fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 4.kolejki 2.ligi!

13 stycznia 2026, 12:48  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

W tabeli 2. ligi powoli dzieje się coś, czego - stety lub niestety - trochę się spodziewaliśmy. Dwójka ukraińskich ekip powoli zaczyna odłączać się od peletonu.

Zresztą na trzecim miejscu w ligowej hierarchii jest kolejna ekipa zza naszej wschodniej granicy. To Everest, który jednak zaprzepaścił szansę, by być samodzielnym właścicielem 3. miejsca - wszystko za sprawą remisu z Warsaw Fire. Drużyna Yosifa Manuchariana była tutaj dość zdecydowanym faworytem, chociaż brakowało w tej ekipie jej głównego rozgrywającego, czyli Vladyslava Burdy. Mimo wszystko myśleliśmy, że Everest zrobi tutaj swoje, no ale napotkał dość zdecydowany opór. Strażacy, chociaż w poprzedniej kolejce z Goat Life Sport zawiedli, tak tutaj od samego początku byli bardzo zdeterminowani. Wydaje nam się, że dość szybko zorientowali się, że przeciwnik wcale nie jest taki straszny i przy konsekwentnej grze jest szansa go ugryźć. Sprawę skomplikowała trochę sytuacja z 4. minuty, gdzie Warsaw Fire kompletnie nie przypilnowali Stanislava Badetskiego, a ten - będąc niekryty - nie miał problemów z pokonaniem Grześka Śliwińskiego, który zastępował Szymona Bielańskiego. Everest nie jest jednak zespołem, który po jednym trafieniu za wszelką cenę idzie po drugie. To drużyna czerpiąca siłę z błędów przeciwnika, no ale Strażacy drugiej tak głupiej pomyłki jak ta z 4. minuty długo nie popełniali. Co więcej, w końcówce pierwszej połowy przypomniał o sobie Dawid Leśniakiewicz. Dla tego gracza to był pierwszy występ w tym sezonie, ale ten gość nie zapomniał, jak wykorzystać swój największy atut w postaci szybkości. W 18. minucie dostał piłkę od Grześka Śliwińskiego, nie dał się wybić z uderzenia obrońcy rywala i zmieścił futsalówkę w siatce. Ale było mu mało! Już w 18. sekundzie drugiej połowy ten sam zawodnik po raz drugi znalazł sposób na debiutującego w Evereście Yevheniia Lavrynenkę.

Byliśmy ciekawi, jak na to wszystko zareaguje Everest. Wiedzieliśmy, że tutaj nie ma co liczyć na ich huraganowe ataki, bo to nie jest ich styl. Wciąż starali się grać konsekwentnie, chociaż w 27. minucie o mało co nie przegrywali już 1:3, ale sędziowie nie dopatrzyli się przekroczenia linii bramkowej przez piłkę uderzoną przez Patryka Perlejewskiego, co na wszelki wypadek sprawdzili jeszcze na VARze. Z kolei Patryk był w 33. minucie bohaterem akcji, tyle że w defensywie, gdy zatrzymał strzał zmierzający do bramki Strażaków w wykonaniu Illii Shemanueva. Czas mijał, gole nie padały, więc Everest musiał sięgnąć po lotnego bramkarza. I mimo że na zegarze było coraz mniej czasu, ta drużyna chciała swoje decydujące akcje dograć do perfekcji - i zrobiła to. Cierpliwość opłaciła się w 39. minucie, gdy po ładnej wymianie podań do strzału doszedł Stanislav Badetskiy. Piłka odbiła się od Patryka Perlejewskiego, czym kompletnie zmyliła Grześka Śliwińskiego, i mieliśmy remis. Ale graczom z Ukrainy było mało. Za chwilę rozegrali niemal identyczną akcję i dosłownie na kilkanaście sekund przed końcem Stanislav Badetskyi - tym razem bez niczyjej pomocy - dał Everestowi prowadzenie! Strażacy byli więc o włos od straty tego, na co cały mecz tak mocno pracowali. Nie widzieliśmy już dla nich nadziei, ale inne zdanie w tej kwestii miał Mariusz Kapsa. Po wznowieniu gry wziął piłkę, podciągnął z nią kilka metrów i uderzył na bramkę. Yevhenii Lavrynenko odsłonił jedną część bramki i mimo że strzał nie był jakoś mocny, ani też nie był oddany z bliskiej odległości, to piłka wleciała do siatki i ustaliła wynik spotkania na 3:3. Trudno powiedzieć, kto tutaj powinien odczuwać większy niedosyt. Everestowi należą się brawa za to, jak rozegrał ostatnią minutę. Ich spokój imponował - nigdzie się nie spieszyli, jakby wiedzieli, że pośpiech im tutaj nie pomoże. No i wyszli na 3:2 i mieli obowiązek to utrzymać. Byłoby jednak niesprawiedliwe, gdyby Warsaw Fire zostali tutaj z niczym. Wysiłek, jaki włożyli w tę potyczkę, został więc nagrodzony i tak naprawdę do tej pory nie wiemy, który comeback był w tym meczu bardziej spektakularny: dwa gole Everestu w ostatniej minucie, czy jednak ten dla Warsaw Fire, bo przyznamy, że ani jednego, ani tym bardziej drugiego się tutaj nie spodziewaliśmy. Jeśli futbol polega na nieprzewidywalności, to ten mecz był jej najlepszą definicją.

Ciekawy przebieg miało też drugie spotkanie w środę. Ferajna United podejmowała Górali i biorąc pod uwagę, jak mocną paką przyjechali ci drudzy, nie dawaliśmy nominalnym gospodarzom wielkich szans. Nie zmieniała tego nawet obecność Patryka Grzelaka. Napastnik ekipy Damiana Białka zjawił się pierwszy raz w tym sezonie i chociaż wiedzieliśmy, jak bramkostrzelny to zawodnik, to - niczego mu nie ujmując - po drugiej stronie boiska takich samych było kilku. Ale początkowo to właśnie Patryk wygrywał z nimi rywalizację. To on w 12. minucie otworzył wynik spotkania po mocnym i, co najważniejsze, precyzyjnym strzale z dystansu. Górale podobnej sztuki dokonać nie potrafili, chociaż okazji im nie brakowało, lecz natrafili na bardzo dobrą formę bramkarza oponentów. I gdy oni swoich okazji nie wykorzystali, to Ferajna w 16. minucie prowadziła już 2:0. I znowu w roli głównej Patryk Grzelak, który wyłuskał piłkę spod rąk Rafała Sosnowskiego i za chwilę cieszył się z drugiego trafienia. No ale końcówka pierwszej połowy została przez Ferajnę rozegrana fatalnie. Chociaż może nie tyczy się to nawet samej gry, co przede wszystkim wyniku, który na przestrzeni kilku minut zmienił się o 180 stopni. Najpierw trafienie kontaktowe zanotował Łukasz Budryk, potem ładną klepkę drużyny Marcina Lacha wykończył Wojtek Wocial, a ten sam zawodnik lada moment dobił własny strzał i o prowadzeniu Ferajny nikt już nie pamiętał. A to nie był koniec złych wiadomości. Dosłownie w następnej akcji żółtą kartkę zobaczył Igor Milewski, a wykorzystanie gry w przewadze nie stanowiło dla Górali większego problemu i Wojtek Wocial mógł się po chwili pochwalić klasycznym hat-trickiem. Z 0:2 na 4:2 i wiedzieliśmy, że to wpłynie na morale Ferajny. Trzeba było jednak walczyć dalej, bo mimo wszystko strata dwóch bramek niczego tutaj jeszcze nie rozstrzygała.

