fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 4.kolejki 4.ligi!
Pierwsza porażka Pobudki i pierwsze zwycięstwo Byczków – te rzeczy zapamiętamy najbardziej z poniedziałkowych starć 4. ligi.
Na sam start spieszymy z wyjaśnieniami, jak doszło do tego, że premierowe oczka w rozgrywkach stracił lider. Pobudka mierzyła się z Mydlarzami i jak się okazało, granie na początku stycznia było terminem dla wielu zawodników ówczesnego lidera rozgrywek nie do przeskoczenia. Wśród graczy, których z różnych przyczyn zabrakło w tej drużynie, był przede wszystkim Darek Partyka – do tego momentu najbardziej wyróżniający się zawodnik całej ligi. Nie dojechali także Dominik Szulik, Janek de Pourbaix czy Mateusz Szymczak. To spowodowało, że kapitan zespołu musiał sięgnąć po zawodników, do których miał odezwać się jedynie w sytuacji awaryjnej – no i taka właśnie nastąpiła. Jak się jednak później okazało, byli to gracze, którzy w piłkę grali dość dawno temu, co sprawiło, że zespół jakby z góry uznał, iż bez względu na to, jak się zaprezentuje, i tak polegnie. Tak też to wyglądało. Ci najlepsi, czyli Krzysiek Możdżonek i Arek Zajączkowski, grali trochę od niechcenia, pozostali – wiadomo było – pewnego poziomu nie przeskoczą. Biorąc to wszystko do kupy, już po 10 minutach spotkania było jasne, że Pobudka nic tutaj nie ugra.
Mydlarze sprawę trzech punktów załatwili bardzo szybko, non stop bombardując przeciwnika akcjami, które finalizował głównie Gabriel Skiba. Co prawda przy tym wyniku Pobudce udało się zdobyć bramkę na 1:3, ale im dłużej mecz trwał, tym bardziej nabierał jednostronnego charakteru. Do przerwy było 6:1, a po niej nastąpiła totalna degradacja gry obronnej Pobudki, co gracze z Serocka wykorzystali w sposób bezwzględny i wygrali aż 13:5. Mecz bez historii, bez emocji i mimo wszystko – podobnie jak na transmisji – wciąż uważamy, że gdyby najlepsi zawodnicy Pobudki ustawili się z tyłu, do takiego pogromu wcale nie musiałoby dojść. Skoro jednak podopiecznym Łukasza Świstaka średnio na tym zależało, to nam tym bardziej. Nie zmienia to faktu, że Pobudka – przy założeniu, iż był to jedyny raz, gdy przyjechała w tak zdziesiątkowanym składzie – i tak pozostaje faworytem do czołowych miejsc, choć margines błędu nieco się skurczył. Z kolei Mydlarze mogą mówić o dużym szczęściu. Nie chcemy sprowadzić tej narracji do wniosku, że w pełnym składzie nie mieliby z Pobudką szans, ale wiadomo, że mecz mógłby się potoczyć zupełnie inaczej. Tym razem dostali przeciwnika, który praktycznie nie podjął rękawicy i został łatwo rozbity. Na takie prezenty nie mogą jednak liczyć co tydzień, a już w poniedziałek podejmą nowego lidera tabeli. I na powtórną przejażdżkę biletem ulgowym nie ma co liczyć.
Porażka Pobudki była świetną wiadomością dla ekip goniących ten zespół. Choćby dla Gangu Mapeta, który miał tylko i aż pięć punktów po trzech spotkaniach, a na horyzoncie czekał mecz z niewygodnym HandyManem. Trzeba więc było koniecznie zapunktować za trzy, by zmniejszyć dystans do czołówki, choć rywale mieli oczywiście inne plany. Zespół Krzyśka Smolika na razie punktuje tam, gdzie ma rywali na swoim poziomie, ale gdy wchodzi ktoś mocniejszy – podobnie jak z Pobudką – ciężko im coś ugrać. I ta teza potwierdziła się również tym razem. Co prawda początek był obiecujący, bo po strzale Kacpra Kałuskiego, gdzie piłka po drodze odbiła się jeszcze od jednego z obrońców i wpadła do siatki, objęli prowadzenie, ale jak się później okazało – był to ich jedyny gol w całym spotkaniu. Czy można było zrobić coś inaczej? W 8. minucie mieli nawet okazję na 2:0, którą zmarnował Krystian Kurek, lecz wydaje się, że nawet to nie uchroniłoby ich przed porażką. Po kwadransie zespół Kazika Grotte zaczął grać na swoim poziomie i w 16. minucie doczekał się banalnego błędu rywali. Kacper Jędrzejczyk nie zmarnował okazji i doprowadził do remisu. Chwilę później Gang zadał kolejny cios – po ładnej akcji do siatki trafił Piotrek Szostak. Do przerwy powinno być 3:1, lecz Damian Bąk przegrał pojedynek z rzutu karnego z Danielem Pszczółkowskim.
