fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 5.kolejki 5.ligi!
Tabela 5. ligi wyraźnie podzieliła się na dwie części. I chyba nie ma już szans, by ktoś z tej dolnej połówki mógł jeszcze włączyć się do walki o medale.
Liderem grupy pościgowej jest teoretycznie Klimag.pl, który chyba nie ma jednak wielkich złudzeń co do tego, że uda mu się dogonić uciekających. Moglibyśmy myśleć inaczej, gdyby ferajna nieobecnego w niedzielę Piotrka Miętusa była w stanie wygrać jakiś mecz z ekipą z czołówki, no ale na razie to się nie udaje i nie należało raczej oczekiwać, że cokolwiek w tym temacie zmieni się w konfrontacji z liderem, czyli Na Fantazji. Tym bardziej, że wśród nieobecnych w ekipie byłej Jogi Bonito był nie tylko kapitan, ale też kilku innych ważnych graczy. Mimo wszystko wiedzieliśmy, że ten zespół jakiś opór będzie w stanie postawić faworytom i zastanawialiśmy się tylko, jaki i do kiedy. Okazało się, że starczyło tego mniej więcej do kwadransa. Bo nie dość, że Klimag zdołał nawet objąć prowadzenie, to wyglądał na drużynę, która – jeśli utrzyma dyscyplinę w obronie – może tutaj coś zdziałać. No ale niestety. Odpowiedź na trafienie Konrada Krupy przyszła bardzo szybko, potem ładne zagranie Adriana Baranowskiego wykorzystał Adam Koziara i Fantazja błyskawicznie wyszła na prowadzenie. To nie był zresztą koniec złych informacji dla przegrywających, bo w 19. minucie piłkę w newralgicznej strefie stracił Rafał Kuchta, a użytek zrobił z tego Kamil Osowski i do przerwy było 3:1.
Po niej błyskawicznie doszło do zmiany w bramce Klimagu, bo kontuzjowanego Mikołaja Rokitę zmienił Konrad Wojciechowski. Szybko się jednak przekonał, że nie będzie mu łatwo, bo dosłownie w następnej akcji piłkę do siatki wpakował mu Kacper Pałka. Trzy gole przewagi, przy naprawdę solidnej grze, jaką prezentowali gracze z Kobyłki – tego po prostu nie szło wypuścić. Faworyci już do końca spotkania kontrolowali to, co działo się na boisku, i tylko oni zdobywali tutaj gole w końcówce, chociaż trzeba oddać Klimagowi, że coś tam miał, natomiast ze skutecznością był niestety na bakier. Końcowy wynik to 7:1 i wydaje nam się, że Fantazja trzy punkty zgarnęła tutaj łatwiej, niż mogło się wydawać. Co prawda nie pierwszy raz muszą odrabiać straty, jednak nie wpływa to na nich deprymująco i – jak widać – wiedzą, jak wychodzić z opresji. Tak gra lider. Klimag może żałować, że zwłaszcza po pierwszej połowie ten wynik nie wyglądał trochę lepiej, no ale ogólnie był to występ z kategorii takich, które mogłyby przynieść punkty z ekipą z dołu tabeli, ale na jednego z faworytów do mistrzostwa to za mało. Na szczęście dla nich to niemal ostatni mecz z zespołem z góry tabeli, chociaż trudno nie odnieść wrażenia, że niektóre ekipy będące za nimi robią stały postęp, a Klimag jakby trochę stanął w miejscu. A dorobek 6 bramek w 5 spotkaniach wygląda po prostu zawstydzająco…
Tydzień wcześniej emocjonowaliśmy się fantastycznym comebackiem Klikersów z SDK Warszawa. Mimo całej euforii pewnie jednak nawet sami zawodnicy Alka Prządki nie zaczęli nagle wychodzić z założenia, że skoro pokonali ówczesnego lidera, to teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, by wygrywać wszystkie mecze do końca sezonu, ale na pewno mogli zyskać sporo punktów w kontekście pewności siebie. Gawulon mimo wszystko jawił się jednak jako jeszcze poważniejsza przeszkoda dla Klikersów, choćby ze względu na trochę inny styl rozgrywania piłki, no i przede wszystkim tutaj mamy chyba więcej zawodników, którzy mogą zrobić coś z niczego, a na pierwszy plan wysuwa się osoba Marcina Zakrzewskiego. No ale mimo wszystko nie zakładaliśmy, że to będzie tak jednostronna potyczka. De facto od samego początku było jasne, jak ten mecz będzie wyglądał. Miejscowi mieli dużą przewagę, starali się grać cierpliwie, no i nie potrzeba było dużo czasu, żeby pokazali przeciwnikom miejsce w szeregu. Już po 6 minutach tego spotkania było 3:0 i trzeba od razu pochwalić Gawulon za sposób, w jaki zdobywał gole. Pierwsze dwa to naprawdę fajnie rozegrane akcje, z kolei trzecie trafienie to ładny strzał zewnętrzną częścią stopy wspomnianego Marcina Zakrzewskiego. Przy stanie 0:3 na placu gry w obozie Klikersów pojawił się Piotrek Wąsowski, ale chociaż sytuacja była równie trudna jak z SDK, to tutaj nie zapowiadało się na podobny comeback. Jeśli jednak przegrywający mieli co do tego inne zdanie, to proces wyprowadzania ich z błędu następował bardzo szybko. Za chwilę zrobiło się 0:4, potem po kontrze pierwszego gola dla Klikersów zdobył Julek Torbicz, ale co z tego, skoro szybko odpowiedział Patryk Niemyski.
