fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 4.kolejki 1.ligi!
W 4. kolejce powrót na fotel lidera zaliczył Al-Mar. Pnie się też Wesoła, natomiast o czołową czwórkę chyba nie powalczą już Łabędzie.
O to, żeby pozostać w kwartecie najlepszych drużyn i zagrać w fazie mistrzowskiej, ciężko będzie Kartonatowi. Potwierdziła się niestety nasza opinia o tym zespole: z ekipami mniej więcej na równym poziomie są w stanie powalczyć, ale gdy na horyzoncie staje ktoś znacznie silniejszy, to niestety nie ma czego zbierać. Tym razem paskiem po czterech literach poczęstowały ich Burgery Nocą i to grające bez Piotrka Bobera. Trochę to przeczuwaliśmy, bo w obozie Kartonatu nie było Łukasza Kuleszy czy Dawida Pałysa-Rydzika i było jasne, że tym, którzy przyjechali, będzie ciężko utrzymać tempo narzucone przez przeciwnika. Pierwsza połowa jeszcze nie zwiastowała tragedii, bo na gola Konrada Mamińskiego odpowiedział Piotrek Jamroż, ale potem w tej części spotkania bramki zdobywali już tylko gracze w czarnych koszulkach. W 9. minucie podopieczni Wojtka Kuciaka zagapili się przy aucie i gola strzelił im Patryk Czajka, a potem głównie nieskuteczności przeciwnika zawdzięczają, że wynik dość długo się nie zmieniał. Jednak trzecia bramka wisiała tutaj w powietrzu i pod koniec premierowej odsłony Burgery dopięły swego - i to z nawiązką. Dwa gole zdobyte przez Piotrka Jankowskiego raczej nie pozostawiały złudzeń, kto tutaj zgarnie pełną pulę.
Kartonat po przerwie zdołał jeszcze zmniejszyć straty i zrobił to zresztą błyskawicznie, bo już w 15. sekundzie, lecz mimo iż pewnie apetyty na więcej były, to nie poszły za tym czyny. No i przede wszystkim zaczęło brakować dyscypliny w obronie, co taka ekipa jak Burgery, napakowana szybkimi zawodnikami, po prostu musiała wykorzystać. Faworyci gole zdobywali bardzo łatwo i w pewnym momencie prowadzili już 8:2. Kartonat spróbował jeszcze gry z lotnym bramkarzem, ale przy takim wyniku to mogło tylko pogorszyć sprawę, no i faktycznie nie skończyło się najlepiej, bo finalnie ten zespół musiał „przyjąć” dwucyfrową liczbę goli. To nie mogło się skończyć inaczej. Jeśli nie ma wszystkich najlepszych zawodników Kartonatu, to mecze z tymi najsilniejszymi tak się właśnie będą kończyły. Dlatego nie należy wyciągać za daleko idących wniosków z 6. pozycji tej ekipy i tego, że tak naprawdę awans do Top 4 mają na wyciągnięcie ręki. To złudne, bo mają jeszcze przed sobą wyłącznie trudne mecze i nie zapowiada się, żeby w nich zapunktowali. Dość powiedzieć, że tyle samo oczek mają Burgery, a przecież tutaj doświadczyliśmy praktycznie różnicy klas. Zwycięzcom ta wygrana na pewno pozwoli trochę podbudować morale po ostatnich niepowodzeniach i ich akurat wciąż traktujemy jako potencjalnych uczestników fazy mistrzowskiej. Bo jeśli gracze Kartonatu pewnie wciąż żyją taką nadzieją, no to oni powinni po stokroć bardziej.
Na wstępie wspomnieliśmy, że nowym–starym liderem tabeli został Al-Mar. Stało się tak po pokonaniu AbyDoPrzodu w meczu, który miał być hitem, ale daleko nam było po ostatnim gwizdku do takiego stwierdzenia. Wszystko to „zasługa” graczy Michała Wytrykusa, którzy jak na siebie zagrali po prostu bardzo słabo. Szczególnie pierwsza połowa była w ich wykonaniu mizerna. Dysponując wieloma świetnie usposobionymi ofensywnie zawodnikami, przez długi czas nie byli w stanie stworzyć nawet zalążka groźnej akcji pod bramką Maćka Soboty. Co innego Al-Mar - tutaj niemal ilekroć ten zespół wychodził z własnej połowy, to robiło się niebezpiecznie, a już zwłaszcza wtedy, gdy piłkę przy nodze miał Rafał Polakowski. I w 6. minucie sędziowie odgwizdali nawet rzut karny dla ferajny Marcina Rychty i chociaż potem go odwołali, to jednak było to pierwsze poważne ostrzeżenie dla zawodników z Duczek. Ale oni i tak mogą mówić o szczęściu, że pierwszego gola w tym spotkaniu stracili dopiero w 14. minucie. Boli natomiast sposób, w jaki to zrobili, bo co innego, gdy rywal po prostu strzeli ci gola po akcji. Tutaj doszło jednak do straty Rafała Radomskiego, Adrian Banaszek zabrał mu piłkę i za chwilę pokonał Piotrka Kozę. AbyDoPrzodu dopiero pod koniec połowy trochę podkręciło tempo i okazję miał Karol Sochocki, ale nie udało mu się wyrównać.
Tym większe było nasze zdziwienie, gdy na początku drugiej połowy gracze dwukrotnych mistrzów NLH odrobili straty. Co prawda oni też skorzystali na pomyłce przeciwnika, ale widać było, że to ich nakręciło i mieli dobry fragment, który mogli przekuć na kolejne trafienie. Potem jednak wszystko wróciło do normy, a normą była przewaga Al-Maru. W 27. minucie Rafał Polakowski ładnie zabrał się z piłką, podał ją niemalże wzdłuż linii bramkowej, a dzieła zniszczenia dokończył Marcin Rychta. W 31. minucie było z kolei po meczu. Karol Sochocki sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Mateusza Adamskiego i sędziowie musieli mu podziękować za udział w spotkaniu. Co prawda prowadzący pewnie nie wykorzystali przewagi liczebnej tak, jakby chcieli, ale nawet jeden gol Damiana Bąka zdawał się wystarczyć, by spokojnie dowieźć prowadzenie do końca. Trochę nerwowości wprowadził w ich szeregi Kamil Kłopotowski, który w 39. minucie, po stracie Adriana Banaszka, zmniejszył dystans bramkowy, ale od razu w następnej akcji Rafał Polakowski zdobył łatwego gola, gdzie trudno powiedzieć, gdzie byli obrońcy i wynik 4:2 okazał się końcowym. Jak dla nas, to i tak nisko jak na to, ile tutaj okazji mieli jedni, a ile drudzy. Al-Mar zaskakująco łatwo wygrywa więc mecz na szczycie i co najważniejsze - robi to w dobrym stylu. Liderem zespołu był bez wątpienia Rafał Polakowski, który na boisku po prostu się bawił. AbyDoPrzodu z kolei zawiodło. Być może ekipa Michała Wytrykusa czuje się lekko poszkodowana tym, co stało się w 31. minucie, czyli czerwoną kartką, bo kto wie, co by się tutaj wydarzyło w końcówce spotkania, gdyby siły były równe. Ale to jest trochę tak, jak wspomnieliśmy o tym na transmisji: na ich miejscu nie szukalibyśmy winy gdzie indziej niż w sobie. Bo to, co grali w tym meczu, było na poziomie, którym pewnie nawet siebie mocno rozczarowali.
Arcyważne zwycięstwo, może nawet kluczowe w kwestii gry w Top 4, odniósł za to Gold-Dent. Zespół Przemka Tucina po bardzo zaciętym pojedynku odprawił AGD Marking, aczkolwiek do ostatniej sekundy temu starciu towarzyszyły nerwy i gęsta atmosfera. A jaki przebieg miał sam mecz? Warto zacząć od tego, że w ekipie AGD nie mógł zagrać kapitan, Kacper Banaszek. Nie było też Rafała Kreduszyńskiego, co oznaczało, że do bramki powrócił Szymon Knap. No i chyba szczególnie ten drugi element okazał się tutaj brzemienny w skutkach. Początek należał zresztą delikatnie do AGD. Gold-Dent był lekko wycofany, ale wszystko zmieniło się w 9. minucie. Wówczas błąd popełnił właśnie Szymon Knap. Niepotrzebnie wyszedł z bramki, próbując pomagać w odebraniu piłki jednemu z rywali, konkretnie Przemkowi Tucinowi, ten z kolei podał do Wojtka Saulewicza i okazało się, że w bramce Markingu zamiast bramkarza jest Sebastian Socha. Sebastian stał akurat na linii strzału przeciwnika i chociaż ręce miał schowane, to przy obrocie ciała piłka trafiła w wystającą z tyłu dłoń. Sędziowie początkowo nie zagwizdali rzutu karnego, ale potem obejrzeli powtórkę i nie dość, że wskazali na wapno, to jeszcze pokazali przedstawicielowi AGD czerwoną kartkę. No i zrobił się problem. Za chwilę z rzutu karnego gola zdobył Michał Kędroń, a w 12. minucie znowu nie popisał się Szymon Knap, po którego złym wybiciu zaczęła się druga bramkowa akcja Gold-Dentu. Ostatecznie ekipa z Radzymina przegrała okres w osłabieniu 0:2 i widać było, że potrzebowała czasu, by - nawet po skompletowaniu pełnego składu - wrócić na dobre tory. To o mało co nie skończyło się golem na 0:3 Michała Kędronia, jednak tutaj gracze z Radzymina mieli trochę szczęścia. Z kolei w 18. minucie popisali się ładną akcją, po której Dominik Sobieraj zdobył bramkę na 1:2. To oznaczało emocjonującą drugą połowę.
Tyle że nasze notatki nie wykazują wielkiej aktywności obydwu zespołów niemal aż do 37. minuty. Oczywiście to nie było tak, że nie działo się nic ciekawego, ale po prostu AGD nie było w stanie sforsować muru obronnego Dentystów. Czasami chłopaki dochodzili do strzałów, które były jednak blokowane. Trzeba więc było zdecydować się na lotnego bramkarza. Obecność Kuby Skotnickiego jako dodatkowego zawodnika w polu początkowo o mało nie skończyła się golem dla AGD, bo okazję miał Marcin Jadczak, lecz zaraz poszła akcja w drugą stronę i Damian Zajdowski podwyższył prowadzenie Gold-Dentu na 3:1. Sytuacja przegrywających była więc ekstremalnie trudna, ale po rzucie wolnym, przyznanym za trochę wyimaginowany (w naszej ocenie) faul przed polem karnym, Marking po raz kolejny zminimalizował straty - tym razem po trafieniu Adama Andrzejczaka. No i zaczął naciskać, praktycznie nie schodził z połowy Gold-Dentu, ale na nic konkretnego to się niestety nie przełożyło. Taka porażka musi boleć. Tracisz dwa gole w sytuacji, gdy grasz jednego mniej, i wydaje nam się, że AGD ogólnie nie czuło się tutaj drużyną gorszą. Natomiast mają chłopaki trochę pecha, bo pewnie gdyby mogli, to w sytuacji z 9. minuty woleliby gola stracić, niż podarować rywalom pięciominutową grę w przewadze i rzut karny. Dziś można gdybać, jakby się to skończyło, gdyby nie ta sytuacja. Z drugiej strony Gold-Dent bardzo umiejętnie wybijał przeciwników z uderzenia. To nie była momentami piękna gra, jednak skuteczna - gdzie należy pochwalić defensywę i bramkarza, bo Czarek Duda w tym ciasnym meczu nie popełnił żadnego błędu. Tym samym Dentyści mają 6 punktów na koncie, ważne wygrane nad innymi drużynami będącymi w czołówce, co może im bardzo pomóc, jeśli okaże się, że uzbierają tyle samo oczek co oni. A nie zapominajmy, że grają jeszcze z Kartonatem i Łabędziami, więc zakładając, że zrobią tutaj, co do nich należy, to powinno to wystarczyć, by po raz pierwszy od dawna znaleźli się w strefie medalowej nocnoligowej ekstraklasy.
Wiele miejsca nie będziemy za to poświęcać ostatniej potyczce, jaka została rozegrana 8 stycznia. Bo co tutaj pisać o spotkaniu, które Wesoła wygrała z Łabędziami aż 14:1. Wiadomo, że aktualni mistrzowie NLH byli murowanym faworytem, jednak to kompletnie nie kolidowało z naszymi oczekiwaniami wobec Maćka Pietrzyka i spółki. Zresztą, jak popatrzymy choćby na historię dwóch ostatnich sezonów i meczów tych zespołów, to Wesoła wcale nie wygrywała ich wysoko. Przed rokiem 5:1, gdzie pamiętamy, że Łabędzie dobrze się trzymały, a dwa lata temu to była różnica tylko jednego gola. W dodatku ekipa z Sulejówka przyjechała praktycznie optymalnym składem (nie licząc Adriana Raczkowskiego), za to Wesoła była bez Karola Bieniasa czy Daniela Matwiejczyka. A mimo to od samego początku pachniało tutaj golami dla obrońców tytułu, którzy z dużą łatwością kreowali sobie okazje. No i jak już strzelili pierwszego - a miało to miejsce w 6. minucie - to kolejne były tylko kwestią czasu. Duży udział w tym wszystkim miał Mateusz Łysik, który pełnił rolę lotnego bramkarza i nie dość, że sam zdobywał gole, to maczał palce przy wielu innych. Tak naprawdę Łabędzie miały jedną, może dwie okazje, które nazwalibyśmy stuprocentowymi w pierwszej połowie, ale skoro Rafał Raczkowski nie potrafił trafić nawet do pustej bramki, no to trudno o jakikolwiek optymizm. Na szczęście ten zawodnik szybko się zrehabilitował i przy stanie 0:6, na początku drugiej połowy, zanotował trafienie dla Łabędzi, ale kolejne bramki zdobywali już tylko oponenci. Łącznie w tej odsłonie było ich osiem - razem czternaście. Miazga.
Po takich meczach należałoby się zastanowić, czy jednak nie wprowadzić jakiegoś przepisu, który motywowałby zespoły z dołu tabeli do lepszej gry, bo taki wynik po prostu nie przystoi w 1. lidze, a przecież Łabędzie są pewne tego, że za rok też tutaj będą grały… I żeby była jasność - to nie jest tak, że nie są tutaj mile widziane, ale przecież nawet ich wizerunek po czymś takim leży i kwiczy. Trzeba coś z tym zrobić Maćku Pietrzyku. Z kolei Wesoła zagrała tutaj naprawdę bardzo odpowiedzialnie i konsekwentnie. Chłopaki wiedzą, że dwie straty punktów, jakie zdążyli już zanotować, to i tak więcej, niż zakładali, że wynosi ich margines błędu. Dlatego niczego nie chcieli tutaj zostawić przypadkowi. Oczywiście ktoś może próbować deprecjonować ten wynik, wskazując na słabość rywala. Trudno jednak uwierzyć, że ktokolwiek byłby w stanie rozbić Łabędzie w takich rozmiarach. To nie było 14:1 z kategorii „każdy by tak wygrał” - to było 14:1 wypracowane intensywnością i bezlitosnym wykorzystaniem każdej nadarzającej się okazji. I to należy docenić.
Retransmisję wszystkich spotkań pierwszej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.