fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 5.kolejki 1.ligi!
Można powiedzieć, że w poprzedni czwartek dostaliśmy prawie wszystko, co miało skomplikować i tak już skomplikowaną sytuację w tabeli.
Już pierwszy mecz tego wieczoru zapowiadał, że prawdopodobnie czekają nas spore przetasowania w ligowej hierarchii. Stało się tak za sprawą porażki Wesołej z AGD Marking. Przed meczem oczywiście taki scenariusz trzeba było brać pod uwagę, bo Wesoła w niektórych meczach tego sezonu trochę się ślizgała, z kolei Marking to ekipa, która nigdy nie odpuszcza i urzędującemu mistrzowi także niczego nie zamierzała ułatwiać. Chociaż czy na pewno? Zupełnie nie wskazywał na to początek spotkania, gdzie grający na stojąco zawodnicy AGD w 3 minuty stracili dwa łatwe gole i wyglądali trochę, jakby z góry założyli, że wielkich szans tutaj nie mają. Wesoła chyba również nie spodziewała się, że wyjście na tak szybkie prowadzenie przyjdzie jej tak gładko i kto wie, czy to właśnie nie był główny element, który spowodował, że obrońcy tytułu zbyt mocno uwierzyli, iż następne bramki będą zdobywać z równie dużą łatwością. To wszystko zmieniło się po pierwszym trafieniu dla AGD, gdzie zaraz ekipa z Radzymina dołożyła drugą bramkę i mieliśmy remis. Wesoła w dość łatwy sposób odzyskała częściowo to, co jej, ale mniej więcej właśnie po trafieniu na 3:2 przydarzyła jej się seria prostych błędów, za które słono zapłaciła. Najpierw z pomyłki Karola Bieniasa skorzystał Kacper Banaszek, potem gola na pustą bramkę zdobył Dominik Sobieraj, a w 14. minucie Maciej Roguski podwyższył na 5:3 i na dobrą sprawę dopiero wtedy do podopiecznych Patryka Jacha doszła świadomość, że albo podkręcą tempo, albo lada moment nie będzie czego zbierać.
W pierwszej połowie pogoń za wynikiem jednak się nie rozpoczęła, ale w drugiej faworyci szybko narzucili pressing, praktycznie nie wypuszczając oponentów z własnej połowy i zaczęli zmniejszać dystans. Pewnie poszłoby im to szybciej, gdyby nie żółta kartka dla Dawida Brewczyńskiego, ale wraz z jego powrotem na boisko Wesołej błyskawicznie udało się doprowadzić do stanu 5:5. Każdy myślał pewnie, że to początek końca AGD. Ale oni mieli inne plany i znów, wykorzystując pomyłki oponentów, doprowadzili do wyniku 7:5. Sytuacja Wesołej była ciężka, jednak kto miał dokonać takiego powrotu, jak nie oni. W 36. minucie Bartek Januszewski strzelił gola na 7:6, a potem rzutem karnym dysponował Mateusz Łysik. I kto wie, jakby ten mecz się skończył, gdyby lotny bramkarz Wesołej zdobył gola. Trafił jednak tylko w poprzeczkę i to się zemściło w ostatniej minucie, gdy z pomyłki Bartka Januszewskiego skorzystał Marcin Jadczak i AGD pokonało złotych medalistów poprzedniego sezonu w stosunku 8:6. Dziwny to był mecz, może nawet jeden z dziwniejszych w tym sezonie. Początek zapowiadał gładkie zwycięstwo faworytów i wydaje nam się, że te łatwo zdobyte gole na wstępie spowodowały, iż oni kompletnie przestali się przejmować tym, co dzieje się w ich obronie – bo wszystko i tak nadrobią z przodu. No i się przeliczyli. Oby to się nie okazało symboliczne dla całego ich sezonu. Bo na razie nie grają jak obrońca tytułu i nie jak drużyna, która miałaby to mistrzostwo zdobyć drugi raz z rzędu. Wygląda to tak, jakby chcieli najmniejszym nakładem sił awansować do play-offów, a dopiero potem pokazać, na co ich stać. Zobaczymy, czy się na tym nie przejadą. Natomiast brawa należą się AGD. Doskonale uśpili swoją początkową postawą faworytów, a potem przycisnęli śrubę i zgarnęli trzy punkty ;) A tak poważnie, to po prostu pokazali, że wystarczy trochę charakteru oraz chęci i Wesołą spokojnie można ograć. Ich sytuacja wciąż pozostaje jednak trudna, bo terminarz mają wymagający, ale z ich perspektywy najważniejsze jest to, że odzyskali władzę nad własnym losem.
Zupełnie inne nastroje zapanowały w Gold-Dencie. Oni spotkaniem z Łabędziami na Detoxie mieli zrobić milowy krok w kierunku top 4, bo chociaż ostatnią potyczkę z tym zespołem przegrali (której stawką było zresztą utrzymanie w 1. lidze), to obecnie te dwie ekipy dzieliło dość sporo, jeśli chodzi o formę, więc nie zakładaliśmy, że Dentyści mogą się tutaj wyłożyć. Jednak już przed pierwszym gwizdkiem okazało się, że całe spotkanie będą musieli grać bez zmian. Co prawda mniej więcej w połowie meczu planowany był przyjazd Przemka Przychodzenia, ale ten zawodnik ostatecznie nagle musiał swoją obecność odwołać. To zwiększało szanse Łabędzi, bo wydawało się, że wystarczy zagrać swoje, a w drugiej połowie po prostu wykorzystać zmęczenie przeciwnika i pokusić się o całą pulę. Ten plan nie był może specjalnie wyrafinowany, ale błyskawicznie się skomplikował. Tak się bowiem złożyło, że mimo iż ekipa Maćka Pietrzyka zaczęła spotkanie, to w 11. sekundzie przegrywała już 0:1. Trudno znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie dla czegoś takiego, bo takie rzeczy to nawet w 5. lidze się nie zdarzają. Gold-Dent od razu chciał iść za ciosem i za chwilę powinien prowadzić 2:0, lecz świetnie bronił Kamil Kajetaniak, który lada moment nie dał się też pokonać w sytuacji sam na sam z Michałem Antolem. Na dobrą sprawę Dentyści to spotkanie mogli zamknąć już po 10 minutach i Łabędzie mogą mówić o szczęściu, że oni po pierwszej połowie przegrywali tylko 0:1.
No ale jak to często w takich przypadkach bywa, kolejnego gola w spotkaniu zanotowała właśnie drużyna z Sulejówka, która chwilę po wznowieniu gry w drugiej połowie wykorzystała kontrę po stracie Damiana Zajdowskiego. Mylił się jednak ten, kto sądził, że Łabędzie pójdą za ciosem. Gra wciąż im się nie układała, a Gold-Dent, po którym widać już było zmęczenie, nadal był groźny. A w 27. minucie dostał piękny prezent od przeciwników. Kamil Kajetaniak sfaulował daleko od swojej bramki Przemka Tucina i to oznaczało, że zespół z Wołomina dostał 5 minut gry w bezwzględnej przewadze. Tego właśnie ten zespół potrzebował, no ale w tym dość długim okresie gry 5 na 4 tylko raz pokonał Przemka Laskowskiego, który wskoczył między słupki. Nie pomogła też żółta kartka dla Michała Antola, a potem dobrej okazji nie wykorzystał także Michał Kędroń. Łabędzie były więc nadal w grze i powoli zaczęła się uwidaczniać przewaga tlenu w płucach. W 35. minucie Rafał Raczkowski zagrał do pilnowanego Maćka Napieraja i był już remis, a potem Kuba Piotrzkowicz wykorzystał rzut wolny pośredni z bliskiej odległości od bramki Gold-Dentu i wynik odwrócił nam się o 180 stopni. Dentyści mieli jeszcze okazję, by tutaj powalczyć o punkty, ale zmęczony Przemek Tucin nie wykorzystał stuprocentowej okazji w 38. minucie. Skutki tego były opłakane, bo rywale się rozpędzili, strzelili jeszcze trzy gole i wygrali aż 6:2. W kategorii meczów dziwnych niewykluczone, że ten stoi w hierarchii tylko trochę niżej pod potyczką Wesołej z AGD. Gold-Dent powinien to wygrać, ale jeśli nie wykorzystuje się tylu okazji do zdobycia bramki, to trzeba się liczyć z karą. Szkoda też, że w drugiej połowie nie wycisnęli maksa z gry w przewadze, bo naprawdę można było odnieść wrażenie, że Łabędzie jakby czuły, że tego spotkania nie powinny wygrać i robiły wszystko, by ułatwić drogę Gold-Dentowi do zwycięstwa. Przegrana w takich okolicznościach, gdzie tych pięciu graczy po stronie zespołu z Wołomina naprawdę dało z siebie 100%, musi boleć. Co do Łabędzi, istnieje takie powiedzenie: „mieć więcej szczęścia niż rozumu”. To oczywiście swojego rodzaju parafraza – nikogo nie chcemy obrażać – ale chyba wszyscy mamy wątpliwości, czy ich gra zasługiwała na tak pomyślny finał tego spotkania. To były bardziej Łabędzie na farcie, a nie na detoksie. I choć ta wygrana sprawia, że wracają do gry o czołową czwórkę, to dobrze, że w dwóch ostatnich meczach czekają ich bardzo trudni rywale. Nie dlatego, że źle im życzymy, ale dlatego, że właśnie w takich spotkaniach wyjdzie, czy oni potrafią wygrywać grą, a nie wyłącznie okolicznościami.
Kliniczna robota – tak natomiast należy ocenić zwycięstwo Al-Maru nad Kartonatem. Oczywiście nie jest to żadne wielkie zaskoczenie, bo ci pierwsi byli murowanym faworytem i przyjechali mocnym zestawieniem, natomiast Wojtek Kuciak, tak patrząc po nazwiskach, nie miał w swoim składzie praktycznie żadnego klasycznego napastnika. Nie dojechał Emil Gołyski, brakowało Łukasza Kuleszy i chociaż zadebiutował Maciek Jasiński, to nie było szans, że jego obecność cokolwiek tutaj zmieni. No i można powiedzieć, że ten mecz wyglądał właśnie tak, jak składy obydwu zespołów. Al-Mar grał bardzo solidnie zarówno z przodu, jak i z tyłu, a przeciwnicy ani tu, ani tu nie potrafili wejść na zbliżony poziom. Oglądaliśmy więc potyczkę, która mogła mieć tylko jedno zakończenie. Zespół Marcina Rychty dysponował sporą przewagą, często zatrudniał do interwencji Mateusza Bajkowskiego, no i w 10. minucie doczekaliśmy się gola. Trochę kuriozalnego, bo golkiper Kartonatu wcześniej bronił w trudniejszych sytuacjach, a tutaj zdarzyło mu się puścić pod ręką dość prosty strzał Mateusza Adamskiego. Szybko na 2:0 podwyższył Paweł Godlewski i stało się jasne, że przegrywający mogą mieć duży problem, by odwrócić losy spotkania. Starali się, choćby Piotrek Jamroż próbujący ustawiać kolegów, no ale to nie jest proste, jeśli chłopaki grają dopiero ze sobą piąty mecz i było widać, że ciężko im złapać nić porozumienia.
W drugiej połowie oglądaliśmy dość podobny obrazek. Lider tabeli spokojnie kontrolował spotkanie, a przy okazji podwyższał swój dorobek. Sytuacje Kartonatu można natomiast policzyć na palcach jednej ręki i chyba żadnej z nich, no może maksymalnie jedną, moglibyśmy określić mianem dobrej do zdobycia bramki. Przegrani musieli więc obejść się smakiem nie tylko w kwestii punktów, ale też w kwestii nawet honorowej bramki. Na pewno nie było łatwo im tutaj rywalizować, wiedząc, że po prostu brakuje im atutów. I chociaż w grze o top 4 pozostają, to z całym szacunkiem, ale chyba nikt w kontekście ugrania jednego z biletów do fazy finałowej raczej poważnie ich nie traktuje. No chyba że przyjadą w ostatnich dwóch meczach optymalnym składem. Al-Mar natomiast chyba już jest pewny awansu do mistrzowskich play-offów. Chyba, bo tabela pokazuje, że być może można go jeszcze przegonić, ale biorąc pod uwagę, że niektóre drużyny rywalizują między sobą i ktoś musi stracić punkty, to nawet przy dwóch porażkach w sezonie zasadniczym krzywda mu się nie stanie. Ale oni na pewno w ten sposób kalkulować nie będą, bo utrzymanie pierwszego miejsca w tabeli da im nie tylko – w teorii – łatwiejszego rywala później, ale przede wszystkim cementuje tę drużynę i utwierdza w przekonaniu, że idzie ona we właściwym kierunku.
O tym, jak smakuje zwycięstwo w Nocnej Lidze, powoli zapominają natomiast gracze AbyDoPrzodu. W 3. kolejce zremisowali z Wesołą, ostatnio przegrali z Al-Marem, a teraz też nie zapowiadało się, że mogą zrobić krzywdę Burgerom Nocą. Oczywiście wiele tutaj zależało od tego, jakie Burgery się wylosują, bo ten zespół potrafi zagrać bardzo fajny, ofensywny futsal, ale czasami potrafi też być tak bezbronny, jak z AGD Marking czy z Al-Marem. Skoro jednak pojawili się praktycznie wszyscy najlepsi gracze, a po drugiej stronie boiska brakowało choćby Karola Sochockiego, to jednak ta szala delikatnie przechylała się na korzyść machiny Mateusza Grochowskiego. Zanim jednak faworyci faktycznie swoją wyższość udowodnili, to trochę czasu musiało tutaj upłynąć. Sam mecz mógł się jednak podobać, bo dobrych okazji nie brakowało. W 8. minucie to AbyDoPrzodu powinno objąć prowadzenie, lecz Kamil Kłopotowski i Łukasz Flak nie potrafili w jednej akcji wykorzystać swoich szans. No i to spotkało się z karą 60 sekund później, gdy wynik, po ładnej akcji Burgerów, otworzył Piotrek Jankowski. Odpowiedź przyszła w 12. minucie, gdy Adrian Mańk, golkiper faworytów, próbował ratować piłkę, ale tak niefortunnie ją zagrał, że ta spadła pod nogi Irka Zygartowicza, który uderzył nie do obrony i mieliśmy remis. W 13. minucie fani dobrego jedzenia mogli z kolei wyjść na prowadzenie, lecz strzał Patryka Czajki na linii bramkowej powstrzymał Kamil Kłopotowski i od razu poszła akcja w drugą stronę, gdzie całość zwieńczył gol Przemka Wycecha. Ale i na to przegrywający znaleźli odpowiedź, a konkretnie Dominik Zulczyk po skutecznie rozegranym rzucie rożnym. Do przerwy był więc remis, ale po niej to podopieczni Michała Wytrykusa zbudowali sobie przewagę. Zaczęło się od błędu Adriana Mańka, który przekombinował w jednej sytuacji, no i dograł piłkę do... Kamila Kłopotowskiego, a ten nie miał problemów, by umieścić ją w pustej bramce. Potem po kontrze drugiego gola na swoje konto dopisał Przemek Wycech, a pomyśleć, że AbyDoPrzodu miało jeszcze dwie okazje – obydwie autorstwa Łukasza Flaka – i śmiemy twierdzić, że gdyby chociaż jedna z nich została wykorzystana, to tutaj dwukrotni mistrzowie NLH by tego nie wypuścil. No ale zmarnowanie tych naprawdę dogodnych okazji miało brutalną cenę.
Zaraz straty zmniejszył Patryk Czajka, a potem fajnym strzałem z kategorii „szczurków” popisał się Piotrek Bober i z przewagi AbyDoPrzodu nic nie zostało. Ten szybki powrót do spotkania na tyle nakręcił Burgery, że oni byli już nie do powstrzymania. Zaraz Piotrek Jankowski dał swojej ekipie pierwsze w meczu prowadzenie, a potem swoje dołożył Patryk Czajka – najpierw po asyście Piotrka Bobera, a potem wykorzystując fatalny błąd Łukasza Flaka. Przegrywający byli już całkowicie rozbici i ostatecznie przegrali to spotkanie aż 4:8. Na tak wysoki wynik nie zasłużyli, ale sami na siebie ten los sprowadzili. Gdyby tego dnia grał z nimi Karol Sochocki, to naprawdę mogło to się inaczej skończyć, bo były okazje, by to starcie zapisać na swoje konto. Na szczęście terminarz jest dla nich w miarę łaskawy i wydaje się, że znajdzie się dla nich miejsce w najlepszej czwórce, chociaż po ostatnich występach niczego nie jesteśmy w ich wykonaniu pewni. A Burgery? 9 punktów to dorobek, który stawia ich wręcz w obowiązku, jeśli chodzi o obecność w walce o medale. Sam fakt, że strzelili aż 8 goli ekipie z Duczek, jest wymowny, bo rzadko kto potrafi tyle przeciwko AbyDoPrzodu zdobyć. Dlatego wydaje nam się, że na nich mało kto będzie chciał w top 4 trafić, o ile oczywiście Burgery same się nie wyłożą na dwa metry przed k….
Retransmisję wszystkich spotkań pierwszej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.