W drugiej połowie przewaga faworytów była jeszcze większa, z kolei po stronie graczy w czarnych koszulkach widać było już brak wiary, że można tutaj jeszcze cokolwiek ugrać. W obronie zaczęło niestety brakować konsekwencji, co rywale skrzętnie wykorzystali, zdobywając niekiedy bardzo łatwe bramki. No i ostatecznie udało im się nawet potraktować przeciwnika dwucyfrówką, bo końcowy wynik to 10:4. Gawulon był tutaj nie do ugryzienia i naprawdę mogło się podobać, w jaki sposób rozstrzygnął to spotkanie na swoją korzyść. Pełna kontrola, fajne akcje, ładne gole – nie było tutaj czego zbierać. To oczywiście troszkę wzbudza pytanie o to, czy poprzedni występ Klikersów z SDK nie był jedynie „wypadkiem przy pracy”. Prawda pewnie leży gdzieś pośrodku. Chłopaki grają oczywiście coraz lepiej, jednak na razie stać ich na pojedyncze wyskoki, jeśli chodzi o mecze z wyżej rozstawionymi przeciwnikami. I pewnie jeszcze trochę czasu minie, zanim takie mecze przestaną być sensacją, a staną się dla nich codziennością.
Niektórzy szukają stabilizacji w spotkaniach z najlepszymi, jeszcze inni wciąż nie mogą się doczekać premierowego zwycięstwa, a nawet punktu. Taka jest niestety sytuacja TPS Azbest, który w poprzedniej kolejce przegrał mecz na „szczycie” tabeli i zasadne wydawało się pytanie, że jeśli nie potrafi ograć Biancoverdi, to kogo miałby w takim razie pokonać. Piorun w niedzielę dał jasno do zrozumienia, że to na pewno nie on będzie zespołem, z którym podopieczni Jakuba Zakliki zdobędą pierwsze punkty. Azbest przekonał się o tym zresztą bardzo boleśnie, bo przegrał to spotkanie aż 0:11. No i też spokojnie możemy powiedzieć, że absolutnie się tego nie spodziewaliśmy. To znaczy było jasne, kto jest tutaj kim, ale jednak nie przypuszczaliśmy, że outsiderzy mogą przegrać tak wysoko i – co gorsze – nie zdobyć nawet bramki. Często w takich sytuacjach piszemy, że „początek nie zapowiadał tragedii”, jednak w tym przypadku to nie byłaby do końca prawda. Bo już od startu wydawało nam się, że Azbest będzie miał problemy z kreowaniem okazji, natomiast Piorun radził sobie nadspodziewanie dobrze i nie tylko skutecznie pilnował defensywy, ale i z przodu był w stanie regularnie nabijać licznik trafień. Po 5 minutach było 2:0 i ten start napędził ekipę z Rembertowa do tworzenia kolejnych sytuacji. Tutaj zresztą nie było jednego zawodnika, który zdobywałby regularnie gole, ale wielu graczy tej ekipy potrafiło znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie i coś dorzucić do klubowego dorobku.
Po 20 minutach wynik brzmiał aż 6:0, a z perspektywy przegrywających problemem było też to, że oni praktycznie nie zagrażali przeciwnikom w aspekcie ofensywnym. W drugiej połowie było z tym nieco lepiej i ironicznie możemy wręcz stwierdzić, że chłopaki zdobyli nawet gola, no ale niestety samobójczego i to praktycznie od razu po powrocie na parkiet z krótkiego odpoczynku. To wszystko powodowało, że Piorun wziął sobie za cel, by nie tylko nie stracić bramki, ale też zdobyć ich przynajmniej dziesięć. Jeśli chodzi o pierwszą część planu, to ona się udała, chociaż mogło być inaczej, gdyby Wiktor Dolmow wykorzystał sytuację sam na sam z Mikołajem Świderskim. Ale jeśli nie zamienia się na bramkę nawet takich szans, to trudno myśleć o czymś więcej. Co do dwucyfrówki, to tutaj zapowiadało się, że będzie trochę lepiej z perspektywy Azbestu, bo do 38. minuty było "tylko" 0:8, a ten wynik został ustalony na początku drugiej połowy, więc przegrywający mieli dość długi fragment bez straconej bramki. No ale w końcówce znowu oddali pole, rywale wykorzystali okazje i finalnie wygrali aż 11:0. No i brawo dla Pioruna, który zagrał – można wręcz powiedzieć – bezbłędne spotkanie. Zero po stronie strat, jedenaście po stronie zysków, widać było radość z gry u chłopaków – czego chcieć więcej. W obozie Azbestu tak dobrze nie było. Takie lanie musi boleć, bo za nami połowa sezonu, pisaliśmy o ich postępach, a tutaj nastąpiło uwstecznienie. Cóż, taki już urok drużyny, która tak naprawdę dopiero uczy się wspólnego grania. Można im tylko życzyć, by hasło „gorzej już być nie może” nie zostało zbyt szybko zweryfikowane.
"Gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze" – to stwierdzenie pasuje za to do graczy Ciętej Szkockiej. Bo to, że zrobili progres względem startu sezonu, jest bezsporne, dla każdego przeciwnika są bardzo wymagającym rywalem i na pewno nikt nie dopisuje sobie z nimi pełnej puli przed pierwszym gwizdkiem. Gdzie tkwi zatem problem, skoro podopieczni Kacpra Zaboklickiego okupują tak niską pozycję w tabeli? Przeciwko SDK nie po raz pierwszy w tym sezonie zawiodła skuteczność. Mierząc się z takim rywalem jak ekipa z Warszawy, musisz zdawać sobie sprawę, że okazji nie będziesz miał zbyt wiele, dlatego należy się skupić na wykończeniu akcji. Gracze Ciętej mają jednak problemy, by przestawić się z dużej bramki na małą, bo w tym spotkaniu spokojnie po kilku minutach mogli prowadzić 2:0. Jakże inaczej mogłoby im się grać, gdyby faktycznie zdołali tutaj otworzyć wynik, a tak – jak to w piłce zwykle bywa – rywal wziął zaraz sprawy w swoje ręce i to faworyci w 4. minucie, po ładnym strzale pod poprzeczkę Kacpra Jankowskiego, objęli prowadzenie. Zawodnicy SDK wyglądali, jakby dali się trochę wyszumieć oponentom, a gdy już to zrobili, wówczas wzięli się do roboty. Kwintesencją tego opisu była końcówka pierwszej połowy. Przybysze ze stolicy dokręcili śrubę, a szczególnie dobrze w tym okresie spisywał się Piotrek Onopiuk, który zdobył dwa trafienia z rzędu. Jedno dołożył Robert Kwapisz, który wykorzystał fakt, że w bramce rywali nikogo nie było i cóż – z dobrego, początkowego wrażenia Ciętej Szkockiej nic niestety nie zostało.
A może nie do końca? To pytanie wydawało się zasadne po obiecującym początku drugiej połowy w wykonaniu graczy w czarno-zielonych koszulkach. Najpierw Łukasz Doliński zagrał do Piotrka Chmiela, a ten zdobył gola, a potem na listę strzelców wpisał się Adam Fronczek. Szkoci wyraźnie poczuli krew, chcieli jak najszybciej zmniejszyć straty do minimum, no ale okazało się, że pod względem bramkowym to było wszystko, na co mogli sobie w tym starciu pozwolić. W 28. minucie zostali sprowadzeni na ziemię po trafieniu Kacpra Jankowskiego, potem jedną bramkę dorzucił Dawid Wierzchołowski i ambicja w obozie przegrywających uleciała. No cóż, to nie pierwsze i pewnie nie ostatnie tego typu rozczarowanie w ekipie Ciętej. Nie można naturalnie założyć, że gdyby wykorzystali swoje szanse na początku, to nie byłoby tutaj czego zbierać z SDK. Ale każdy z nas wie, że jak nie wykorzystujesz jednej, drugiej, a potem trzeciej okazji na samym starcie, to łatwo można się zablokować. Potem rywal cię trafia i niestety już się nie podnosisz. Może w Pucharze Ligi chłopaki nabiorą trochę pewności strzeleckiej. Co do SDK, to trzeba im oddać, że poza nerwowym początkiem spotkania zaprezentowali się naprawdę przyzwoicie i błyskawicznie udowodnili, że porażka z Klikersami była jedynie wypadkiem przy pracy. Co więcej – może niedługo dojdą do wniosku, że tamta wpadka to moment zwrotny w tym sezonie? Szczególnie gdy mówimy o młodym zespole, który nie powinien jeszcze myśleć, że wie już wszystko. Na razie ten zimny prysznic zadziałał na nich tak, jak powinien. I oby tak dalej.
Ekipa Biancoverdi w 4. kolejce odniosła swoje pierwsze zwycięstwo w Nocnej Lidze Halowej. Niewykluczone nawet, że taki był ich cel minimum na tę edycję, ale wiadomo – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dlatego chociaż kolejny przeciwnik, czyli Piłkarzyki, to ekipa z zupełnie innej półki, miejscowi na pewno zakładali, że przy własnej dobrej grze i może trochę słabszej dyspozycji przeciwnika będą w stanie coś tutaj ugrać. Tym bardziej że w ich drużynie pojawił się Mikołaj Brzeski, którego dobrze znamy z występów choćby w Vaveosport, gdzie prezentował się nieźle, więc jak na poziom 5. ligi było to wzmocnienie nie lada. Dziś już wiemy jednak, że nie przełożyło się ono na trzy punkty. Co o tym zdecydowało? Niewykluczone, że początek, który był w wykonaniu Biancoverdi kiepski. Przede wszystkim dali się oni zaskoczyć bramkarzowi Piłkarzyków, bo być może nie spodziewali się tak ofensywnej gry z jego strony. A Rafał Kudrzycki najpierw zdobył ładną bramkę z lewej nogi, a potem popędził z piłką, wystawił ją jak na tacy Dominikowi Skowrońskiemu i po 4 minutach było 2:0. Po takim super-starcie gra się zdecydowanie łatwiej i Piłkarzyki przez długi czas spokojnie kontrolowały przebieg zdarzeń.
Aż do 18. minuty, gdy znowu przypomniał o sobie Rafał Kudrzycki, ale tym razem zagrał on rolę czarnego charakteru. Prosty błąd spowodował, że podarował on gola Michałowi Góreckiemu, co Biancoverdi od razu chcieli przekuć na kolejne trafienie i niewiele zabrakło, by tuż przed przerwą doprowadzili do remisu! To mogło ich napawać optymizmem, lecz gdy faworyci trochę uspokoili emocje, to na początku finałowej odsłony wrócili na dobre tory. W 22. minucie Daniel Sarna dobił strzał jednego z kolegów i było 3:1, a potem znowu na listę strzelców wpisał się kapitan ekipy z Wołomina – Dominik Skowroński. Biancoverdi nie mieli już chyba złudzeń, jak to się skończy, chociaż był fragment, w którym mieli przewagę jednego zawodnika, ale zamiast gola zdobyć – gola stracili. Trochę się zrehabilitowali trafieniem na 2:5 autorstwa Jakuba Kisielińskiego i tym wynikiem to spotkanie zakończyło nam 5. kolejkę piątej Ligi. Niespodzianki nie było, ale dalecy jesteśmy od stwierdzenia, że Biancoverdi zostali sprowadzeni na ziemię. Jeszcze niedawno mecz z takim rywalem przegraliby znacznie wyżej, a tutaj starali się dotrzymać kroku, fragmentami dojeżdżali poziomem i odbyli kolejną cenną lekcję. Dla Piłkarzyków nie był to więc spacerek i tym bardziej należy docenić fakt, że praktycznie ani przez moment nie pozwolili rywalom dojść do głosu. Bo jto uż nie jest ten sam zespół Biancoverdi co na początku sezonu i naszym zdaniem zwycięstwo 5:2 zasługuje na znacznie większe uznanie, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.