fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 5.kolejki 4.ligi!
Jeszcze kilka tygodni temu myśleliśmy, że to FC Pobudka będzie głównym kandydatem do tytułu. Od tamtego czasu sporo się jednak pozmieniało...
Zanim jednak przejdziemy do ostatniego meczu z udziałem byłego lidera tabeli, wpierw kilka słów o potyczce Semoli z Alphą Omegą. Ważnej, zwłaszcza dla tych pierwszych, bo ekipa Krzyśka Jędrasika nie otworzyła jeszcze swojego dorobku punktowego i jeśli chciała mieć jakiekolwiek argumenty w walce o utrzymanie, to tutaj należało bezwzględnie wygrać. Sytuacja Alphy wygląda trochę lepiej, bo oni zdołali pokonać wcześniej Byczki, natomiast nie podlegało dyskusji, że jest to drużyna będąca absolutnie w zasięgu nominalnych gospodarzy, tym bardziej że musiała sobie radzić bez swojego kapitana, Sebastiana Giery. No i przebieg tej potyczki jakby potwierdził nasze założenia. Zespół z Ursusa był tutaj lepszy od samego początku, a już na pewno bardziej konkretny. W 6. minucie zaczęło się od ładnej drużynowej akcji, którą skutecznie wykończył Maciek Jakóbczak. Potem był jeszcze strzał w słupek i poprzeczkę, podczas gdy ataki Omegi zwykle kończyły się w okolicach pola karnego oponenta. To nie mogło się więc inaczej skończyć niż kolejnymi trafieniami dla Semoli. W 14. minucie Maciek Zakolski dostał piłkę od bramkarza, Bartka Wałachowskiego, i zrobił, co trzeba, a potem sam golkiper Semoli złapał futsalówkę, poszedł z nią na przebój i zrobiło się 3:0. To zwiastowało ogromne ciężary dla ekipy z Radzymina, jeśli ta miała jeszcze jakiekolwiek nadzieje na odwrócenie losów spotkania.
Ale długo nic nie zapowiadało, że tutaj mogą być jeszcze jakieś emocje. W 22. minucie było 4:0, potem zrobiło się 5:1 i ta czterobramkowa przewaga była bezpieczna, praktycznie zapewniająca prowadzącym pełną pulę. Ale Alpha, jak to chłopaki mają w zwyczaju, nie poddała się. Dwa szybkie gole duetu Bartek Lipski – Kacper Klimkiewicz spowodowały, że nie wszystko było jeszcze stracone. Alpka przycisnęła, oczywiście podejmując całe ryzyko przeniesienia gry na połowę rywala i chociaż dwa razy ratował ją słupek, to najważniejsze było, że nadal czuła szansę na sprowadzenie spotkania do nerwowej końcówki. Ostatecznie to się jednak nie udało. Trudno jednak mówić o jakiejkolwiek niesprawiedliwości. Przegrani wzięli się za późno do roboty i można się nawet zastanowić, czy to bardziej nie był efekt rozluźnienia przeciwnika, czy faktycznie zwyżka ich dyspozycji w danym momencie. To nie zmienia faktu, że stracili tutaj bardzo ważne punkty w kontekście utrzymania. Semola zrobiła z kolei krok w zupełnie przeciwnym kierunku. To zwyciestwo stanowi jasny sygnał, że nie mają zamiaru składać broni i oddawać swojego miejsca w 4. lidze za drobne. No i najważniejsze: w końcu poszły za tym nie tylko słowa, nie tylko niezła gra, ale punkty. I chociaż ich sytuacja nadal jest trudna, to wszyscy wiemy, ile dla świadomości potrafi oznaczać takie małe, ledwo dostrzegalne światełko na końcu tunelu.
Co się stało z Pobudką? To pytanie pewnie wielu z Was zadawało sobie po tym, jak ekipa, która w cuglach wygrała trzy pierwsze mecze, właśnie przegrała drugą potyczkę z rzędu. Odpowiedź pewnie nie jest taka prosta, natomiast w dużej mierze sprowadza się do nieobecności jednego zawodnika, czyli Darka Partyki. Niestety rozpoczęły się treningi w klubach i ten zawodnik prawdopodobnie już na zielonkowski parkiet w tym sezonie nie wróci. Ile on znaczy dla ekipy Łukasza Świstaka, wszyscy wiemy, a z każdą jego nieobecnością przekonujemy się o tym jeszcze bardziej. Tym samym TG Sokół, który był rywalem tej ekipy w 5. kolejce, na pewno może mówić o szczęściu, bo gdyby Pobudka przyjechała tutaj w pełnym składzie, to spotkanie mogłoby się różnie skończyć, a tak byliśmy raczej pewni, że dobrze spisująca się w tej edycji ekipa z Brwinowa zrobi swoje. I nie zawiedliśmy się. Początek był jeszcze wyrównany, ale w 6. minucie z pomyłki Karola Rydzewskiego skorzystał Patryk Prażmo, a za chwilę Oskar Muszelik podwyższył na 2:0. Na bramkową akcję przegrywających musieliśmy czekać do 9. minuty, bo wtedy świetne okoliczności do zdobycia trafienia kontaktowego miał Arek Zajączkowski, lecz doskonałą interwencją popisał się Kacper Lewandowski. Gracz Pobudki zrehabilitował się w 13. minucie, ale nie był to zalążek powrotu do meczu. Kluczowa dla losów spotkania była 15. minuta. Krzysiek Możdżonek domagał się faulu od sędziego, ten jednak puścił grę i za chwilę Patryk Prażmo znów zmusił do kapitulacji bramkarza konkurentów. To wszystko źle wpłynęło na koncentrację zespołu Łukasza Świstaka, co było widać po jednej z kolejnych sytuacji, gdzie gracze Pobudki mieli rzut rożny, ale tak go rozegrali, że za chwilę poszła akcja w drugą stronę, było dwóch na bramkarza i Wiktor Starbała zdobył łatwego gola. 4:1 do przerwy brzmiało jak wyrok.
Mimo wszystko przegrywający podjęli jeszcze jedną próbę, by tutaj choć trochę postraszyć oponenta. Początek drugiej połowy mieli bowiem niezły, okazję miał Krzysiek Możdżonek, a potem swoje debiutanckie trafienie w NLH zanotował Dawid Makuch, ale na więcej Sokół już nie pozwolił. Zespół Sebastiana Prażmo wykorzystał fakt, że z każdą minutą defensywa rywala wykazywała coraz mniej dyscypliny i gole zaczęły tutaj padać hurtowo. Finalnie skończyło się na wyniku 8:3, chociaż pewnie gdyby Pobudka skupiała się na grze, a nie na szukaniu okazji, by przyczepić się do spornej decyzji sędziego podyktowanej ostatecznie przeciwko nim, to pewnie mogliby tutaj ugrać lepszy rezultat. Cóż, ich wybór. Sokół wykorzystał zaistniałe okoliczności i w sposób przekonujący odniósł cenne zwycięstwo. I też nie wolno tego sprowadzić do stwierdzenia, że taką Pobudkę to każdy by w poniedziałek ograł. Nie, nie – oni mieli zawodników, i nawet jeśli z każdą minutą ci gracze mieli coraz mniej chęci do rywalizacji, to nie tylko dlatego, że nie podobał im się sędzia, ale również dlatego, że rywal nie pozostawił im tutaj złudzeń.
Byczki, czyli królowie utrudniania sobie życia w 4. lidze, w poszukiwaniu drugiego zwycięstwa tym razem starli się z HandyMan. Nie będzie wielkim odkryciem, że dla jednych i drugich było to starcie z gatunku „za sześć punktów”, a gdyby to ekipa Krzyśka Smolika okazała się tutaj lepsza, to w ich przypadku można było wręcz mówić o gwarancji utrzymania, z perspektywą na coś więcej. Mimo wszystko my skłanialiśmy się ku scenariuszowi, że to Byczki zgarną tutaj pełną pulę, oczywiście pod warunkiem, że nie będą – tak jak miało to miejsce na początku sezonu – bawić się w Janosików. Dziś już wiemy, że to się udało, natomiast znowu to nie było spotkanie, które Dawid Pływaczewski i spółka mieli pod kontrolą od początku do końca. Potwierdziła to pierwsza połowa, gdzie Byczki prowadziły już 2:0 po 12 minutach. Co prawda między ich trafieniami doskonałej okazji na doprowadzenie do remisu nie wykorzystał Sylwek Florowski, trafiając z pół metra w słupek zamiast do siatki, no ale to nie zmieniało faktu, że wszystko ułożyło się po myśli graczy ze Starych Babic. I zamiast kontynuować dobrą grę, w końcówce premierowej odsłony coś się tutaj posuło i rywale potrzebowali dosłownie 60 sekund, by to, co Byczki sobie ciężko wypracowały, zmarnować w mgnieniu oka. Na szczęście tuż przed końcem tej części gry udało im się ponownie wyjść na prowadzenie za sprawą Piotrka Kalinowskiego.
