fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 6.kolejki 4.ligi!
Trzy zespoły w 4. lidze wyraźnie odłączyły się od reszty stawki. Ale prawda jest taka, że żaden z nich nie zaprezentował się w poniedziałek na miarę możliwości.
Tyczy się to zwłaszcza ekipy TG Sokół, która znowu przy wielkim udziale farta rozprawiła się z kolejnym rywalem. Wydawało się, że ta drużyna nabrała już tyle pewności siebie w tym sezonie, że z przeciwnikiem z dołu tabeli, jakim była Lema Logistic, powinna się rozprawić gładko. Tak mówiła ligowa hierarchia, ale na boisku wcale nie widzieliśmy tego, że jedni walczą o medale, a drudzy w tej rywalizacji już dawno udziału nie biorą. Już pierwsza połowa pokazała, iż faworytów czekają tutaj ciężary, bo chociaż od 5. minuty prowadzili po golu własnego bramkarza, to potem tylko indolencji strzeleckiej przeciwników zawdzięczają, że to prowadzenie utrzymali do końca premierowej odsłony. Logistycy zmarnowali trzy strzały na pustą bramkę z własnej połowy i dopiero na początku drugiej udało im się wyrównać za sprawą dość szczęśliwego gola Arka Pisarka. I to nakręciło Lemę, która poszła za ciosem. Najpierw po odważnym rajdzie Darka Piotrowicza zrobiło się 2:1, a potem gracze z Radzymina wykorzystali stratę oponentów i powiększyli stan posiadania do trzech trafień.
W 30. minucie spadł na nich jednak poważny cios, bo kontuzji nabawił się bramkarz Kamil Rasiński. To spowodowało, że między słupki wskoczył dobrze tego wieczora dysponowany Darek Piotrowicz. To chyba na chwilę wybiło Lemę z uderzenia, a już na pewno Kacpra Piątkowskiego, który w 31. minucie popełnił błąd, z którego oponenci zrobili użytek. Gdy jednak w 34. minucie zespół w białych koszulach znów wyrobił sobie dwa gole przewagi, myśleliśmy, że chłopaki już tego nie wypuszczą. No ale oni w tym sezonie już nie raz pokazali, że dowiezienie korzystnego wyniku do końca spotkania to dla nich spore wyzwanie. W 35. minucie sprokurowali rzut karny, który wykorzystał Patryk Prażmo, a potem nieodpowiedzialnie zachował się Kuba Kostrzewa. Co prawda był faulowany, i to nawet dwukrotnie, ale jego reakcja na Kacprze Lewandowskim, była przesadzona, za co otrzymał czerwoną kartkę, a przeciwnik żółtą. Mimo to Lema dobrze się trzymała. Do momentu, gdy błąd popełnił Darek Piotrowicz. Chciał on odważnie wyjść z piłką z własnej bramki, ale mniej więcej na linii środkowej źle zagrał do kolegi, poszła strata i Patryk Prażmo wyrównał. Na domiar złego dosłownie za kilka chwil Logistycy popełnili błąd przy zmianie, co arbiter wychwycił i ukarał ich minutą kary. Biorąc pod uwagę, że w tym momencie już grali o jednego mniej, to musieli sobie radzić w dwóch graczy w polu. I nie dali rady, a gol Kacpra Lewandowskiego po raz kolejny w tym sezonie zafundował im porażkę w bardzo bolesny sposób. Odkładając na bok kwestie czysto piłkarskie, można się zastanawiać, czy w końcówce Lemie mógł trafić się gorszy splot okoliczności. Kontuzja bramkarza, czerwona kartka, proste błędy i jeszcze kara za złą zmianę – wszystko to ułożyło się w pechową sekwencję zdarzeń, która aż prosiła się o możliwie najgorszy finał. Bo z perspektywy parkietu nie zasługiwali na to i remis to powinno być minimum, co powinni tutaj wyciągnąć. To też pokazuje, jak dużo szczęścia miał Sokół. Bo to nie był ich dobry mecz, chociaż to jest coś, o czym też już kiedyś pisaliśmy. Oni potrafią wykorzystać dogodne okoliczności. I właśnie dzięki takiej skuteczności oraz wyrachowaniu są dziś praktycznie w miejscu, w którym jako beniaminek 4. ligi mogą powoli przygotowywać półkę w regale na kolejny puchar z NLH.
Cień nadziei, że może uda się jeszcze wskoczyć na podium, zachowali za to Mydlarze. W poniedziałek dość łatwo rozbili oni Byczki Stare Babice, co mimo wszystko stanowiło jakąś niespodziankę. Bo o ile mogliśmy zakładać, że ekipę z Serocka stać na to, żeby ograć ciut wyżej notowanego oponenta, no to jednak wynik 12:4, gdzie przeciwnicy nie mogli narzekać na brak rezerwowych, to dość spory wyczyn. W obozie Byczków brakowało co prawda Dawida Baranieckiego, ale to nie może tłumaczyć ich gry, chociaż to nie ona stanowiła główny element tej klęski. Tutaj wiele rozeszło się zresztą o skuteczność, bo Mydlarze rzadko kiedy mylili się w polu karnym przeciwnika, podczas gdy Byczki tworzyły podobną ilość sytuacji, no ale nie każda z piłek wpadała tam, gdzie sobie życzyli. I to ich strasznie frustrowało, jak również powodowało delikatne animozje. Trudno się jednak dziwić, skoro już do przerwy było 1:6, lecz gdyby Byczki wykorzystały to, co miały, to ta przewaga byłaby zdecydowanie niższa. Inna sprawa, że zespół Dawida Pływaczewskiego popełniał nie tylko błędy z przodu, ale też z tyłu, gdzie albo zaliczał proste straty, albo sam gotował sobie zagrożenie we własnym polu karnym.
Na drugą połowę Byczki wyszły z nastawieniem, że może jeszcze nie wszystko stracone. Widać było, że wciąż im się chce, ale kolejne zmarnowane okazje, jak również dwa gole z rzędu dla oponenta sprawiły, że tutaj nie mogło się już nic pozytywnego z ich perspektywy wydarzyć. Od stanu 1:8 zanotowali co prawda serię trzech goli z rzędu, ale szybko zostali sprowadzeni na ziemię, bo kolejne cztery trafienia były autorstwa Gabriela Skiby i spółki. Po każdym z tych goli na twarzach Mydlarzy pojawiał się uśmiech i widać, że oni dobrze się tym spotkaniem bawili. Coś zupełnie innego mogliśmy zaobserwować po drugiej stronie – pretensje, zaciśnięte zęby i ogólna wściekłość. Na siebie, na kolegów, na okoliczności. Atmosfera w drużynie wyraźnie się zagęściła, ale naszym zdaniem szukanie na siłę kozłów ofiarnych – i to jeszcze w trakcie spotkania – nie prowadzi do niczego dobrego. Trudno wskazać bowiem zawodnika w szeregach ekipy ze Starych Babic, który mógłby powiedzieć, że rozegrał dobre zawody, więc odpowiedzialność rozkłada się tu po prostu na cały zespół. Tutaj potrzeba szybkiej i szczerej rozmowy, a z ust niektórych graczy powinno paść zwykłe „przepraszam” w stosunku do kolegów, bo nikt nie zawalił tego spotkania celowo – to był po prostu jeden z tych dni, kiedy niewiele wychodzi. Tak po prostu bywa. A akurat Mydlarze coś o tym wiedzą. Przeżywali porażki znacznie bardziej bolesne niż ta, która dotknęła Byczki, i potrafili nie wykorzystać znacznie lepszych okazji niż te, które w poniedziałek marnowali oponenci, a mimo to nigdy nie było widać wzajemnego obwiniania się czy publicznego przerzucania winy. Piłkarsko czy organizacyjnie nie zawsze wszystko dopinają na ostatni guzik, ale to jest akurat coś, czego wiele innych ekip mogłoby się od nich uczyć.
Reakcji na porażkę na razie nie mieliśmy okazji zaobserwować w Gangu Mapeta. Z prostej przyczyny – oni jeszcze ani razu się nie potknęli w tym sezonie, chociaż oczywiście dwa remisy im się przytrafiły. Teraz podział punktów nie wchodził w grę, bo to by oznaczało, że ich dystans do pierwszego miejsca zwiększy się na tyle, że może się okazać nie do nadrobienia. A ponieważ grali z Semolą, to należało zakładać, że zadanie wykonają. Był to zresztą mecz z podtekstami, bo choćby Kazik Grotte reprezentował w ostatnich sezonach barwy właśnie ekipy Krzyśka Jędrasika. Dalecy jednak jesteśmy od stwierdzenia, że tutaj jeden drugiemu chciał coś koniecznie udowodnić, bo rozstanie – znając obu zawodników – raczej nastąpiło z klasą, natomiast oczywiście na boisku każdy chciał wygrać. Semola miała jednak problem, bo nie dysponowała nominalnym bramkarzem. Biorąc pod uwagę, jak dużą rolę w ich ostatnich wynikach odgrywał Bartek Wałachowski, na pewno żałowali, że na taki mecz muszą wstawić między słupki zawodnika z pola. To im jednak nie przeszkodziło, by objąć tutaj prowadzenie za sprawą Krzyśka Jędrasika. Odpowiedź przyszła w 9. minucie, gdy Kazik Grotte dobrze odnalazł Piotrka Szostaka, a ten dopełnił formalności. Potem mecz na jakiś czas nam się uspokoił, by pod koniec pierwszej połowy znów przyspieszyć. I to Semola mogła tutaj zbudować sobie delikatną przewagę, ale najpierw Jarek Wieleba nie wykorzystał dobrej okazji (dlaczego nie podawał, zamiast uderzać?), a potem był jeszcze strzał w słupek.
To wyraźnie obudziło Gang, który wiedział, że w drugiej odsłonie musi wejść na wyższy poziom własnej gry. I w 24. minucie był już na prowadzeniu po trafieniu Michała Cholewińskiego. Semola nie chciała się jednak poddać i zarówno na to trafienie, jak i za chwilę na kolejne, tym razem autorstwa Damiana Bąka, potrafiła znaleźć ripostę. Co więcej – przy stanie 3:3 zespół z Ursusa miał dwie superdogodne okazje, by ponownie być o gola z przodu. Niestety, strzały z daleka na pustą bramkę to jest coś, co ta ekipa musi jeszcze potrenować. Dwa zmarnowane tego typu szanse miały niestety bolesne konsekwencje. Konsekwentna gra Gangu w ataku pozycyjnym pozwoliła w 38. minucie doprowadzić do sytuacji strzeleckiej dla Michała Wiekiery, a że golkiper Mapeciarzy gole zdobywać potrafi, to za chwilę mieliśmy 4:3. To trafienie kompletnie podłamało Semolę, która – podobnie jak całkiem niedawno z Sokołem – wyglądała, jakby ktoś odłączył jej prąd. I z meczu, który był praktycznie cały czas na styku, polegli aż 3:7. Ten wynik nie powinien tak wyglądać, a można się wręcz zastanawiać, czy gdyby ta ekipa miała lepiej nastawione celowniki, to tutaj nie doszłoby do małej niespodzianki. Ale to jest to, o czym pisaliśmy nie raz – brakuje im rasowego napastnika. Tym samym pozostają na ostatnim miejscu w tabeli, chociaż perspektywy na ucieczkę z zagrożonych rejonów wciąż są całkiem spore. Gang natomiast ma już 5 punktów przewagi nad trzecim miejscem i na nasze oko on już może się przymierzać do przynajmniej brązowych medali na koniec sezonu. Zwłaszcza że za chwilę zagra z Pobudką i ten mecz pierwotnie planowaliśmy dać nawet w ostatniej kolejce. Biorąc jednak pod uwagę formę rywali, to niewykluczone, że kosztem właśnie tego zespołu Mapeciarze już w poniedziałek przypieczętują zdobycie pierwszego skalpu w NLH.
Innym zespołem z czołówki, który też specjalnie nie zachwycił, ale zrobił swoje, był ProBram. W ich wykonaniu perspektywa utraty punktów była zresztą jeszcze większa niż w przypadku Gangu, o czym za chwilę się przekonacie. Rywalem ekipy Bartka Gorczyńskiego był Handyman. Obóz Krzyśka Smolika jak zwykle jawił się jako przeciwnik niewdzięczny, jednak spokojnie do wypunktowania. Tym bardziej, że do Zielonki nie dojechał jeden z ich liderów, czyli Sylwek Florowski. Na parkiecie nie było jednak widać potencjalnej różnicy w jakości piłkarskiej. Handymani grali mądrze, twardo, a w 6. minucie, po naprawdę ładnej akcji, w której uczestniczyli praktycznie wszyscy zawodnicy z pola, objęli prowadzenie. ProBram bardzo długo szukał odpowiedzi na tę bramkę i pod nieobecność Janka Grelocha, który znany jest z tego, że potrafi zrobić coś z niczego, bardzo męczył się w ofensywie. Do tego stopnia, że przy golu wyrównującym, który padł chwilę przed przerwą, potrzebna była asysta od jednego z rywali, a konkretnie Kuby Jankowskiego, który zagrał nieodpowiedzialnie piłkę wzdłuż własnego pola karnego, z czego użytek zrobił Miłosz Kozak.