W 27. minucie wynosiła ona z kolei już tylko jedno trafienie, gdy Michał Kapełuś wykorzystał niedogadanie w obozie przeciwnika. I być może gdyby Ferajna mogła się trochę nacieszyć tym trafieniem, to by się nim również nakręciła… No ale zaraz pokarał ich Filip Góral. Dystans dwóch bramek Górale dość spokojnie dowieźli do ostatniego gwizdka, chociaż okazji nie brakowało z obu stron. Ferajnie nie udało się więc zdobyć choćby punkciku i to musi boleć, jeśli wszystko wymyka ci się z rąk na przestrzeni ledwie kilku chwil. Na pocieszenie został im dublet Patryka Grzelaka, z którego usług pewnie chcieliby korzystać częściej niż raz na ruski rok. Co do Górali - oni nie przejęli się początkowymi niepowodzeniami i zrobili swoje. I dochodzą nas słuchy, że mimo 5-punktowej straty do czołowej dwójki ani myślą odpuszczać walki o awans. Jeśli więc nadal będzie im się na boisku tak chciało jak do tej pory, to gdybyśmy mieli wskazać głównego kandydata, który może popsuć szyki Ternovitsii czy Kolosowi, to Górale byliby na tej liście na pierwszym miejscu.

A skoro jesteśmy już przy jednej z liderujących ekip, czyli Ternovitsii, to ona starła się 7 stycznia z Gato FS. I biorąc pod uwagę, że musiała sobie radzić bez swojego kluczowego zawodnika, Volodymyra Hrydovyia, to coś nam podpowiadało, że Gato może im napsuć trochę krwi. Oczywiście tutaj musiałoby złożyć się kilka czynników, aby finalnie ten zespół odniósł zwycięstwo, ale niczego nie zamierzaliśmy wykluczać. Problem polegał jednak na tym, że ktoś Gato zabronił zdobywać bramki. Ten zespół miał naprawdę sporo okazji, chociażby w pierwszej połowie, i trudno sobie wyobrazić, że nie strzelili w niej ani jednego gola. Głównie Yaroslav Burlachenko miał duże problemy, by wstrzelić się w bramkę. Takich kłopotów nie miał za to w 8. minucie Serhii Romanovskyi, który dostał piłkę od Vladyslava Voronova i strzelił nie do obrony. W 14. minucie było już 2:0 - tym razem asystent poprzedniego gola zamienił się w strzelca i Ternovitsia miała już wynik 2:0. Gato mogło odpowiedzieć, lecz celowniki wciąż były rozregulowane, no i jak to często bywa w takich okolicznościach, to rywal zdobył kolejnego gola, a konkretnie Vitalii Yakovenko, który dobił strzał Vladyslava Voronova.

Do przerwy było więc 0:3 i cudów nie należało oczekiwać, zwłaszcza że strzelecki impas podopiecznych Andriia Rosinskiego trwał w najlepsze. Gdyby problemów było mało, to w 27. minucie tej drużynie przytrafił się błąd w rozegraniu, który na gola zamienił Maks Kondarevych. No i dopiero wtedy, dosłownie po 120 sekundach, Gato zdołało otworzyć swój dorobek bramkowy po ładnym strzale z lewej nogi Siarheia Zhukouskiego. Nie było jednak perspektyw na odwrócenie losów spotkania. Ternovitsia umiejętnościami trzymała przeciwnika na dystans, w 34. minucie zadała decydujący cios, a konkretnie uczynił to będący w dobrej dyspozycji Maks Kondarevych. Ostatnie słowo należało do Gato, lecz bramka Artema Kopusa była jedynie „na pocieszenie”. Gato pozostaje więc z jednym punktem i zaledwie 13 strzelonymi bramkami. Mają średnią ledwo ponad dwóch trafień na mecz, trudno myśleć o regularnym punktowaniu. Dla porównania - Ternovitsia ma tych goli już ponad połowę więcej i zajmuje obecnie miejsce wicelidera. Ale co ważne: wreszcie odniosła wygraną, której nie musiała ratować w końcówce. Okazało się więc, że bez Volodymyra Hrydovyia też jest życie, też jest komu strzelać i walczyć. A to cieszy Romana Shulzenkę, bo on pewnie miał wątpliwości, czy dorzucenie do składu tylu nowych graczy nie odbije się negatywnie na formie zespołu. I chociaż wciąż jest nad czym pracować, to idzie to wszystko w coraz lepszym kierunku.

Z drugoligowych czeluści powoli odbija się też Tuba Juniors. Już mecz z Ternovitsią, przegrany minimalnie, pokazał, że ten zespół powoli wychodzi na prostą i w konfrontacji z Goat Life Sport należało oczekiwać, że gracze z Rembertowa mają duże szanse, by dorzucić do swojego dorobku drugie zwycięstwo. No ale w obozie przeciwników pewnie założenia były bardzo podobne. Goatsi też wiedzieli, że jak szukać punktów potrzebnych do stabilnego bytu, to właśnie w takim spotkaniu. No ale to, w jaki sposób weszli w ten mecz, nie świadczy najlepiej o ich koncentracji. Już w 25. sekundzie Kamil Sadowski wstrzelił piłkę w pole karne, a tam Maciek Gołębiewski zaliczył magic touch, a futsalówka wpadła do siatki obok bezradnego Grzeska Kowerskiego. Goatsi mogli odpowiedzieć w 4. minucie, lecz dogodnej okazji nie wykorzystał Wiktor Wiśniewski. O ile jednak na tym etapie spotkania niewykorzystanie szans nie było jeszcze wielką zbrodnią, to takie błędy jak ten, który przed upływem kwadransa popełnił Dawid Kozłowski, to już piłkarski kryminał. Obrońca ekipy w czarnych strojach chciał podać do bramkarza, ale zamiast tego wystawił piłkę jak na tacy Szymonowi Gołębiowskiemu, a ten nie miał problemów, by wpakować ją do pustej bramki. Potem nie popisał się też Grzesiek Kowerski. Po strzale Bartka Gałeckiego piłka odbiła się od nogi jednego z zawodników i nabrała dość wysokiego kozła, ale golkiper Goatów miał absolutny obowiązek, by ją złapać. Trudno jednak powiedzieć, co on chciał osiągnąć - wydawało się, że chce ją sobie podbić, by następnie złapać, no ale zrobił wszystko tak, że ta wpadła do siatki. Koszmar.

To mogło podłamać przegrywających, ale tak się nie stało. Jeszcze przed przerwą udało im się wykreować fajną akcję, po której gola zdobył Damian Wawryło. W drugiej połowie poszli za ciosem, gdy po rzucie rożnym Tuby akcja poszła w drugą stronę i Karol Anklewicz pokonał Kamila Sadowskiego. No ale co z tego, skoro akcja „charytatywna” Goatsów, polegająca na oddawaniu bramek, trwała w najlepsze. W 28. minucie Wiktor Wiśniewski tak zagrywał piłkę we własnym polu karnym, że wystawił ją Szymonowi Gołębiewskiemu, a ten nie zwykł marnować takich szans. Gorszy od Wiktora znowu nie chciał być… Grzesiek Kowerski. Wyszedł z bramki, potem łaskawie podał piłkę pod nogi przeciwnika - konkretnie Igora Chwedoruka - i zrobiło się 5:2. Lada moment ten sam zawodnik podwyższył stan posiadania Tuby i było po meczu. Tuba dołożyła zresztą jeszcze dwa trafienia i wygrała dość pewnie, bo aż 8:2. Ale prawda jest taka, że takiego spotkania po prostu nie dało się przegrać. Rywal robił wszystko, żeby Juniorzy przypadkiem się tutaj nie zmęczyli i nie musieli napracować przy okazji zdobywania bramek. Dawno na tym poziomie nie widzieliśmy tak kuriozalnie traconych goli. Tak się Goatsi nie utrzymają w 2. lidze. Tuba z kolei właśnie awansowała do górnej połowy tabeli i, jak to ona, zapewne znów będzie celować w trzecie miejsce. Po środowym spotkaniu oddaliśmy im zaległy puchar za poprzedni sezon, gdzie też skończyli na najniższym stopniu podium - choć chłopaki mogli przez chwilę pomyśleć, że to jedynie wyprzedzenie faktów i że tak naprawdę wręczamy im już trofeum za trwającą edycję. Znając Tubę, wcale nie byłoby to aż tak nieprawdopodobne, bo w walce o brąz powinni liczyć się do samego końca.

Jest już też chyba jasne, że na więcej niż 3. miejsce nie będzie stać KS Sety. Mecz z FSK Kolos - jeśli mieli bardziej ambitne plany - mocno ich zweryfikował. Ktoś powie: jak to? Przecież ekipa z Ukrainy to faworyt do wygrania całej ligi, więc porażka z nimi to nie wstyd. Jasne, ale wydaje nam się, że Seciarze po prostu nie wykorzystali okoliczności, jakie się tutaj wytworzyły. A chodzi dokładnie o duże braki w drużynie lidera tabeli. Nie było najlepszego strzelca Pavlo Paduka, nie było kluczowego podającego Olega Grabowskiego, w bramce stał zawodnik z pola i biorąc pod uwagę, że Seta - nie licząc braku nominalnego bramkarza - miała czym postraszyć, to tutaj mogło się wydarzyć coś ciekawego. No i jeszcze po pierwszej połowie mogliśmy mieć takie nadzieje. Bo choć Kolos miał dużą przewagę w posiadaniu, to Seta dobrze się broniła, a w 11. minucie wyszła jej znakomita akcja, którą strzałem pod ladę wykończył Patryk Sadurek. To jednak nie zbiło z tropu Kolosa, który błyskawicznie odpowiedział za sprawą Volodymyra Grabowskiego. Więcej goli w pierwszej połowie nie padło i z perspektywy faworytów zastanawialiśmy się, jak oni wytrzymają kondycyjnie to spotkanie, bo część z ich zawodników praktycznie się nie zmieniała.

Kluczową postacią w Kolosie okazał się Nazar Rusiak. Dość powiedzieć, że na pięć goli, jakie jego ekipa zdobyła w drugiej połowie - pierwszego zdobył sam, a przy kolejnych czterech zanotował asysty. I to nie takie asysty, gdzie komuś podał, a kolega przechodził potem z piłką całe boisko. On rozdawał ciasteczka, gdzie w znakomitej większości wypadków należało po prostu dostawić stopę. Seta nie była w stanie tego gościa powstrzymać i tutaj należałoby upatrywać przyczyn porażki. Z wyniku 1:1 ostatecznie zrobiło się aż 1:6, ale co gorsze - przy tak wielu ofensywnie nastawionych zawodnikach Seciarze w finałowych 20 minutach praktycznie nie zagrozili bramce Rostislava Pavelki. To tylko pokazuje, jak trudno gra się z ekipami z Ukrainy i trzeba mieć sposób, by rozmontować ich obronę. Podopieczni Czarka Szczepanka nie znaleźli wytrycha do świątyni oponenta i musieli się pogodzić z porażką. No ale ok - takie coś należało wkalkulować, chociaż to druga z rzędu porażka miejscowych. Kto wie, czy tego wszystkiego nie wykrakał Daniel Balon, który jeszcze przed starciem z Everestem mówił, że Seta nigdy nie przegrała w NLH z ekipą z Ukrainy. Od tego momentu poległa z nimi drugi raz z rzędu. O ile jednak w tamtym spotkaniu szanse były, tak tutaj nie. Kolos zagrał mądrze, miał swojego lidera w postaci Nazara Rusiaka i po prostu bardzo skutecznie wypunktował Setę. To tylko pokazuje, jakim oni dysponują potencjałem, bo rywal nie był byle jaki, a oni wygrali to na dużym spokoju. Na razie nikt nie ma do nich podejścia.

Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: