fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 5.kolejki 3.ligi!
Biorąc pod uwagę skalę przetasowań w 3. lidze, to była jak dotąd najciekawsza kolejka na tym poziomie rozgrywkowym. Z fotela lidera spadła chociażby…
… Adrenalina. Czy to może stanowić jakiekolwiek zaskoczenie? Oczywiście ta ekipa była lekkim faworytem potyczki z Faludżą, ale intuicja podpowiadała nam, że ekipa Kamila Lubańskiego będzie twardym orzechem do zgryzienia dla Roberta Śwista i spółki. Braliśmy przede wszystkim pod uwagę zgranie Faludży, które jednak stało na wyższym poziomie niż po drugiej stronie boiska, gdzie przecież zawodnicy Adrenaliny poznali się dopiero przed pierwszym meczem ligowym i wciąż są na etapie poznawania. No i to było widać na boisku. Faludża grała swoją grę, wykorzystywała błędy przeciwnika i na końcu zasłużenie zgarnęła tutaj całą pulę. Ważny był dobry start, który pozwolił jeszcze mocniej uwierzyć zawodnikom z Falenicy, że tutaj spokojnie można zgarnąć całą pulę. Już w 3. minucie po złym zagraniu Przemka Zielińskiego gola dla Faludży zdobył Piotrek Ogiński i ogólnie ekipa w białych strojach była zdecydowanie bardziej kreatywna. Swojego rodzaju podsumowaniem postawy Adrenaliny w pierwszej połowie było z kolei to, że najwięcej zagrożenia stworzyli, gdy na boisku pojawił się najmłodszy z nich, 13-letni Mateusz Świst, który o mało nie zaliczył asysty przy strzale Mikołaja Kuleja. No i tutaj byli już liderzy rozgrywek mogą mieć do siebie pretensje, że tego trochę lepszego okresu gry nie zwieńczyli trafieniem, a na domiar złego tuż przed przerwą po złym wybiciu piłki przez Bogdana Stefańczuka pokarał ich Filip Jesiotr.
Adrenalina zdawała sobie sprawę, że błyskawicznie trzeba podkręcić tempo i na początek drugiej połowy co prawda najpierw uchowała się od straty gola po sytuacji sam na sam Kuby Byśkiniewicza, ale potem fantastyczny strzał wyszedł Kacprowi Waniowskiemu i różnica się zmniejszyła. Nadzieje na powrót do tego spotkania szybko jednak prysnęły. W 27. minucie Faludża wróciła na dwubramkowe prowadzenie, a potem dosłownie w ciągu kilkudziesięciu sekund zanotowała kolejne trafienie, gdy rywale chyba za szybko postawili wszystko na jedną kartę i brak między słupkami Bogdana Stefańczuka wykorzystał Kamil Lubański. Tutaj nie było już raczej perspektyw na powrót, chociaż przegrywający nie odpuszczali i kilka razy Marcin Komorowski musiał się porządnie wykazać, żeby nie puścić gola. Co prawda w 38. minucie po raz drugi w tym meczu sposób znalazł na niego Kacper Waniowski, ale jak na potrzeby Adrenaliny to było zdecydowanie za mało. Tym samym Faludża odniosła ważne zwycięstwo, które może okazać się bardzo cenne w perspektywie drugiej części sezonu. Patrząc na tabelę i na poziom poszczególnych drużyn, nie wydaje nam się, by oni mogli wypaść poza top 4. A przynajmniej tak nam się wydaje. A jak to może się skończyć w przypadku Adrenaliny? Za nimi znacznie ciężej nadążyć, bo trudno jednoznacznie ocenić zespół, który potrafi rozbić Mocną Ekipę, męczyć się ze Szmulkami, a chwilę później wyraźnie przegrać z Faludżą. Dlatego w ich przypadku wolelibyśmy na ten moment wstrzymać się z jednoznaczną oceną, bo oni równie dobrze mogą sięgnąć po mistrzostwo, jak i znaleźć się w znacznej odległości od podium.
Porażkę Adrenaliny mógł wykorzystać Klimag. I w teorii nie powinno to stanowić dla niego wielkiego wyzwania, bo w rywalizacji z Las Vegas szanse podopiecznych Patryka Maliszewskiego były spore. A przynajmniej tak byśmy je oceniali, gdyby przeciwnicy przyjechali w swoim nominalnym zestawieniu. Oni jednak zjawili się niemal na galowo, bo do drużyny wrócili Damian Ozygała i Filip Pietrusiewicz, którzy całkiem niedawno pomogli drużynie w odniesieniu wygranej nad Gencjaną. Z nimi Las Vegas wyglądało na ekipę zdolną do tego, by marzenia rywali odnośnie rozsiadania się w fotelu lidera spokojnie storpedować. No i pierwsza połowa wyraźnie to pokazała. Klimag za graczami Parano po prostu nie nadążał. Nie minęła 10. minuta spotkania, a było już 3:0 dla Las Vegas, a wszystkie bramki strzelił Kuba Koszewski. Do tego momentu Klimag praktycznie nie istniał i gdyby nie rzut karny w 14. minucie, wykorzystany przez Piotrka Bergiela, to pewnie z klasycznej akcji jeszcze długo szukałby sposobu, by pokonać Roberta Leszczyńskiego. Zresztą w 19. minucie nastąpił powrót do trzybramkowego prowadzenia, gdy świetną akcję Damiana Ozygały i Filipa Pietrusiewicza wykończył ten drugi. I trudno było się spodziewać, że w drugiej połowie coś nam się w obrazie gry zmieni. Jedyną wątpliwość stanowiło, jak gracze Parano wytrzymają to spotkanie kondycyjnie, bo część z nich praktycznie się nie zmieniała. No ale oni zdawali się tym nie przejmować.
Co prawda tuż po wznowieniu gry dali się zaskoczyć i Klimag zmniejszył straty, ale potem dwie kolejne akcje Las Vegas spowodowały, że na tablicy mieliśmy wynik 6:2. Nie czarujmy się – tutaj nikt o zdrowych zmysłach nie postawiłby na Klimag choćby złotówki. I nawet nie chodziło o sam rezultat, ale po prostu różnicę w jakości gry. Przegrywający podjęli słuszną decyzję, że nie ma już czego bronić i między słupki wszedł Patryk Maliszewski. To zaczęło przynosić efekty, bo dosłownie za chwilę Cristian Zalewski zdobył gola na 3:6, a potem nowy golkiper Klimagu fantastycznie obronił mocny strzał z bliska Damiana Ozygały. Potem do zespołu w niebieskich koszulkach uśmiechnęło się natomiast szczęście, bo Kuba Koszewski dwa razy mógł posłać piłkę do pustej bramki z własnej połowy, ale dwukrotnie zabrakło mu precyzji. Z kolei po drugiej stronie boiska lada moment błąd popełnił dobrze spisujący się do tego momentu Robert Leszczyński, z czego skorzystał Bartek Karpiński. Dwa gole różnicy to było coś, co spokojnie należało traktować jako kwestię do odrobienia, tym bardziej że Klimag miał sporo szczęścia, tak jak w 35. minucie, gdy po strzale Piotrka Bergiela piłka zaliczyła rykoszet i po raz piąty wpadła do świątyni oponentów. Widać było, że gracze Las Vegas nie mieli już tej pewności siebie co wcześniej. Za chwilę nadziali się na kontrę, po której Artur Jarosz wystawił piłkę Cristianowi Zalewskiemu, a ten perfekcyjnie ją wykończył i na trzy minuty przed końcem spotkania mieliśmy remis! Kolejny przełomowy moment meczu miał miejsce pod bramką Klimagu. Kuba Koszewski miał na nodze piłkę na 7:6 i chyba tylko zmęczeniem należy tłumaczyć, że w sytuacji, gdzie mógł wybrać sobie róg, trafił wprost w Patryka Maliszewskiego. Klimag mógł uwierzyć, że jemu już krzywda się w tej potyczce nie stanie. I chociaż remis to było i tak więcej, niż ten zespół mógł sobie wymarzyć, to w 39. minucie w obozie ekipy Patryka Maliszewskiego nastała euforia. Arek Stępień wykorzystał chyba całe swoje doświadczenie zebrane przez lata gry w piłkę, nie dał się wybić z uderzenia atakującemu go Damianowi Ozygale a w końcowej fazie akcji przytomnie zdołał podciąć piłkę nad Robertem Leszczyńskim, i w ten sposób piłkarski cud stał się faktem!