A gdy w 27. minucie Łukasz Bednarski ponownie dał dwubramkowy oddech graczom w czarno-złotych koszulkach, nie zakładaliśmy, że HandyMani znowu napsują im tutaj krwi. Ekipa Krzyśka Smolika nie lubi jednak tak zostawiać spraw. W 29. minucie straty zminimalizował Kuba Jankowski i nadal nic nie było rozstrzygnięte. Gol Dawida Baranieckiego z 34. minuty na jakiś czas ostudził jednak zapędy zawodników HandyMan, którzy w końcówce spotkania znów uwierzyli, że można tutaj ugrać co najmniej remis. W 40. minucie udało im się nawet spowodować, że czas będzie zatrzymywany, bo taki był efekt bramki zdobytej przez Sylwka Florowskiego. No i w obozie Byczków zrobiło się nerwowo, bo znowu praktycznie pewne zwycięstwo mogło im się wymknąć. Tym razem jednak doprowadzili sprawę do szczęśliwego finału i, co by nie powiedzieć, wygrali zasłużenie. Nadal zaskakuje łatwość, z jaką potrafią wypuścić dorobek spotkania, no ale z przodu mają na tyle duży potencjał, że tym razem potrafili zdobyć o jednego gola więcej, niż wyniosły ich niedoróbki w defensywie. HandyMani pewnie mogą być trochę zawiedzeni, bo nawet jeśli założymy, że piłkarsko byli trochę słabsi, to jednak mogli tutaj pokusić się choćby o ten punkt. A tak tego być może jednego oczka potrzebnego do spokojnego dokończenia rozgrywek będą musieli poszukać przy innej okazji.
Na stratę punktów w poprzedni poniedziałek nie mógł sobie pozwolić Gang Mapeta. W teorii wszystko zapowiadało dość gładkie zwycięstwo nad Lemą Logistic, bo rywale są w wyraźnym odwrocie i nawet nieobecność kapitana Gangu, czyli Kazika Grotte, nie mogła tutaj wpłynąć na naszą ocenę potencjalnych szans obu zespołów na wygraną. Z drugiej strony – Logistycy zawsze grożą „odpaleniem”, bo to, że oni potrafią grać w piłkę, wszyscy wiemy, natomiast zawsze ich mocną stroną była defensywa, która teraz niestety szwankuje. No i jak widać po wyniku starcia z Gangiem, niestety nie udało się w tej kwestii wiele podziałać. A szkoda, bo tutaj była opcja, żeby ten mecz nie skończył się porażką. Zaczęło się bowiem co prawda od prostej pomyłki Darka Piotrowicza, który pełnił rolę bramkarza pod nieobecność Kamila Rasińskiego, ale Lema zbytnio się tym nie przejęła. Chłopaki wykorzystali rozkojarzenie w obozie Gangu i zaczęli tutaj przeciwnika punktować: 1:1, 2:1, potem Kacper Piątkowski podwyższył na 3:1, a Damian Mogielnicki miał jeszcze szansę, by tę różnicę powiększyć. Totalnie nie poznawaliśmy Mapeciarzy, bo oni nie przyzwyczaili nas do sytuacji, w której grają tak niestarannie. Wreszcie zaczęli się jednak brać do roboty, co poskutkowało tym, że do przerwy przegrywali „tylko” różnicą jednego gola. Na początku drugiej połowy przewaga po trafieniu Damiana Kossakowskiego znów wzrosła do dwóch bramek i to był chyba moment, w którym powoli do faworytów zaczęła dochodzić świadomość, że albo wezmą się w garść i poukładają swoją grę, albo to naprawdę może się skończyć niespodzianką.
Udało im się dość szybko wyrównać, gdzie w międzyczasie Damian Bąk nie wykorzystał też rzutu karnego (skuteczną obroną popisał się Darek Piotrowicz). Kolejny cios należał jednak do zespołu z Radzymina, ale od stanu 6:7 bramki zdobywali już tylko zawodnicy w czarnych koszulkach. Trudno powiedzieć, by był to efekt nie wiadomo jak mocnego podkręcenia tempa, natomiast na pewno stało się tak za sprawą coraz większych przestrzeni, jakie tworzyły się w obronie Lemy, no i też mnożenia się prostych błędów. W końcówce Logistycy dali sobie strzelić jeszcze dwa łatwe gole i ten wynik 6:10 z ich perspektywy nie oddaje tego, że byli tutaj blisko sprawienia małej sensacji. Jeszcze dwa sezony temu taki mecz jak ten Lema przeciągnęłaby na swoją korzyść. No ale wtedy defensywa była monolitem, a dziś na pewno tak napisać o niej nie możemy. Zresztą to nie był też dobry mecz w obronie Mapeciarzy. No ale ich potencjał ofensywny jest na tyle duży, że ostatecznie nie odczuli skutków swoich pomyłek w defensywie. Najważniejsze, że nie ponieśli tutaj strat punktowych, zwłaszcza w obliczu zwycięstwa najgroźniejszych rywali do podium.
Jednym z takich przeciwników Gangu jest KS ProBram24. Podopieczni Bartka Gorczyńskiego znali już wszystkie pozostałe wyniki w tej kolejce i wiedzieli, że tylko wygrana nad Mydlarzami spowoduje, że wrócą na szczyt ligowej tabeli. I akurat w tym przypadku byliśmy niemal pewni, że doświadczymy strzelaniny bramkowej, bo ekipa z Serocka miała tylko jednego rezerwowego, więc w ciemno zakładaliśmy, że to, co zdobędzie z przodu, pewnie łatwo – zwłaszcza w drugiej połowie – odda z tyłu. Intuicja nas nie zawiodła, bo oglądaliśmy starcie, w którym łącznie padło aż 12 trafień, ale nie było w tym spotkaniu ani jednego momentu, żeby to Mydlarze byli na prowadzeniu. Oni od samego początku musieli gonić, bo już na dzień dobry dwoma trafieniami, z czego jednym bardzo efektownym, poczęstował ich Kacper Wierciński. Jednym golem odpowiedział Gabriel Skiba, a potem podobnie było w przypadku bramki Janka Grelocha, gdzie z ripostą pospieszył Kacper Stępkowski. Wynik 3:2 do przerwy dawał jakieś nadzieje przegrywającym, natomiast krótka ławka rezerwowych zaczęła jednak sugerować, że w pewnym momencie tego paliwa w końcu zabraknie.
No i to mniej więcej zaczęło się dziać od 27. minuty. Wynik wyglądał wtedy trochę inaczej niż na koniec pierwszej połowy, bo 4:3, ale właśnie od tego stanu trzy kolejne trafienia zaliczyli faworyci. Hat-tricka skompletowali Kacper Wierciński i Janek Greloch, co definitywnie spowodowało, że Mydlarze mogli zapomnieć o pokonaniu jednego z głównych pretendentów do tytułu. Na szczęście, bo czasami mieli to w zwyczaju, nie odpuścili finałowych minut spotkania, nie dali się tutaj całkowicie rozbić i mimo wszystko ta porażka 5:8, jak na warunki kadrowe, wstydu im nie przynosi. No ale skoro tak podchodzimy do sprawy, to jest też druga strona tego medalu. Czyli co by było, gdyby dojechał Michał Sokołowski, Daniel Głowacki czy Mariusz Dąbrowski, a najlepiej cała trójka. No ale jak to w wielu podobnych przypadkach z udziałem Mydlarzy – już się tego nie dowiemy. Co do ProBramu, to wpisał się trochę w ten chaotyczny styl przeciwników, jednak nie wydaje nam się, by w jakimkolwiek momencie spotkania odczuwał zagrożenie, że może mu się stać krzywda. Tak naprawdę scenariusz, jaki tutaj miał miejsce, był wręcz oczekiwany, a ProBram swoją rolę odegrał w sposób całkiem przyzwoity. I każde kolejne zwycięstwo, nawet w podobnym stylu, będzie brał w ciemno, bo patrząc na tabelę, będzie to oznaczało tylko jedno.
Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.