W drugiej połowie wynik 1:1 utrzymywał się bardzo długo. Faworytom nie pomogła nawet żółta kartka w 29. minucie dla Franka Kucharskiego, bo nie potrafili wykorzystać liczebnej przewagi. Impas przełamali dopiero w 35. minucie. Norbert Gawryś zagrał do Norberta Grzymały, ten z ostrego kąta zdecydował się na strzał, a piłka dość szczęśliwie przełamała palce Danielowi Pszczółkowskiemu i mieliśmy 2:1. Myśleliśmy, że to początek końca Handymanów, ale od czego mają oni swojego kapitana. Krzysiek Smolik to król bilarda w polu karnym i właśnie po sytuacji, gdzie doszło przed bramką Mateusza Wiśniewskiego do małego zamieszania, właśnie on odnalazł się najlepiej. I remis byłby tutaj pewnie sprawiedliwy, chociaż Handymani zaliczyli nawet strzał w poprzeczkę autorstwa Kacpra Kałuskiego. Inne zdanie w tej kwestii miał jednak Oliwier Gawiński. Wiemy, że ten chłopak ma świetnie ułożoną stopę i potwierdził to na kilkanaście sekund przed końcem, gdy ładnym strzałem z solidnej odległości zaskoczył bramkarza przeciwników. ProBram nie dał sobie wyrwać trzech punktów i tym sposobem pozostał na górze ligowej stawki. Gra była średnia, problemy ze złamaniem defensywy konkurenta widoczne, ale tutaj zawsze znajdzie się ktoś, kto potrafi wziąć odpowiedzialność na siebie. Tym razem okazał się nim młodszy z braci Gawińskich. I to naprawdę mogą być kluczowe punkty w walce o awans, bo ProBram ma zdecydowanie najłatwiejszy terminarz z drużyn z czołówki. Tym bardziej, że dwóch rywali będących bezpośrednio za nim czeka jeszcze bezpośredni mecz. Oni już tej szansy nie wypuszczą. Trochę nam z kolei szkoda Handymanów, bo grali solidnie i nikomu krzywda by się nie stała, gdyby zgarnęli tutaj jeden punkt. Jeśli jednak utrzymają ten poziom gry, to z utrzymaniem w 4. lidze problemów mieć nie powinni. Chociaż pamiętajmy, że rok temu, gdy grali w 3. lidze, pisaliśmy podobnie, więc lepiej niech się mają na baczności i to jeszcze jedno zwycięstwo dorzucą czym prędzej.
A gdyby nie fakt, że FC Pobudka w pierwszych trzech spotkaniach zdobyła 9 punktów, to właśnie ona byłaby dziś mocnym kandydatem do spadku. Od momentu, kiedy przestał przyjeżdżać Darek Partyka, a i częstotliwość innych ważnych zawodników spadła, ta ekipa zalicza równię pochyłą. No ale mimo wszystko myśleliśmy, że podopieczni Łukasza Świstaka będą w stanie nawiązać w miarę równorzędną rywalizację z Alphą Omegą. Spotkało nas jednak spore rozczarowanie, bo ekipa z Radzymina wyczuła okazję na podreperowanie nie tylko dorobku punktowego, ale też bramkowego i wygrała tutaj aż 14:2. Czy tego należało się spodziewać? Start nie był jeszcze taki zły w wykonaniu Pobudki, jednak dało się zauważyć ich problemy z płynnym przejściem z obrony do ataku. Przeciwnicy w tej kwestii byli lepiej zorganizowani i po tym, jak zdobyli pierwszego gola, grało im się zdecydowanie łatwiej. W 9. minucie Patryk Drużkowski miał już na swoim koncie dublet, a Pobudce nie pomógł nawet fakt, że w obozie konkurentów żółtą kartkę zobaczył Damian Boryczko. Gdy siły się wyrównały, wówczas zespół w białych strojach zaczął odjeżdżać z wynikiem i w krótkim odstępie czasu z 2:0 zrobiło się 5:0.
Pocieszeniem, aczkolwiek marnym dla Pobudki, była ładna bramka Dawida Makucha, zdobyta z rzutu wolnego. Jak się później okazało, ten gol był jedynym na przestrzeni kolejnych kilkunastu minut. Z kolei Alpha regularnie powiększała dorobek i z łatwością rozmontowywała defensywę byłych liderów tabeli. Triumfatorzy zatrzymali się dopiero przy wyniku 14:2, a gdyby nie Łukasz Świstak, to kto wie, na czym by się tutaj skończyło. Dla Alphy to bardzo ważna wygrana, chociaż nie róbmy z niej również sukcesu na nie wiadomo jaką skalę. Tego meczu nie dało się po prostu nie wygrać, natomiast to nie zmienia faktu, że te 6 punktów, które Sebastian Giera i spółka skompletowali do tej pory, to poważna zaliczka przed tą częścią sezonu, która zdecyduje o ich powrocie lub nie do 5. ligi. Pobudka natomiast ostatecznie wypisała się z walki o medale i pozostaje jej życzyć, by w ostatnich trzech potyczkach dysponowała lepszym składem. Bo jeśli to ma wyglądać tak jak ostatnio, to za chwilę może dojść do sytuacji, że niektórzy zawodnicy zaczną się zastanawiać, czy to wszystko ma jeszcze sens. A tego bardzo byśmy nie chcieli.
Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.