Nawet nie chcemy sobie wyobrażać, co po ostatnim gwizdku działo się w szatni Las Vegas. Mieli ten mecz na patelni i nie bójmy się stwierdzenia, że oni byli tutaj lepsi, w niektórych momentach wręcz deklasując przeciwnika. Ale coś w tej dobrze funkcjonującej maszynie zaczęło się psuć. Jednak nawet wtedy, gdy to spotkanie troszkę zaczęło się wymykać spod kontroli, stworzyli okazje, które po prostu mieli obowiązek wykorzystać. Zakładamy, że gdybyśmy jeszcze 99 razy rozegrali ten mecz mniej więcej od 30. minuty, to oni tyle samo razy by to wygrali, ale ten jeden-jedyny raz, w decydujących momentach to Klimag miał wszystko po swojej stronie. Szczęście, skuteczność, zimna krew - wszystkie te elementy były u triumfatorów na absolutnie najwyższych możliwych wskaźnikach. To pozwoliło napisać im najbardziej dobitną definicję tego, jak wygrać przegrany mecz. I trudno nam sobie wyobrazić, byśmy w tym sezonie mogli zobaczyć choć w połowie coś równie spektakularnego.
Gdy na starcie rozgrywek Szmulki pokonały JMP, myśleliśmy, że tym razem podopiecznym Kuby Kaczmarka szybciej uda się ogarnąć temat spokojnego utrzymania w 3. lidze. No ale od tamtego momentu zespół nie zapunktował ani razu i przeciwko Białowieskiej to miało się zmienić. Cecha charakterystyczna Szmulek, za którą zresztą cenimy ten zespół, jest taka, że oni nikogo się nie boją i bez względu na to, z kim przyjdzie im się mierzyć, celem są trzy punkty. Tym bardziej przeciwko takiemu rywalowi jak Białowieska, który wydawał się być spokojnie w ich zasięgu. Dość śmiesznie w takich okolicznościach wygląda końcowy wynik, ale wbrew pozorom to nie było tak jednostronne spotkanie, jak mogło się wydawać. Po stronie ekipy Krzyśka Sonnenfelda pojawił się jednak dość nieoczekiwany bohater w osobie Janka Keczenia. Pewnie gdybyśmy mieli wymienić zawodników w kolejności tego, który z nich ma największe szanse, by zgarnąć tutaj miano MVP, to szanse Janka nie byłyby – delikatnie mówiąc – najwyższe. Ale piłka potrafi zaskakiwać. To właśnie ten gracz w 9. minucie otworzył wynik spotkania, gdy dostał piłkę od swojego kapitana, podciągnął z nią w stronę bramki i zrobił, co trzeba. W 13. minucie, również z asysty Krzyśka Sonnenfelda, skorzystał Marcin Krucz, na którego płaski, mocny strzał po dalszym słupku nie znalazł sposobu Karol Dębowski. Potem znowu pierwsze skrzypce zaczął grać Janek Keczeń. Tuż przed końcem pierwszej połowy najpierw najlepiej odnalazł się w polu karnym po rzucie rożnym i podwyższył na 3:0, a następnie wypuścił w bój Antka Sonnenfelda i po kilku sekundach mógł się cieszyć z asysty. Białowieska wyrobiła sobie więc wysoką przewagę, ale początek drugiej połowy należał do oponentów. Szmulki musiały w końcu zacząć grać lepiej, no i w 23. minucie uśmiechnęło się też do nich trochę szczęścia, gdy samobójcze trafienie zanotował Bartek Mróz. Tutaj trzeba było iść za ciosem i to też ekipa z Pragi zrobiła. W 29. minucie, grając w przewadze zawodnika, chłopaki zdobyli bramkę na 2:4, a potem mieli doskonałą okazję, by zanotować trafienie kontaktowe, lecz w słupek trafił Borys Sułek.
Ich nadzieje o powrocie do spotkania w 32. minucie legły jednak w gruzach. Zabawę popsuł im Marcin Krucz, który przejął piłkę, podciągnął z nią kilka dobrych metrów i uderzył z lewej nogi nie do obrony. Różnica trzech goli i bardzo mało czasu na zegarze spowodowały, że Szmulki podjęły decyzję o lotnym bramkarzu, która jednak ostatecznie je pogrążyła. Nie dość, że nie przyniosło to praktycznie jakiegokolwiek wymiernego efektu z przodu, to dało też okazję do łatwych goli przeciwnikom, którzy zrobili z tego użytek. Końcowy wynik to 9:3, aczkolwiek gdyby skończyło się tak 6:3, to pewnie lepiej oddałoby to boiskowe wydarzenia. To jednak nie zmienia faktu, że Białowieska chyba właśnie zrealizowała cel minimum na sezon, chociaż trzeba pamiętać, że jej terminarz w drugiej części sezonu jest bardziej wymagający i przy okazji dobrze zweryfikuje, czy tutaj można myśleć jeszcze o czymś więcej niż miejsce w środku ligowej stawki. Szmulki natomiast czeka kolejny raz żmudna ligowa batalia o pozostanie w 3. lidze. Oni jednak takich historii trochę już w swoim piłkarskim życiu przeżyli i domyślamy się, że znajdą jakiś sposób, by znów wychylić głowę spod wody w ostatniej chwili. Oczywiście pod warunkiem, że wrócą do lepszej gry, bo samym doświadczeniem w walce o utrzymanie daleko nie zajadą.
Dwie z rzędu straty punktów przez Mocną Ekipę to jest coś, czego nie zakładaliśmy w swoim bingo na 3. ligę. Trochę możemy ich tłumaczyć, że w ostatnich tygodniach miewają problemy ze składem, rzadko kiedy jest on optymalny, ale oni sami wiedzą, że te dwie poprzednie potyczki najzwyczajniej w świecie im nie wyszły. Dlatego przeciwko MR Geodezja należało po prostu wygrać, nie bacząc specjalnie na styl. A okazja była dobra, bo rywale przyjechali bez kilku ważnych graczy i nie zakładaliśmy, że będzie ich tutaj stać na coś więcej niż porażka różnicą kilku bramek. No ale mogliśmy się na tym stwierdzeniu przejechać i to bardzo mocno. Już premierowe 20 minut pokazało, że Geodeci niczego za darmo nie oddadzą, bo w 2. minucie objęli prowadzenie po trafieniu Marcina Błońskiego i chociaż szybko odpowiedział Szymon Tomaszewski, to nie spętało to nóg graczom z Wołomina. Wręcz przeciwnie – oni tutaj za chwilę znów powinni mieć przynajmniej gola przewagi, lecz najpierw idealnej okazji z bliska nie wykorzystał Serek Modzelewski, a potem fantastyczną interwencją przy próbie Tomka Mikuska popisał się Łukasz Trąbiński. To miało swoje konsekwencje. W 15. minucie stratę zanotował Marcin Błoński, a duet Mateusz Derlatka – Mateusz Trąbiński nie omieszkał tego wykorzystać. A gdy ta sama dwójka graczy już po przerwie podwyższyła na 3:1, to oczyma wyobraźni widzieliśmy, jak jedni zaczynają drugim uciekać z wynikiem.
Geodezję do pracy podłączyli jednak sami przeciwnicy, którzy w 31. minucie tak rozegrali piłkę, że za chwilę ją stracili, bramka była pusta, a Tomek Mikusek prezentu nie zmarnował. Wynik 3:2 sugerował emocjonującą końcówkę, no i taką też tutaj dostaliśmy. W 39. minucie przegrywający pokusili się o naprawdę fajną akcję, gdzie wywieźli w pole obronę przeciwników, a całość zwieńczył celny strzał Marcina Błońskiego. Gracze Mocnej Ekipy byli więc o włos od kolejnej straty punktów, a ich sytuacja byłaby jeszcze gorsza, gdyby chwilę przed końcem Tomek Mikusek trafił na pustą bramkę prawie z własnej połowy. Miał wszystko, bo piłka była na jego lepszej lewej nodze, no ale nie dokręcił jej odpowiednio, tym samym utrzymując w grze przeciwników. Faworyci mieli furę szczęścia, że walczyli tutaj jeszcze o zwycięstwo, natomiast trzeba było wykonać jeszcze jedną skuteczną akcję, by faktycznie tę całą pulę zgarnąć. No i zrobili to. Po sporym zamieszaniu w polu karnym Geodezji, piłka spadła przed pole karne, gdzie na taką sytuację tylko czekał Mateusz Derlatka i jego strzał okazał się nie do obrony dla Krzyśka Kunowskiego. Mocna Ekipa nie mogła już tego wypuścić, a równo z końcową syreną jeszcze dobiła przeciwnika strzałem na pustą bramkę autorstwa Mateusza Trąbińskiego. Przegrani mają czego żałować. Grali równy mecz, będąc pod presją doprowadzili do remisu i gdyby Tomek Mikusek lepiej pocelował… Ale taka jest piłka. Mocna Ekipa znów nie zagrała wybitnego spotkania i gdyby przegrała, to do nikogo nie mogłaby mieć pretensji. I chociaż oczekujemy od nich więcej, to trzeba docenić, że w tym najważniejszym momencie byli w stanie wykreować akcję na wagę sukcesu. I nie ma się chyba co obrażać na okoliczności, zwłaszcza, że czasami takie wygrane w bólach dają więcej niż efektowne zwycięstwa, których przecież trochę już na swoim koncie mają.
Pewnie się powtórzymy, ale w życiu byśmy nie pomyśleli, że mecz z 5. kolejki, czyli po ponad połowie sezonu, między JMP a Gencjaną będzie o to, kto w drugą część sezonu wejdzie jako czerwona latarnia rozgrywek. Nie jest tajemnicą, że jedni i drudzy mają swoje problemy, no ale tym razem nie mogło być jakichkolwiek wymówek, bo było to po prostu zbyt ważne starcie, żeby potencjalną porażkę zrzucać choćby na frekwencję. Ta zresztą wcale nie była taka najgorsza po obu stronach, chociaż oczywiście niemal jak zwykle obydwaj kapitanowie nie mogli skorzystać ze wszystkich tych, z których by chcieli. Gdy jednak wybrzmiał premierowy gwizdek, przestało to mieć znaczenie i liczyła się tylko wygrana. Początkowo bliżej niej byli gracze Maćka Zbyszewskiego. Udało im się objąć prowadzenie po bramce Pawła Józwika, potem mieli jeszcze strzał w słupek i nic nie zapowiadało tego, co stało się tutaj w drugiej części pierwszej odsłony. A wydarzyło się coś, czego ekipie JMP bardzo brakowało w poprzednich spotkaniach, czyli seria kilku bramek z rzędu. Zaczęło się w 14. minucie, gdy wyrównał Damian Zalewski. Potem na przebój poszedł Adrian Wrona i w swoim stylu zdobył bramkę dającą prowadzenie swojej drużynie. Gracze w granatowych koszulkach poszli za ciosem i po trafieniach Mateusza Mierzwy i znowu Adriana Wrony wyrobili sobie idealną przewagę przed drugą częścią spotkania. Oczywiście wiedzieliśmy, że Gencjana tak tego nie zostawi, ale jednak taki rajd bramkowy mógł wpłynąć na Fioletowych i zdeptać ich morale. Ten trop okazał się błędny. Być może brązowi medaliści poprzedniego sezonu wyszli z założenia, że skoro rywal mógł zrobić im coś takiego, to dlaczego oni mieliby się nie odwdzięczyć „pięknym za nadobne”.
Sygnał do ataku dał Andrzej Walczuk, który skutecznie wykończył swój indywidualny rajd. Potem bramkę w stylu Gencjany, po rzucie rożnym, zanotował Evgenio Asinov. A wydawało nam się, że być może przełomowy moment spotkania miał miejsce w 33. minucie, bo wtedy doskonałej okazji dla JMP nie wykorzystał Krystian Schodowski, a po drugiej stronie boiska wyrównał Paweł Józwik, co mogło w obozie Damiana Zalewskiego przywołać demony z kilku poprzednich meczów. Po tych kilku trafieniach z rzędu sytuacja na boisku trochę się jednak uspokoiła i czekaliśmy, kto może tutaj zadać decydujący cios. I wtedy przypomniał o sobie Adrian Wrona. Dostał piłkę z autu od Damiana Zalewskiego, odwrócił się z nią w kierunku bramki i Artur Fiodorow za chwilę musiał wciągnąć ją z siatki. Gencjana nie miała już czego bronić, lecz chociaż czasami gra z lotnym bramkarzem pozytywnie wpływała na losy spotkania, tak teraz stało się odwrotnie i ten manewr kosztował ją stratę bramki, która zamknęła nam wynik tego spotkania na 6:4. Ekipa JMP mogła więc odetchnąć z ulgą, bo mimo że już w tym sezonie kilka upokorzeń zaliczyli, to porażka w spotkaniu, gdzie prowadzili 4:1, byłaby czymś niesamowicie bolesnym. No ale na szczęście wyszli z tego wszystkiego obronną ręką. Ciężko natomiast powiedzieć coś mądrego o Gencjanie. No bo w teorii nic lepszego niż powrót ze stanu 1:4 nie mogło ich spotkać. Nie docisnęli jednak śruby i po pięciu spotkaniach zostali z jednym punktem. I chociaż nasza wiara w to, że oni nie spadną, wciąż jest spora, to szanse wyraźnie stopniały i trzeba uczciwie dopuścić możliwość, że to wszystko może się jednak nie udać...
Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.