utraty dwóch punktów również nie sprzyjała faworytom i w 37. minucie chłopaki popełnili kolejny błąd. Piłkę przejął Sami Bouzidi, zszedł z nią do lewej strony, po czym posłał idealny strzał na dalszy słupek i wprawił w euforię kolegów z drużyny i kibiców, którzy dopingowali swój zespół na trybunach. Gracze SDK jeszcze raz podkręcili tempo i w polu karnym Klikersów było bardzo gorąco, ale wtedy, gdy było trzeba, dobrze spisywał się Alek Prządka, który na spółkę z kolegami z defensywy odbijał lub blokował mnóstwo strzałów. Czas uciekał, gole nie padały, a Klikersi zachowali w końcówce na tyle dużo sił, że to oni zadali tutaj decydujący cios. I nie mógł tego zrobić nikt inny niż absolutny bohater tego spotkania Piotrek Wąsowski, który dobił strzał Samiego Bouzidiego praktycznie na pustą bramkę i hala eksplodowała. Klikersi nie dali już sobie wyrwać tego zwycięstwa i dokonali czegoś, na co pewnie żaden szanujący się bukmacher w połowie spotkania nie ustaliłby nawet kursu. Byli w odwrocie, czekali głównie na to, co zrobi rywal, ale doczekali się jego błędów i kiedy trzeba było, wykazywali się maksymalną skutecznością. Może być tak, że w całym spotkaniu oddali 5–6 celnych strzałów, ale jak się po raz kolejny okazało: nie ilość się liczy, ale jakość - a już na pewno moment, kiedy trzeba strzał zamienić na gola. Klikersi nie mogli tego zrobić lepiej. To pewnie tylko potęguje złość w obozie SDK, bo oni mieli akurat wszystko, żeby to spotkanie wygrać. To w ogóle ciekawe, bo jesteśmy przekonani, że gdyby w połowie spotkania uznali, że nie ma sensu grać z lotnym bramkarzem, to by ten mecz wygrali. Tymczasem zastosowali taktykę, która z jednej strony przyniosła im bardzo dobry wynik po pierwszej połowie, ale z drugiej była też jedyną, która idealnie odpowiadała przeciwnikom. No i niestety stało się to, co się stało. Jedni byli wściekli, a drudzy napisali historię, o której - gdyby tylko mogli - opowiadaliby pewnie każdemu i wszędzie. Ale wcale się nie dziwimy, bo hałasu i tumultu przy golach zdobywanych przez nich w końcówce spotkania również długo nie zapomnimy.
Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.