Bramkarz HandyMan nie mógł jednak wiecznie ratować swojej drużyny. W drugiej połowie to zresztą zrobił się pojedynek „Daniel kontra Gang”, ale tym razem to zawodnicy rywala byli sprytniejsi. Symboliczny był gol z 23. minuty, gdy piłkę przejął bramkarz Mapetów, Michał Wiekiera, przebiegł z nią całe boisko i wpakował ją do siatki. To definitywnie uwolniło potencjał faworytów. W 28. minucie było już 6:1 i HandyMan walczył głównie o to, by nie przegrać dwucyfrowo – co ostatecznie się udało. Jeśli ktoś miał przed tym meczem wątpliwości, czy Krzyśka Smolika i spółkę stać na coś więcej niż środek tabeli, to ten mecz mocno sprowadził ich na ziemię. Różnica klas była widoczna, a nawet ambicja, z której są znani, nie była w stanie nadrobić braków w szybkości i pomyśle na grę. Z kolei Gang chociaż pozostał na 4. miejscu w tabeli, to skrócił dystans do najgroźniejszych rywali na odległość jednego spotkania. Z ich perspektywy chyba trudno o lepszy początek nowego roku.
Passy zwycięstw nie udało się za to zbudować Alphie Omedze. Zawodnicy z Radzymina liczyli, że po pokonaniu Byczków stawią również dzielny opór ProBramowi. I faktycznie – długimi fragmentami byli równorzędnym rywalem dla faworytów, ale jednak zabrakło czegoś, by w jakikolwiek sposób zapunktować. Początek meczu był dość specyficzny, bo w ciągu sześciu premierowych minut zobaczyliśmy aż trzy żółte kartki. Dwie z nich otrzymali gracze Alphy, co sprawiło, że przez chwilę grali w osłabieniu i właśnie tutaj upatrywalibyśmy problemu przy straconym golu. Nikt nie przykrył Kacpra Rawskiego po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i to ProBram objął prowadzenie. Alpha szybko wzięła się jednak do roboty i w 12. minucie wyrównała za sprawą Bartka Lipskiego. Mogła to zrobić wcześniej, ale sędzia w jednej z sytuacji dopatrzył się faulu po jej stronie. Najważniejsze było jednak to, że Omega nie pozwoliła rywalowi zbudować przewagi bramkowej. Możemy wręcz powiedzieć, że w końcówce pierwszej połowy to zespół w białych koszulkach robił na nas minimalnie lepsze wrażenie, choć nie udało się tego udokumentować trafieniem.
Niestety dla Alphy, początek drugiej połowy należał do rywali. Najpierw Kacper Rawski świetnie zabrał się z piłką, położył bramkarza i umieścił futbolówkę w siatce, a chwilę później zespół Bartka Gorczyńskiego skutecznie wykorzystał kontrę, którą wykończył Kacper Wierciński. Zrobiło się 3:1 i ta przewaga okazała się z jednej strony bezpieczna, a z drugiej na tyle duża, że Alpha nie była już w stanie wrócić do meczu. Być może gdyby w 30. minucie Damian Boryczko wykorzystał swoją okazję, obraz spotkania wyglądałby inaczej, ale nie zapominajmy, że ProBram również miał swoje sytuacje. W kilku przypadkach zawodnicy tej ekipy nie dostrzegli dobrze ustawionego Sebastiana Turowskiego i niepotrzebnie próbowali kończyć akcje indywidualnie. Ostatecznie faworyci dopięli swego i po trafieniu Norberta Grzymały mogliśmy spokojnie dopisać im pełną pulę. Końcówka spotkania przypominała jego początek – znów posypało się trochę kartek, choć nie wynikających ze złośliwości. Ostatnie słowo należało do Alphy, a konkretnie do Patryka Drużkowskiego. Porażka 2:4 wstydu przegrywającym nie przynosi. Potwierdziło się to, co pisaliśmy o nich już kilkukrotnie – Alpha musi zagrać na 100% swoich możliwości, by marzyć o punktach z faworytami. Tym razem do perfekcji trochę zabrakło, choć pod względem wolicjonalnym wszystko się zgadzało. ProBram nie miał łatwej przeprawy, ale umiejętności indywidualne poszczególnych zawodników zrobiły swoje. W starciach z najgroźniejszymi rywalami w kontekście awansu trzeba będzie jednak dorzucić coś ekstra i Bartek Gorczyński na pewno ma tego świadomość.
Prawdziwy rollercoaster zafundowali nam za to reprezentanci Semoli i Sokoła. Ci pierwsi udowodnili, że choć wyniki nie idą po ich myśli, to żadnemu kolejnemu przeciwnikowi nie zamierzają ułatwiać sprawy. Gracze z Brwinowa mogli się o tym przekonać w sposób dla nich niemal najgorszy z możliwych. Warto dodać, że w barwach Semoli zadebiutował nowy bramkarz – Bartek Wałachowski. I szybko zapisał się w meczowym protokole, bo już w 2. minucie zapędził się na połowę rywala, ale nie wszystko poszło zgodnie z planem – musiał ratować się faulem i obejrzał żółtą kartkę. Już wtedy było jednak widać, że to może być zawodnik, który nada temu spotkaniu dodatkowego kolorytu. Przez długi czas nawet on nie miał jednak sposobu na Jakuba Obsowskiego. Jeden z najbardziej doświadczonych graczy Sokoła miał niesamowite wyczucie miejsca – gdziekolwiek się ustawił w okolicach pola karnego rywali, tam trafiała piłka, a on potrafił zrobić z niej użytek. Był zamieszany we wszystkie gole swojej drużyny w pierwszej połowie, co pozwoliło faworytom objąć prowadzenie 4:2. Wydawało się, że w końcówce pierwszej odsłony nic ciekawego już się nie wydarzy, ale wtedy sprawy w swoje ręce wziął Bartek Wałachowski. Najpierw popisał się świetnym, indywidualnym rajdem zakończonym celnym strzałem, a dosłownie chwilę później złapał piłkę i efektownym wykopem posłał ją do siatki Sokoła. Z 4:2 zrobiło się 4:4 i Semola mogła zbudować morale przed drugą częścią spotkania.
Ekipa z Brwinowa natomiast straciła nieco impet, ale wtedy znów przypomniał o sobie Kuba Obsowski, który kolejnym trafieniem dał swojej drużynie prowadzenie 5:4. Ku zaskoczeniu wszystkich to jednak Semola przejęła inicjatywę. W 30. minucie wyrównał Jarek Wieleba, chwilę później pięknym lobem nad bramkarzem popisał się Patryk Bysiak i po raz pierwszy w tym meczu to gracze z Ursusa mieli bramkę zapasu. W 36. minucie doszło do wydarzenia, które – w naszej ocenie – miało definitywnie przypieczętować sukces ekipy Krzyśka Jędrasika. Najpierw kapitalną interwencją popisał się Bartek Wałachowski, a chwilę później akcję wykończył z zimną krwią Maciek Jakóbczak. 7:5 na cztery minuty przed końcem – to brzmiało jak gotowy przepis na zwycięstwo. Semola rozegrała jednak końcówkę w najgorszy możliwy sposób. Zamiast bezpiecznej gry, nawet w postaci wybijania piłki jak najdalej, zawodnicy zaczęli ścigać się w popełnianiu błędów we własnej strefie. Najpierw pomylił się Bartek Wałachowski, chwilę później był już remis. Następnie fatalną stratę zaliczył Krzysiek Jędrasik, a ostatnia minuta była już egzekucją w wykonaniu Sokoła. Gracze z Brwinowa wykorzystali totalne załamanie rywali, dorzucili jeszcze dwa gole i wygrali 10:7. To nie pierwsza „cudowna” ucieczka spod topora tej drużyny. Sokół ma w sobie coś takiego, że w trudnych momentach potrafi zachować spokój i pokazać wysoką jakość. Oczywiście pomogli rywale, ale to też trzeba umieć wykorzystać. Nad Semolą nie ma się chyba jednak co pastwić. Wiedzą, że zawalili, ale z perspektywy czasu warto też spojrzeć na pozytywy: siedem zdobytych bramek, świetny debiut nowego bramkarza, kilka naprawdę ciekawych akcji. Na tym trzeba budować – choć wiadomo, że po tak przegranym meczu najchętniej rzuciłoby się halówki w cholerę na dłuższy czas.
Pewnie niektórym trudno będzie w to uwierzyć, ale ostatniemu poniedziałkowemu spotkaniu towarzyszyła bardzo ciekawa statystyka. Otóż dwa poprzednie mecze pomiędzy Byczkami a Lemą Logistic zakończyły się remisami 5:5. Sam fakt remisu w meczu halowym zawsze budzi lekkie zdziwienie, a co dopiero, gdy dochodzi do niego dwa razy z rzędu i w identycznym rozmiarze. To tylko pokazuje, jak bardzo wyrównane są to zespoły i że bez względu na stawkę czy aktualną pozycję w tabeli, ich bezpośrednie starcia rządzą się własnymi prawami. Na to liczyliśmy również tym razem i wcale nie było daleko od sytuacji, w której mecz rozstrzygnąłby się dopiero w końcówce. Szczególnie pierwsza połowa była bardzo zacięta, a prowadzenie kilkukrotnie zmieniało właściciela. Lepiej rozpoczęli Logistycy, lecz błyskawicznie odpowiedział Łukasz Bednarski. Chwilę później inicjatywę przejęły Byczki, co udokumentował golem Kacper Krzyt, ale Lema znalazła na to odpowiedź – ponownie za sprawą Kuby Kostrzewy. Mogło być jeszcze lepiej, lecz w 16. minucie sytuację Huberta Sochackiego zatrzymał na linii bramkowej Mateusz Morawski. Końcówka pierwszej połowy należała jednak do Byczków, które wykazały się większą skutecznością. Rozegranie rzutu rożnego pozwoliło zdobyć bramkę Maćkowi Banaskowi, choć Lema również mogła wyrównać – swoją okazję miał chociażby Adrian Bielecki.
Druga połowa przyniosła kontakt bramkowy tylko na jej początku. Na trafienie Kacpra Krzyta odpowiedział Hubert Sochacki, ale później gole zdobywały już wyłącznie Byczki. Najpierw na listę strzelców wpisał się Mateusz Morawski, następnie jego strzał skutecznie dobił Marcin Częścik i zrobiło się 6:3. Ten wynik zmusił ekipę z Radzymina do postawienia wszystkiego na jedną kartę. Gra z Hubertem Sochackim jako lotnym bramkarzem niestety się nie opłaciła, co dobitnie pokazał gol Marcina Częścika zdobyty z własnej połowy na pustą bramkę. Takiej przewagi zespół Dawida Pływaczewskiego nie mógł już roztrwonić i wreszcie mógł dopisać do swojego konta pełną pulę punktów. Aż dziwne, że przy takim potencjale Byczki musiały czekać na pierwsze zwycięstwo aż cztery kolejki. Najważniejsze jednak, że w końcu je mają i nic nie stoi na przeszkodzie, by za tym poszły kolejne dobre występy. Choć strata do podium jest spora, to przy założeniu, że ten zespół zacznie wreszcie przechylać na swoją stronę wyrównane mecze, wszystko może się jeszcze wydarzyć. Na pewno nie wolno im się poddawać. Sytuacja Lemy Logistic jest nieco trudniejsza, choć nie pomaga jej również terminarz – rywale wciąż są z najwyższej półki. Z drugiej strony widać, że tej drużynie brakuje jeszcze do optymalnej formy. Po niektórych zawodnikach spodziewamy się więcej – choćby Arek Pisarek w poniedziałek był praktycznie niewidoczny, a wiemy, jakiej klasy to gracz. Liczymy, że dyspozycja Lemy pójdzie w górę, ale trzeba mieć świadomość, że musi to nastąpić natychmiast, jeśli w drugiej części sezonu nie chcą grać już wyłącznie dla przyjemności.
Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.