fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 5.kolejki 2.ligi!

21 stycznia 2026, 17:31  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

Pierwszą stratę punktów w sezonie zanotowała w 5. kolejce Ternovitsia. Na to się jednak zapowiadało. Podobnie jak na zwyżkę formy Gato FS.

My jednak zaczynamy od spotkania, które bardzo poprawiło nastroje w Ferajnie United. Ten zespół, poza wygraną z Gato odniesioną przy wydatnej pomocy Mariusza Milewskiego, na razie własnym sumptem nie potrafił dorzucić coś więcej do swojego dorobku. Czy zapowiadało się, że to może się wydarzyć przeciwko KS Secie? Trudno powiedzieć, bo za Seciarzami ciężko jest nadążyć, natomiast w poprzednim sezonie pokonali oni Ferajnę dość pewnie, bo 4:0. Okoliczności na powtórkę były niezłe, bo rywale mieli tylko dwóch rezerwowych (którzy dojechali zresztą z opóźnieniem), bramkarz grał z kontuzją i raczej stawialiśmy na minimalny sukces miejscowych. No ale Seta od samego początku miała spore problemy, by sforsować defensywę przeciwnika. Na domiar złego w 7. minucie po rzucie rożnym piłkę złapał Damian Białek i dalekim wykopem przelobował wszystkich, na czele ze swoim odpowiednikiem w obozie ekipy z Zielonki. Ten gol spotkał się jednak z dość szybką odpowiedzią i w 10. minucie mieliśmy remis. Jak się później okazało – ten wynik bardzo długo się tutaj nie zmieniał i stało się jasne, że zespół, który zdobędzie następne trafienie, postawi się w bardzo komfortowej sytuacji w kontekście ostatecznego rozstrzygnięcia.

Ten kluczowy dla losów meczu cios udało się zadać Ferajnie, a dokładnie dawno nieoglądanemu na naszych parkietach Adamowi Smoleniowi, który wykorzystał zagranie od Bartka Ostasza. Wynik 2:1 i perspektywa szybkiego zakończenia spotkania spowodowała, że Seta postawiła na grę z lotnym bramkarzem, ale to nie przełożyło się na nic konkretnego. Co więcej – praktycznie chwilę po zdobyciu trafienia na 2:1 Ferajna po kontrze dołożyła kolejnego gola, a konkretnie Patryk Grzelak, decydując się na dość zaskakujący strzał przy bliższym słupku. Ekipa w białych strojach miała więc wszystkie karty w swoich rękach i trzeba jej oddać, że nie tylko skutecznie kontrolowała odległość bramkową między sobą a przeciwnikiem, ale konsekwentnie ją powiększała. W 35. minucie dublet skompletował Patryk Grzelak, a wszystko podstemplował strzałem z własnej połowy na pustą bramkę Daniel Białek i Ferajna zgarnęła tutaj całą pulę. Był to bardzo wyrachowany mecz ze strony triumfatorów, o których nie możemy napisać tutaj, że byli lepsi aż o cztery gole, no ale skuteczność i konkrety były zdecydowanie po ich stronie. A te 6 oczek, które już zdobyli, to jak na Ferajnę i na tę fazę sezonu naprawdę spory kapitał, który należy wykorzystać, by nie sprowadzić sezonu do tego, że ich „być albo nie być” rozstrzygnie się w ostatniej kolejce. Seta natomiast wyraźnie spuściła z tonu w ostatnich tygodniach. Zwłaszcza w ofensywie, co jest o tyle dziwne, że oni z przodu zwykle wiedzą, co zrobić z piłką, a problemy miewają z tyłu. Tymczasem w ostatnich trzech meczach zdobyli raptem 4 gole, a łącznie mają ich tylko 13, co jest najgorszym wynikiem w 2. lidze. Tym samym genezy ich dość bolesnego spadku z miejsc premiowanych medalami chyba nie musimy specjalnie tłumaczyć.

O tym, że można zdobywać dużo goli, przekonuje natomiast niekwestionowany lider tabeli, czyli FSK Kolos. Chłopaki tym razem przejechali się po Tubie, która jawiła się jako potencjalna ekipa z szansami na przynajmniej sprawienie trochę stracha faworytowi, no ale niewiele z tego wyszło. A przecież Kolos nadal grał osłabiony brakiem dwóch kluczowych zawodników, a mimo to nie dał sobie tutaj zrobić krzywdy. Już pierwsza połowa pokazała, że Tuba raczej trzech punktów nie powącha. W 4. minucie po raz pierwszy zaskoczył ich Nazar Rusiak, a w 10. minucie błąd przy wybiciu piłki popełnił Kamil Sadowski i zrobiło się 0:2. Niestety, takich prezentów jak ten, ekipa z Rembertowa popełniała w meczu mnóstwo. Za chwilę kolejny przytrafił się Bartkowi Gałeckiemu i Bogdan Mytsa również nie omieszkał skorzystać z okoliczności. Na szczęście w końcówce premierowej połowy Tuba trochę się przebudziła i nawet zdołała wygrać ten okres 2:1, co w teorii dawało jakieś nadzieje na drugą połowę.

I dopóki ten dystans bramkowy faktycznie był dość niewielki, to Juniorzy grali solidnie. Nie załamali się też tym, że w 25. minucie po strzale Volodymyra Grabowskiego i rykoszecie od Maćka Gołębiewskiego przegrywali już 2:5. Nadal starali się utrzymywać tempo narzucone przez oponenta, ale po tym, jak żółtą kartkę zobaczył Mateusz Nowaczyński, co przeciwnicy błyskawicznie wykorzystali, wynik zaczął się drastycznie zmieniać na korzyść Kolosa. Wszystko co działo się dalej, odbywało się w akompaniamencie kolejnych prostych błędów brązowych medalistów poprzedniego sezonu i ze stanu 2:6 finalnie zrobiło się aż 2:10. A mogło być jeszcze wyżej, bo chociażby w 33. minucie Nazar Rusiak zaliczył najbardziej spektakularne pudło w tym sezonie, które niedługo zobaczycie na naszym Facebooku. Tego po prostu nie dało się nie trafić, a on, nie mając wokół siebie żadnego przeciwnika, trafił w słupek. Nie miało to jednak żadnego wpływu na wynik, więc takie lekceważenie prostych sytuacji uszło Nazarowi płazem. Oczywiście różnica aż 8 goli nie oddaje tego, co Tuba tutaj zaprezentowała, natomiast jeśli odpuszcza się końcówkę meczu, to trzeba się liczyć z konsekwencjami. Kolos walczył o każdego gola, chciał wygrać jak najwyżej i swój cel zrealizował, a w wyniku porażki Ternovitsii właśnie został samodzielnym liderem rozgrywek. To, czy ktoś go dogoni, wciąż pozostaje pytaniem otwartym, ale to, czy ktoś zabierze mu awans, jest jak dla nas tematem zamkniętym, bo nie wierzymy, że oni mogliby wypaść z miejsc 1–2. Na pewno nie zagrozi im w tym Tuba, której w tym momencie bliżej do strefy spadkowej niż medalowej. A że grają jeszcze choćby z Góralami czy Everestem, to z jednej strony walkę o podium wciąż będą mieli głównie w swoich rękach, choć ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to może być jednak ten sezon, gdzie w kwestii medalu trzeba się będzie obejść smakiem.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w obozie Górali. Oni się nie zatrzymują i w środę słodko zrewanżowali się Goat Life Sport za niespodziewaną porażkę sprzed roku. Być może gracze Kamila Kozłowskiego liczyli, że skoro wtedy się udało, to i teraz pokuszą się o małą niespodziankę, ale sprowadzenie ich na ziemię było bolesne. Na to się zresztą trochę zapowiadało, bo nie dość, że faworyci przyjechali w mocnym składzie, to Goatsi musieli sobie radzić bez Sebastiana Sasina. To musiało mieć wpływ na ich rozgrywanie akcji, bo nieco uprzedzając fakty: w ataku mieli niestety dość mało do powiedzenia, poza indywidualnymi przebłyskami choćby Pawła Głuszka. Co innego Górale. Tutaj z każdej strony groziło zagrożenie, a fantastycznie uzupełniał się duet Wojtek Wocial – Filip Góral. Na 10 goli, jakie zdobył zespół Marcina Lacha, oni nie mieli bezpośredniego udziału tylko przy dwóch. A zaczęło się już w 5. minucie, gdy właśnie po akcji tych dwóch panów faworyci otworzyli wynik. Potem dobrą okazję na wyrównanie miał Paweł Głuszek, a niewykorzystanie jej spotkało się z dość srogą karą, bo jeszcze przed upływem kwadransa wynik zmienił swoją postać na 3:0. Wtedy sprawy w Goat Life Sport w swoje nogi znów wziął Paweł Głuszek i po indywidualnym rajdzie wydawało się, że natchnął trochę zespół do lepszej gry. Ale nic z tego. Obrona przegrywających miała gigantyczne problemy z zawodnikami, którzy czaili się za ich plecami. W ten sposób padł np. gol na 1:4, gdy Łukasz Budryk ładnie odnalazł Filipa Górala, a ten efektownym trafieniem pokonał Maćka Kryśkiewicza. Za chwilę asystent przy poprzednim trafieniu zamienił się w strzelca i po 20 minutach rywalizacji było 5:1.

Goatsi nie mieli już co liczyć na cud, a nawet jeśli, to jeszcze przed upływem 60 sekundy tej części gry, po kolejnej akcji tandemu Wojtek Wocial – Filip Góral było już 1:6. Po tym golu Górale trochę się uspokoili. A w momencie, gdy w 31. minucie Łukasz Budryk podwyższył na 7:1, chyba nawet za bardzo się rozluźnili, co spowodowało, że konkurenci strzelili im dwa gole z rzędu, a mieli nawet okazję, by doprowadzić do stanu 4:7. Tak się jednak nie stało, Górale na wszelki wypadek wrócili do dyspozycji prezentowanej przez większość spotkania i po piorunującej końcówce wygrali aż 10:3. Co tu dużo mówić – to była różnica klas. Triumfatorzy grali ładnie dla oka, skutecznie i bez wielkiego wysiłku, a mimo to, gdyby się postarali, to mogliby jeszcze kilka goli dorzucić. Dobrze się to w ich wykonaniu oglądało. Goatsi musieli natomiast przełknąć gorycz bolesnej porażki. Zresztą drugiej z rzędu, bo z Tubą też przegrali wysoko i łącznie w dwóch ostatnich potyczkach zanotowali aż 18 straconych bramek. A biorąc pod uwagę, że najgroźniejsi rywale w walce o utrzymanie nie śpią, trzeba jak najszybciej wziąć się do roboty, by na peronie 2. ligi nagle nie podstawił im się pociąg do 3.

To teraz czas na skrót wydarzeń ze spotkania, które spowodowało, że Ternovitsia nie jest już jednym z dwóch nieskazitelnych zespołów w lidze. Pogromcami ekipy Romana Shulzhenko okazali się przedstawiciele Everestu. Czy na coś takiego się zapowiadało? Wydaje nam się, że to scenariusz, który można było wkalkulować, aczkolwiek okoliczności tego zwycięstwa były szczególne, bo w życiu byśmy nie przypuszczali, że ekipę Yosifa Manuchariana stać na to, by w pewnym momencie tego spotkania prowadzić aż 3:0. A tak właśnie się zadziało po pierwszej połowie spotkania. Premierowy gol padł tutaj zresztą już w 40. sekundzie, gdy Danylo Artemenko, bramkarz Ternovitsii, tak wybijał piłkę, że zagrał ją wprost pod nogi Tarasa Korenhy. Ten błyskawicznie zgrał ją do Daniila Bobrova, który z kolei nie miał problemów, by skierować ją do siatki. Wyrównanie mogło przyjść w 8. minucie, gdy fajną indywidualną szarżą popisał się Maks Kondarevych, ale strzelił nad bramką. A że niewykorzystane sytuacje się mszczą, to zaraz było 0:2. Yosif Manucharian oddał strzał na dalszy słupek, a tam akcję po raz kolejny przytomnie zamknął Daniil Bobrov. Everest chciał iść za ciosem i zaraz do kolekcji dołożył strzał w poprzeczkę, natomiast w 13. minucie wszystko już zagrało jak trzeba i po kontrze trafienie na swoje konto zapisał Taras Korenha. Prowadzący grali niezwykle skutecznie i mądrze, natomiast Ternovitsia waliła głową w mur, a proste straty na połowie przeciwnika nie pozwalały na to, by tutaj nawet przez chwilę pomyśleć o odrobieniu strat. Zespół w żółto-niebieskich strojach musiał więc z zupełnie innym nastawieniem wyjść na drugą część spotkania.

I to się po części udało, bo w 25. minucie pierwszego gola zdobył dla nich wreszcie Serhii Romanovskyi. Ale od czego Everest miał tego dnia Daniila Bobrova - ten zawodnik wiedział, gdzie się tego dnia ustawić na boisku i w 28. minucie przytomnie zamknął zagranie Tarasa Korenhy, co oznaczało powrót do bezpiecznego, trzybramkowego prowadzenia. Ternovitsia musiała już powoli myśleć o grze z lotnym bramkarzem i po tym, jak Dmytro Solomiichuk zdobył dla nich gola na 2:4, przegrywający faktycznie postawili wszystko na jedną kartę. Przez długi czas nie było jednak żadnych efektów takiego manewru. Dopiero w 39. minucie graczom Ternovitsii udało się zanotować trafienie kontaktowe, co spowodowało, że „kupili” sobie zatrzymywany czas gry. Nic on im jednak nie pomógł, bo finałowe 60 sekund rozegrali bardzo słabo, praktycznie nie zagrażając bramce Yevheniego Lavrynenki, no i musieli się pogodzić z pierwszą porażką w sezonie. Zapowiadało się na nią od dłuższego czasu, chłopaki trochę to od siebie odsuwali, ale w końcu przeznaczenie ich dopadło. Tak naprawdę wszystko rozeszło się o proste błędy. Ternovitsia popełniła ich znacznie więcej, a ponieważ intensywność jej gry nie jest taka jak w ubiegłych latach, to nie była w stanie odwrócić losów spotkania. Duża w tym również zasługa Everestu. Oni tak naprawdę skupili się na wykorzystywaniu pomyłek przeciwnika, a tych było tego wieczora pod dostatkiem. Dobrze też pracowali w obronie i w wielu przypadkach łatwo rozbijali chaotyczne ataki konkurentów. Można wręcz powiedzieć, że w tym meczu potwierdziło się to, co o tej ekipie wiemy: że pod względem boiskowego pragmatyzmu trudno im dorównać. Różnica względem poprzednich spotkań polega jednak na tym, że wcześniej udowadniali to głównie z ekipami trochę słabszymi, a teraz pokazali, że w ten sposób można też wygrywać z najlepszymi.

Kto wie, czy dla Gato FS spotkanie z Warsaw Fire nie było starciem ostatniej szansy. No bo z kim szukać punktów, jak nie z inną ekipą zagrożoną relegacją. Ale Strażacy wychodzili prawdopodobnie z tego samego założenia, a ranga spotkania i być może godzina spowodowały, że udało im się namówić na kolejny występ Pawła Giela. W nim upatrywaliśmy głównego oręża zespołu Tomka Janusa, jak również w powrocie między słupki Szymona Bielańskiego. Gato też przyjechało jednak w dobrym zestawieniu, co zapowiadało fajne spotkanie, które nie miało faworyta. Potwierdził to start meczu, gdzie jedni i drudzy mieli swoje okazje, lecz do 10. minuty nie obejrzeliśmy tutaj ani jednej bramki. Wtedy sprawy w swoje nogi wziął wspomniany Paweł Giel. Jego strzał z prawej nogi ugrzązł w samym okienku bramki Volodymyra Chumaka, a po minie strzelającego trudno powiedzieć, czy tak akurat chciał uderzyć, no ale bramka absolutnie z kategorii „hale świata”. Radość z tego trafienia nie trwała długo, bo dość szybko wyrównał Dmytro Żarik, ale potem w sukurs Strażakom przyszedł stały fragment gry. Paweł Giel strzelił, piłka zaliczyła po drodze dwa rykoszety i wpadła do siatki. Wynik 2:1 utrzymał się po 20 minutach gry i stanowił lekki handicap dla graczy Tomka Janusa.

Niczego tutaj jednak nie zakładaliśmy, bo pierwsza połowa pokazała, że mamy do czynienia z zespołami o zbliżonym potencjale. No ale Gato w finałowej połowie włączyło dopalacze. Zaczęło się w 25. minucie, gdy bramkę wyrównującą zanotował Andrei Fatuyeu, a potem one man show zaliczył Yaroslav Burlachenko. Najpierw popisał się świetnym, płaskim strzałem nie do obrony dla Szymona Bielańskiego, potem golkiper Warsaw Fire chyba mógł zachować się lepiej po strzale tego samego zawodnika, a przy trzeciej szansie Yaroslav Burlachenko zrobił wszystko z dużą gracją, gdy elegancko podciął piłkę nad bramkarzem i z wyniku 2:2 zrobiło się 5:2. Znamy charakter Strażaków i wiemy, że oni nigdy się nie poddają, ale tutaj zwyczajnie nie mieli argumentów, które pomogłyby im w powrocie. No i trzeba też oddać rywalowi, że grał po prostu dobrze i skutecznie, i po kolejnych dwóch bramkach prowadził już 7:2. Ostatnie słowo należało do przegrywających, ale gol Tomka Janusa niczego już tutaj nie zmienił. Po pierwszej połowie nie spodziewaliśmy się takiego zakończenia. Gato pokazało jednak, że jak złapie trochę luzu w grze, to jest bardzo groźne. Sam fakt, że Tomek Janus nie zdobył tutaj ani jednego gola, dobrze świadczy też o defensywie ekipy z Ukrainy, której nie było łatwo wywieźć w pole. Dlatego mowy o przypadku być nie może i tego wieczora wygrała po prostu ekipa lepiej dysponowana. Ta porażka bardzo mocno ogranicza szanse Warsaw Fire na utrzymanie, bo to niby są tylko trzy punkty do bezpiecznej strefy, ale biorąc pod uwagę przegrany bezpośredni mecz z Gato, to żeby przegonić swoich ostatnich pogromców, oni potrzebują czegoś więcej. Będzie ciężko. Natomiast triumfatorzy, z taką grą, mają wszelkie predyspozycje ku temu, by spokojnie się w 2. lidze utrzymać. I chociaż pewnie będą to chcieli zrobić wcześniej, to według nas wystarczy, że w jednym z ostatnich spotkań pokonają Goat Life Sport. Jeśli to się uda, to nic nie powinno im odebrać drugoligowego statusu. Statusu, na który swoją postawą zasługują.

Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: