fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 4.kolejki 3.ligi!
Kto by pomyślał, że po czterech kolejkach w strefie spadkowej (lub blisko niej) będą Gencjana oraz JMP. Trudno też było przewidzieć, że kolejne punkty straci Mocna Ekipa.
Wtorkowe granie rozpoczęliśmy już o godzinie 19:00, bo w święto Trzech Króli mogliśmy zacząć rywalizację nieco wcześniej. Trudno powiedzieć, czy późniejsza godzina rywalizacji Gencjana – Białowieska coś by tutaj zmieniła, ale dodajmy z kronikarskiego obowiązku, że ci pierwsi nie mogli liczyć na wszystkich swoich najlepszych zawodników. Mimo wszystko, biorąc pod uwagę, że ta ekipa potrafi utrzymać swój styl gry bez względu na wykonawców, stawialiśmy drużynę w fioletowych koszulkach na delikatnym „pole position” do zgarnięcia trzech punktów. Czy meczowe realia to potwierdziły? Jak się okazało – nie do końca. W żadnym momencie tej potyczki Gencjana nie prowadziła i praktycznie przez całe spotkanie musiała gonić. Za pierwszym razem stało się to bardzo szybko, bo już po 2 minutach, gdy Marcin Krucz ładnym strzałem z lewej nogi pokonał Artura Fiodorowa. Odpowiedź przyszła w 9. minucie: Andrzej Walczuk również zszedł z piłką do lewej nogi, uderzył, a piłka jakoś prześlizgnęła się pod Krzyśkiem Sonnenfeldem. Ogólnie akcji bramkowych nie było zbyt wiele, dlatego o dużym rozczarowaniu może mówić Marcin Krucz, który w 13. minucie miał na nodze piłkę na 2:1, ale nie zamienił jej na bramkę. Do przerwy mieliśmy więc remis, a potem obraz gry za bardzo się nie zmienił.
Ciekawie zrobiło się od 30. minuty, gdy arbiter ukarał Gencjanę za źle przeprowadzoną zmianę. Białowieska dobrze to wykorzystała, aczkolwiek znakomicie pomógł jej w tym przeciwnik, a konkretnie Łukasz Sasal, który za krótko zagrał do Artura Fiodorowa. Nogę włożył Norbert Skórski i zrobiło się 2:1. Odpowiedź Gencjany była jednak błyskawiczna – wreszcie ta ekipa zagrała taką akcję, na jaką długo czekaliśmy, a ostatnimi w łańcuchu podań byli Łukasz Sasal oraz Evgenio Asinov. Myśleliśmy, że przy wyniku 2:2 doświadczenie Gencjany zrobi tutaj swoje. No ale nie da się wygrać meczu, jeśli podajesz przeciwnikowi gole na tacy. A tak było w 35. minucie: Rafał Malinowski zbyt słabo dograł piłkę do bramkarza, skorzystał na tym Antek Sonnenfeld i Białowieska była o 5 minut od drugiej wygranej w sezonie. Gencjana musiała już wtedy zagrać va banque: zdjęła bramkarza, wstawiła tam Evgenio Asinova i pod bramką ekipy w czerwonych koszulkach zrobiło się trochę nerwowo. Tyle że Gencjana nie była w stanie stworzyć choć jednej akcji, która skończyłaby się golem. Czas uciekał i nawet ten „zatrzymywany” nie pomógł ekipie Maćka Zbyszewskiego, by pokusić się tutaj choćby o remis. Jeden punkt w czterech spotkaniach – nigdy byśmy nie przewodzili, że tak może wyglądać dorobek Fioletowych. Czyżbyśmy naprawdę musieli traktować ich jako kandydatów do spadku? Trudno przechodzi nam to przez myśl, a co dopiero przez język. Białowieska jest z kolei dosłownie o jeden, może trzy punkty od tego, by zapewnić sobie pozostanie w 3. lidze. Ciężko powiedzieć, czy może być ich stać na walkę o coś więcej, ale na pewno będzie im się łatwiej grało ze świadomością, że plan minimum zrealizowali już po czterech meczach.
Gencjana to jedno – przynajmniej na razie – z rozczarowań tego sezonu. Drugie? Na pewno JMP. Co prawda jeszcze przed świętami udało im się wygrać nomen omen właśnie z Białowieską, ale wszyscy ci, którzy liczyli, że to początek budowanej zwycięskiej serii, musieli obejść się smakiem. Plan ekipie Damiana Zalewskiego pokrzyżowała Faludża, której gra, może trochę w nawiązaniu do nazwy, faluje, ale jednak tam, gdzie chłopaki są faworytami, raczej robią to, co do nich należy. Tak było właśnie przeciwko JMP, chociaż losy trzech punktów rozstrzygnęły się dopiero w drugiej połowie. Pierwsza była bardzo wyrównana i chociaż ekipa z Falenicy dwukrotnie wychodziła na prowadzenie, to spadkowicze z 2. ligi tyle samo razy odpowiadali. No ale znów swoje zrobiła krótka kołdra w obozie drużyny z Warszawy. Wiedzieliśmy, że dwóch rezerwowych to w tak ciasnym meczu może być za mało, tym bardziej że nie wiemy nawet, czy Piotrek Jędra, dla którego był to pierwszy mecz w tym sezonie, mógł w ogóle grać na 100%.
Szkoda też, że na początku drugiej połowy JMP nie wykorzystało sytuacji 2 na bramkarza – przez niedogadanie Adriana Wrony i Emila Gadomskiego. To się zemściło w 27. minucie, gdy do meczowego protokołu po raz drugi wpisał się Piotrek Ogiński. Ale i na to zespół w granatowych koszulkach potrafił jeszcze znaleźć ripostę: Pedro Freire z ostrego kąta posłał strzał nie do obrony i znów mieliśmy remis. Potem oglądaliśmy popis obydwu bramkarzy. Najpierw Tomek Kalinowski obronił sytuację sam na sam z Piotrkiem Ogińskim, a następnie Marcin Komorowski nie dał się oszukać Adrianowi Wronie. Przełomowy moment spotkania to 35. minuta. Żółtą kartkę obejrzał Piotrek Jędra, Faludża w przewadze doszła do pozycji strzałowej, Kamil Lubański posłał piłkę na bramkę, a ta przełamała palce golkiperowi oponentów i wpadła do siatki. Chwilę później błąd popełnił Pedro Freire. Złe zagranie, piłkę dostał za chwilę Filip Jesiotr i było już 5:3. Nadzieję w serca JMP wlało jeszcze trafienie Adriana Wrony, Damian Zalewski próbował ratować sytuację jako lotny bramkarz, lecz to wszystko na nic się zdało, a ostatni cios zadał najlepszy na boisku Piotrek Ogiński. Niespodzianki więc nie było i pewnie znów możemy się zastanawiać, co byłoby, gdyby JMP przyjechało szerszym składem. Ale nie przyjechało, zrobiło co mogło w tej kadrze, którą miało – a to znów nie wystarczyło. I może nie ma co dorabiać do tego ideologii. Faludża trochę się męczyła, ale końcówka należała do niej, dzięki czemu oni mogą być już chyba pewni, że w swoim debiutanckim sezonie w 3. lidze nie spadną. To oczywiście mało jak na ich ambicje, natomiast żeby myśleć o czymś więcej, trzeba pokonywać tych, którzy mają podobne marzenia. A tak się składa, że z jednym z takich zespołów zmierzą się we wtorek – i wtedy dostaniemy odpowiedź, czy stać ich na to nie tylko na papierze, ale i na parkiecie.
Tak się składa, że w końcówce poprzedniego akapitu pisaliśmy o Adrenalinie jako kolejnym przeciwniku dla Faludży. Tak, Adrenalina jest obecnie liderem 3. ligi i biorąc pod uwagę, że potrafiła pokonać Mocną Ekipę, trudno polemizować z tym, że na szczycie zmagań znalazła się zasłużenie. Wiadomo jednak, że bycie na 1. miejscu to nie tylko przywilej, ale też pewne zobowiązania – choćby do dobrej gry. Uprzedzając wypadki: to nie do końca udało się podopiecznym Roberta Śwista przeciwko Szmulkom. Wiadomo, że z zespołem Kuby Kaczmarka nigdy nie rywalizuje się łatwo, bo to niewygodna drużyna, która lubi się cofnąć, zamknąć w okolicach własnego pola karnego i nie jest łatwo ją złamać. No ale właśnie w tym cały szkopuł, że Adrenalina zaczęła mecz świetnie. Już po 8 minutach było 2:0 i tutaj naprawdę niczego więcej nie było trzeba. Szmulki musiały się trochę odkryć, a to powodowało, że kolejne gole dla faworytów miały być kwestią czasu. No i faktycznie – w końcówce premierowej odsłony ładnym lobem na pustą bramkę popisał się Kacper Waniowski. Szmulki jeszcze przed przerwą trafiły jednak na 1:3, a potem Kuba Kaczmarek miał nawet okazję, żeby zdobyć trafienie kontaktowe. Już to powinno być sygnałem ostrzegawczym dla Adrenaliny. Ci jednak chyba myśleli, że to wszystko jakoś się dogra.
Z gry, która była może niezbyt efektowna, ale na pewno solidna, wielu zawodników zaczęło grać pod siebie, jakby żyjąc w przeświadczeniu, że tutaj nic złego nie może się stać. Ale Szmulki w 25. minucie zdobyły bramkę na 2:3 i zrobiło się nerwowo. Co prawda w 30. minucie Kacper Waniowski dobił własny strzał i na chwilę nastąpił powrót do dwóch goli przewagi, ale Szmulki ani myślały wywieszać białą flagę. Na 8 minut przed końcem Krystian Rzeszotek znów spowodował, że różnica wynosiła tylko jedną bramkę. Zespół z Pragi nakręcił się, widział, że gol na wagę choćby punktu wisi w powietrzu i zbliżał się do celu. I kto wie, czy by go nie osiągnął, lecz w 38. minucie Karol Dębowski zobaczył żółtą kartkę za faul daleko od własnej bramki, a Adrenalinie udało się wykorzystać grę w przewadze i faworyci mogli odetchnąć. W końcówce ich grę sponsorował chaos i o mało nie skończyło się głupią stratą punktów. No ale najważniejsze, że zrobili swoje, bo – tak jak mówiliśmy – przeciwko Szmulkom trudno jest grać ładnie dla oka. To jednak nie powinno być jedynym usprawiedliwieniem postawy lidera tabeli. Co do przegranych, to oni chyba trochę za późno wzięli się do roboty. Swoje zrobiły też niewykorzystane okazje, natomiast bez wątpienia był to dużo lepszy występ niż ten na zakończenie poprzedniego roku. Występ, który zwiastuje, że Szmulki powoli, acz systematycznie, wchodzą na poziom, który ma im zagwarantować grę w 3. lidze również w kolejnej kampanii.
Jeszcze kilka tygodni temu, oceniając grę i przede wszystkim potencjał Mocnej Ekipy, myśleliśmy, że to może być drużyna, która przez rozgrywki przejdzie suchą stopą. To przekonanie zweryfikowała ekipa Adrenaliny, która jeszcze w 2025 roku wypunktowała zespół Michała Zimolużyńskiego, co może nawet z perspektywy czasu mogło wyjść Mocnej Ekipie na dobre. Pewna presja związana z tym, że tak naprawdę to oni muszą, a reszta tylko może, mogła troszkę opaść, co powinno pozytywnie wpłynąć na ich postawę. I choćby z tego względu oczekiwaliśmy, że byli liderzy rozgrywek dość gładko wejdą w nowy rok, bez większych problemów odprawiając Las Vegas. Być może inaczej byśmy o tym myśleli, gdyby w obozie Parano było dwóch zawodników, którzy tak mocno przysłużyli się do wygranej tej ekipy nad Gencjaną, czyli Damian Ozygała i Filip Pietrusiewicz. Ich brak powodował, że szanse zespołu Grześka Dąbały ocenialiśmy trochę słabiej, natomiast wiedzieliśmy, że tę drużynę stać, by przy dobrej własnej grze pokusić się tutaj może nie o punkty, ale przynajmniej o satysfakcję z własnej postawy.
No i okazało się, że się nie pomyliliśmy. Las Vegas zagrało dobry mecz, będąc ekipą zdyscyplinowaną w obronie, skuteczną z przodu – i to wszystko sprawiło faworytom mnóstwo problemów. Jednym z tych, którym szczególnie zależało na tym, żeby tutaj zagrać na nosie braciom Trąbińskim i spółce, był Kuba Koszewski. Swojego czasu chłopaki grali w jednej drużynie, potem ich losy się rozeszły, ale Kuba na pewno chciał tutaj dobrze wypaść – i to właśnie on otworzył wynik spotkania. Mocna Ekipa odpowiedziała golem Dawida Skupa, no ale gracze w czarnych koszulkach nie potrafili pójść za ciosem. Ba, w końcówce tej części gry to Las Vegas grało bardziej ofensywnie i gdyby Sławek Lubelski lub Kuba Koszewski mieli lepiej nastawiony celownik, to mogło być 2:1 do przerwy. Ale co się odwlekło, to nie uciekło. W 24. minucie Adam Wosiek zagrał do Kuby Koszewskiego, a ten po raz drugi znalazł sposób na Łukasza Trąbińskiego. Biorąc pod uwagę, że defensywa Las Vegas grała twardo i nieustępliwie, niewykluczone, że do głowy zawodników Mocnej Ekipy zaczęło dochodzić, iż za chwilę mogą przegrać drugi mecz z rzędu. Tym bardziej że nie potrafili nawet wykorzystać przewagi liczebnej po żółtej kartce dla Adama Wośka. Tym większe zdziwienie było, w jaki sposób doszło do wyrównania, bo faworyci na 2:2 strzelili gola... po kontrze, a konkretnie uczynił to Mateusz Derlatka. Od tego momentu ataki drużyny w czarnych trykotach znacznie się nasiliły i Robert Leszczyński, pilnujący dostępu do bramki Parano, miał co robić. I bronił świetnie – czasami szczęśliwie, nierzadko mógł też liczyć na heroiczną pomoc kolegów. A w ostatnich sekundach mogło dojść do totalnego przewrotu, bo Sławek Lubelski miał na nodze piłkę na 3:2, ale nie wykorzystał szansy i skończyło się podziałem punktów. No i Mocna Ekipa nie może mieć do nikogo pretensji. To nie było tak, że miała mnóstwo okazji i zawiodła skuteczność. Po prostu ciężko im się grało z tak dobrze usposobionym rywalem. Dlatego słowa uznania dla Las Vegas – bo kiedy już myśleliśmy, że ten zespół trochę się wypalił, oni zagrali jak za starych, dobrych czasów. Brawo!
Powody do zadowolenia po wtorkowych potyczkach miał także Klimag. Ferajna Patryka Maliszewskiego mierzyła się z niepokonaną MR Geodezją, a punkty wywalczone z bezpośrednim rywalem w walce o najwyższe cele spokojnie można było pomnożyć przez dwa. W dodatku Klimag pojawił się na hali wzmocniony nie byle kim – do drużyny dołączył Adam Matejak, o którego umiejętnościach chyba nikogo nie musimy przekonywać. No i właśnie w tej ofensywie, gdzie przecież oprócz Adama są też tacy gracze jak Piotrek Bergiel, upatrywaliśmy głównego oręża zespołu. Geodezja tak głośnych nazwisk nie ma – ta drużyna stawia raczej na zespołowość – ale byliśmy ciekawi, czy jej defensywa będzie w stanie ugiąć się pod takim potencjałem rywala. Początek należał jednak do Geodetów. Mateusz Kowalczyk zobaczył żółtą kartkę za faul, a z miejsca przewinienia celnym strzałem z rzutu wolnego popisał się Łukasz Godlewski i było 1:0. Za chwilę ten sam zawodnik mógł podwyższyć na 2:0, lecz będąc w doskonałej sytuacji przegrał pojedynek z Rafałem Michalakiem.
Na tym jednak ofensywne zapędy Geodezji w pierwszej połowie trochę się zatrzymały i do głosu powoli zaczęli dochodzić zawodnicy po drugiej stronie boiska. Co prawda w 17. minucie Artur Jarosz zmarnował podanie Adama Matejaka, to w 19. minucie wszystko poszło już tak jak trzeba – kontrę Klimagu wykończył Arek Stępień. Potem szansę miał jeszcze Adam Matejak i gołym okiem dało się zauważyć, że przewaga Klimagu musi zostać za chwilę udokumentowana kolejnym trafieniem. Tak też się stało, ale już w drugiej połowie, gdy na listę strzelców wpisał się Mateusz Kowalczyk. Na odpowiedź Geodezji czekaliśmy do 29. minuty. Wówczas Krzysiek Kunowski, golkiper tej ekipy, zaangażował się w akcję ofensywną własnego zespołu: uderzył, błąd popełnił jego vis-a-vis, Rafał Michalak, i znów mieliśmy remis. Kluczowa bramka padła w 36. minucie i zdobył ją ten, o którym wspominaliśmy na wstępie, czyli Piotrek Bergiel – wykorzystując zgranie Artura Jarosza. Geodeci próbowali za wszelką cenę wyrównać, ale finałowe fragmenty spotkania rozegrali słabo. Brakowało trochę kogoś, kto wziąłby na siebie odpowiedzialność za wynik: za konkretną akcję, za wybranie odpowiedniego momentu do strzału. Klimag takich problemów nie miał i w 40. minucie podstemplował sukces, a konkretnie uczynił to Patryk Maliszewski. Tym samym pierwsza porażka Geodezji w sezonie stała się faktem. Zaskoczenia wielkiego nie ma, bo ten zespół niewiele był w stanie wykreować z ataku pozycyjnego. Obydwa gole zdobył albo po stałym fragmencie, albo po błędzie przeciwnika, ale to było trochę za mało. Klimag wyglądał na zespół bardziej różnorodny, co pewnie brało się głównie z większych umiejętności indywidualnych poszczególnych graczy. No i w tym momencie ekipa Patryka Maliszewskiego jest już na drugim miejscu w tabeli, a przecież sezon zaczęła słabo. Ale jak tak dalej pójdzie, to oni tam zagoszczą na stałe – bo widać, że w drużynie jest dobra chemia, zdrowa rywalizacja i choćby frekwencja pokazuje, że każdy chce być uczestnikiem tego projektu. A jeszcze jak odpali im Adam Matejak, to naprawdę mogą być trudni do powstrzymania.
Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.