fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 6.kolejki 3.ligi!
3. liga ma na szczycie tabeli zespół, który jest o 4 punkty z przodu nad goniącym go peletonem. Czy właśnie poznaliśmy przyszłego mistrza tego poziomu?
A walki o medal nie odpuszcza za to MR Geodezja. Po dwóch z rzędu porażkach ekipa z Wołomina wiedziała, że trzeba wygrać z JMP, żeby pozostać w górnej połowie tabeli. Ale te same zamiary mieli przeciwnicy, którzy po kiepskim początku odzyskali trochę wigoru i mieli nadzieję na zbudowanie tutaj serii wygranych. Szanse ocenialiśmy bardzo równo, co miało też odzwierciedlenie w kursach na BETFAN, a fakt, że i jedna i druga ekipa nie zdobywają wielu goli, potęgował przewidywania, że tutaj wszystko może się zakręcić wokół remisu. Świetnie potwierdziła to zwłaszcza pierwsza połowa. Owszem, jakieś sytuacje były, chociażby na początku, gdzie szansę na pierwszego gola zmarnował po jednej stronie Marcin Błoński, a po drugiej Mateusz Mierzwa, no ale ogólnie nie zapowiadało się tutaj, że nagle zobaczymy grad bramek. Ostatecznie po 20 minutach obydwaj golkiperzy nie musieli sięgać do siatki i kto wie, jak długo byśmy czekali, aż coś się w tym temacie zmieni, gdyby nie żółta kartka w 26. minucie dla Rafała Marchewki. Zawodnik JMP został odesłany na ławkę kar, a z rzutu wolnego podyktowanego właśnie po jego przewinieniu gola zanotował Marcin Błoński.
JMP musiało szybko wziąć się w garść, bo z każdą minutą nadzieje na zwycięstwo coraz mocniej się oddalały. W końcu przypomniał o sobie Adrian Wrona. W 33. minucie pokonał na raty Krzyśka Kunowskiego, a potem błąd w ekipie Geodezji popełnił Sebastian Ryński. Będąc w newralgicznym miejscu nie wybił piłki byle dalej, ta padła łupem Damiana Zalewskiego, który odegrał ją do Adriana Wrony i dosłownie w 60 sekund JMP odwróciło wynik spotkania. Geodeci udowodnili jednak, że oni też potrafią zanotować serię bramek w krótkim okresie. W 38. minucie Sergiusz Modzelewski wykorzystał okazję na 2:2, a lada moment pomyłkę zanotował Pedro Freire, który stracił piłkę przed polem karnym, co okazało się brzemienne w skutkach, bo Tomek Freyberg dosłownie za kilka sekund mógł cieszyć się z gola. Przegrywający byli już pod ścianą, a czasu było bardzo niewiele, aczkolwiek w jednej z kolejnych akcji mieli wyrównanie na wyciągnięcie ręki, lecz Krzysiek Kunowski dobrze odczytał zamiary Adriana Wrony. Manewr z lotnym bramkarzem w obozie JMP też nie przyniósł oczekiwanych efektów i tyle zostało z marzeń ekipy w granatowych koszulkach, by zbudować passę zwycięstw. Z przebiegu spotkania, niemal jak zwykle gdy mecz kończy się różnicą jednej bramki, można stwierdzić, że remis nie stanowiłby dla nikogo rozczarowania. To była potyczka ekip o bardzo zbliżonym poziomie, a w takich sytuacjach jak zwykle decyduje to, kto popełnił mniej błędów. Tak się stało, że to JMP w kluczowych momentach podejmowało gorsze decyzje i trzeba się było pogodzić z kolejną porażką. I trochę brakuje nam już słów, jak ich pocieszyć, bo to chyba najbardziej doświadczana przez pech ekipa na przestrzeni ostatnich sezonów. Geodetom należą się natomiast brawa, że mimo bardzo wąskiego gardła czasowego potrafili wyjść z opresji i odwrócić rezultat. W nagrodę pozostają w grze o podium, a utrzymaniem nie mają się już co przejmować.
Kwestie mistrzostwa w dużym stopniu pokpiła za to Mocna Ekipa. Jej mecz z Białowieską oczywiście nie zapowiadał się na spacerek, zwłaszcza pod nieobecność Mateusza Trąbińskiego, jednak mając już wiedzę, jak ta potyczka się układała, to naprawdę dużą sztuką było stracić tutaj dwa punkty. Od samego początku spotkania oglądaliśmy dość podobny obrazek, czyli duże posiadanie piłki po stronie faworytów, kontra zdyscyplinowana (czasami mniej, a czasami bardziej) defensywa Białowieskiej. Na pierwszego gola czekaliśmy do 7. minuty, bo to właśnie wtedy ze złego wybicia piłki Krzyśka Sonnenfelda skorzystał Mateusz Derlatka, podał do Łukasza Żaboklickiego i zrobiło się 1:0. Za chwilę, po akcji tego samego duetu mogło być 2:0, lecz golkiper oponentów zachował się bez zarzutu. A w 9. minucie kapitan przegrywających odkupił w całości winy za maczanie palców przy trafieniu dla konkurentów. Złapał on piłkę po jednej z akcji Mocnej Ekipy i dalekim wykopem umieścił ją w opuszczonej przez Łukasza Trąbińskiego świątyni. Dalsza część pierwszej połowy należała jednak do zawodników w czarnych koszulkach. W 10. minucie Białowieska, a konkretnie Kuba Bednarowicz, nie wykorzystała swojej okazji, a za chwilę Szymon Tomaszewski nabrał prędkości na własnej połowie i swój indywidualny rajd zakończył trafieniem na 2:1. A w końcówce tej części gry przewaga wynosiła już dwa gole. Fakt spłaszczonej defensywy przez Białowieską wykorzystał Łukasz Trąbiński, oddając mocny strzał, przy którym zasłonięty Krzysiek Sonnenfeld nie miał nic do powiedzenia.
Biorąc pod uwagę sposób, w jaki grały zespoły, to dwie bramki różnicy wydawały się bezpieczną różnicą z perspektywy faworytów. Wystarczyło mądrze rozegrać drugą połowę, no ale tego Mocnej Ekipie zabrakło. Do tej pory nie rozumiemy, dlaczego ta drużyna pchała się na połowę przeciwnika, zamiast spokojnie rozgrywać piłkę w okolicach własnego pola karnego. Rywal musiałby podejść, stworzyłyby się przestrzenie, które takim zawodnikom jak Mateusz Derlatka i Szymon Tomaszewski pozwoliłyby się rozpędzić i z impetem wejść w strefę rywala. Tymczasem faworyci wpychali się wręcz na graczy Białowieskiej, a granie według jednego schematu – zagrania do boku i strzału – nie przynosiło żadnego efektu. To była woda na młyn dla Białowieskiej, która dobrze się broniła, a dodatkowo potrafiła wykorzystywać swoje okazje. W 30. minucie Krzysiek Sonnenfeld, pomagający kolegom w rozegraniu, zrobił fajny balans ciała, zwiódł obrońcę, uderzył na bramkę, Łukasz Trąbiński odbił piłkę, a tam czekał na to Marcin Krucz i było tylko 3:2. A już trzy minuty później mieliśmy remis. Na listę strzelców wpisał się dawno nieoglądany u nas Michał Janiuk, który precyzyjnym strzałem zmusił do kolejnej kapitulacji golkipera Mocnej Ekipy. Obóz Michała Zimolużyńskiego próbował wrócić na prowadzenie, ale nie miał pomysłu, jak zabrać się do rozbrojenia zasieków obronnych przeciwnika i kto wie, czy właśnie nie pozbawił się szans na tytuł. Cztery punkty straty do Klimagu, nawet biorąc pod uwagę bezpośredni mecz z tym zespołem, to dużo. Zwłaszcza gdy dodamy do tego, że w ostatnich kolejkach ten zespół po prostu swoją grą nie przekonuje. To oczywiście nie umniejsza Białowieskiej, chociaż pewnie i oni spodziewali się, że ewentualne punkty będzie tutaj wyszarpać znacznie ciężej. A wystarczyło po prostu być solidnym i skutecznym. W obu tych aspektach ekipa Krzyśka Sonnenfelda spisała się na 5, dlatego tego remisu na pewno nie można nazwać przypadkowym.
Szczęście nie było też głównym elementem, dla którego Las Vegas pokonało Faludżę. Ekipa Grześka Dąbały zaczyna być postrachem faworytów i chyba nikt nie ma już złudzeń, że gdyby od początku grała takim składem jak obecnie, to kto wie, jak blisko Klimagu byłaby w tym momencie. Ale najważniejsze z ich perspektywy jest to, że oni nie odpuszczają, a we wtorek, mimo że grali bez Adama Wośka czy Damiana Ozygały, w sposób bardzo wyraźny rozprawili się z obozem Kamila Lubańskiego. Bohaterem tego spotkania był absolutnie Kuba Koszewski, który miał udział przy każdym trafieniu dla swojego zespołu i to właśnie on w 8. minucie zmienił wynik z 0:0 na 1:0, dobijając strzał Tomka Skonecznego. Za chwilę straty Faludży podwoiły się, gdy kontrę Parano wyprowadził Filip Pietrusiewicz, dograł do Kuby Koszewskiego, ten położył na ziemi Kubę Byśkiniewicza i reszty można się domyślić. Potem mieliśmy z kolei małą kontrowersję, bo dwa zagrania ręką w krótkim czasie w polu karnym zaliczył wspomniany Filip Pietrusiewicz, ale arbiter o rzucie karnym nawet nie chciał słyszeć. A dla graczy Faludży, którzy mieli problem ze stwarzaniem okazji, taki stały fragment gry mógłby okazać się wybawieniem. No ale nie dostali go, a w 18. minucie przegrywali już 0:3. Kuba Koszewski perfekcyjnie wymierzył podanie do Filipa Pietrusiewicza, a ten płaskim strzałem po dalszym słupku zmusił do kolejnej kapitulacji Marcina Komorowskiego.
To wszystko bardzo podrażniło Faludżę, która na drugą część meczu wyszła zdeterminowana. No i próbowała coś wykreować, zdobywała nawet gola, lecz sędzia po wcześniejszym zagraniu ręką Filipa Jesiotra nie uznał bramki. To walenie głową w mur trwało aż do 36. minuty, gdy Piotrek Ogiński zagrał z rzutu rożnego na nogę Maćka Świercza, a ten strzelił nie do obrony i na chwilę zapachniało emocjonującą końcówką. Lecz tylko na moment. Kuba Koszewski w 39. minucie zagrał do Sławka Lubelskiego, a ten wepchnął piłkę do bramki, a potem asystent przy poprzednim trafieniu sam dopełnił dzieła zniszczenia. To była naprawdę fachowa robota w wykonaniu Las Vegas. Totalnie zneutralizowali przeciwnika, u którego ciężko nawet kogokolwiek wyróżnić. To był mecz pod dyktando Parano, a w wielu pojedynkach ich fizyka odgrywała sporą rolę, bo łatwo wybijali graczy Faludży z uderzenia. I tak jak powiedzieliśmy na transmisji – można żałować, że Las Vegas nie dowiozło wygranej nad Klimagiem, bo to, jak dziś wyglądałaby tabela, to byłoby coś pięknego pod kątem emocji. Co do Faludży, to cóż – byli bezsilni. Widać, że mają problemy, gdy trafiają na kogoś zdyscyplinowanego. Ale i tak ich sytuacja pozostaje dobra, chociaż na horyzoncie pojawia się Mocna Ekipa. Jeśli z nimi wygrają, to medal będzie w zasięgu. Ale jeśli skończy się inaczej, to i marzenia o medalu w debiucie w 3. lidze trzeba będzie (raczej) odłożyć na półkę.
W tej samej materii skomplikowały się szanse Adrenaliny. Robert Świst na samo hasło „ferie” pewnie dostaje białej gorączki, bo od wielu sezonów właśnie w tym okresie jego ekipy mają największe problemy kadrowe i niestety nie inaczej było tym razem. Były lider tabeli przyjechał na starcie z Gencjaną bez zmian, bez nominalnego bramkarza i jak się dość szybko okazało – nie był tutaj w stanie nawiązać walki z Fioletowymi. A przeciwnicy, chociaż również mogli narzekać na osłabienia, przyjechali w solidnym zestawieniu i od razu zorientowali się, że mogą tutaj zdobyć ważne punkty w kontekście utrzymania. Zresztą już w pierwszej akcji, po rzucie rożnym, zdobyli gola na 1:0, potem autor poprzedniego trafienia, czyli Paweł Józwik, podwyższył na 2:0 i błyskawicznie postawiło to Adrenalinę pod ścianą. Ale tutaj nie było chyba nawet szans, że ten zespół podejmie rękawicę. Raczej chodziło o to, by dograć to spotkanie, uniknąć pogromu, kontuzji i nie oddać meczu całkowicie za darmo. Wynik do przerwy mówił zresztą wszystko, bo było już 0:6, a na domiar złego do rywali dojechał Evgenio Asinov. Na szczęście gracze Adrenaliny nie zwiesili głów. Robert Świst zdobył nawet pierwszego gola w drugiej połowie, a potem dorzucił jeszcze jednego przy stanie 1:8, lecz to było wszystko, na co było stać Adrenalinę w ofensywie. Z tyłu widać było zmęczenie, jakkolwiek chłopaki grali do końca i wynik 2:11 na pewno nie stanowi dla nich powodu do wstydu. W tym składzie personalnym robili, co mogli. Ale to musi być nauczka dla Roberta Śwista, by zawsze wpisać do składu kilka osób, z których właśnie pod czas ferii mógłby skorzystać. Na ten jeden raz. Gencjana świetnie wykorzystała zaistniałe okoliczności i trochę „wyżyła się”, mówiąc kolokwialnie, za ostatnie niepowodzenia. No i najważniejsze z jej perspektywy – wydostała się z ostatniego miejsca tabeli. Taki mecz jak ten może stanowić dla niej bardzo potrzebne przełamanie i stanowić podwaliny do wyprzedzenia jeszcze przynajmniej jednego przeciwnika.
Wygrana Gencjany to był sygnał dla Szmulek, że jeśli nie pokuszą się o sensację z Klimagiem, spadną na samo dno ligowej hierarchii. No ale czy faktycznie można to było w ogóle zakładać, skoro zespół z warszawskiej Pragi przyjechał bez swojego kapitana, Kuby Kaczmarka, a ich rywal to aktualny lider tabeli z perspektywą na powiększenie przewagi nad peletonem? My się tutaj na cuda nie nastawialiśmy, chociaż początek był nawet obiecujący dla Szmulek. Szybko bowiem odpowiedzieli na gola Bartka Karpińskiego, którego stracili już w 2. minucie, i doprowadzili do remisu za sprawą Borysa Sułka. Jednak z biegiem czasu przewaga faworytów zaczęła rosnąć i w 6. minucie Klimag znów był o gola z przodu, tym razem po ładnej akcji, gdzie ostatnim ogniwem był Mateusz Kowalczyk. Najgorsze dla przegrywających miało jednak dopiero nadejść, bo w końcówce pierwszej połowy najpierw wbili sobie samobója, a potem za łatwo dopuścili do strzału Bartka Karpińskiego i było już 4:1.
Druga odsłona miała więc być tylko formalnością, chociaż kto wie – może byłaby ciekawsza, gdyby w 24. minucie Artur Wydra wygrał pojedynek z pustą bramką po zagraniu Krystiana Rzeszotka. Kolega z drużyny już się cieszył z asysty, lecz Artur nie zmieścił piłki w siatce. Rozkręcił się za to – tyle że po drugiej stronie boiska – Piotrek Bergiel. To on rozpoczął strzelanie w finałowej części spotkania, potem gola dorzucił jeszcze Arek Stępień i jeśli Szmulki miały na cokolwiek nadzieję, to musiały ją definitywnie porzucić. Stać je było jeszcze na jednego gola z rzutu karnego, ale potem przyjęły jeszcze dwa ciosy i w meczu trochę bez historii przegrały 2:8. Takiego spotkania się spodziewaliśmy i takie dostaliśmy. Bez Kuby Kaczmarka czy Igora Szyjkowskiego nie było perspektyw, by doprowadzić do sytuacji, że przeciwnik realnie zacząłby się tutaj bać o zwycięstwo. Szmulki nie powinny jednak z tego tytułu rozpaczać, bo tutaj należało założyć porażkę i po prostu trzeba koncentrować się już na następnych spotkaniach. Z kolei Klimag nie dość, że w niezłym stylu zrobił swoje, to dzięki innym wynikom ma już 4 punkty przewagi nad drugim miejscem! Biorąc pod uwagę, że oni sezon zaczęli od porażki, pewnie nikt nie dałby za taki scenariusz złamanego grosza. A ich wcale nie będzie łatwo zatrzymać, bo jak tak popatrzymy na te wszystkie nazwiska, choćby z podstawowego składu, to to jest naprawdę mocna ekipa. I ewentualne wygranie przez nich trzeciej ligi to nie będzie już wielka sensacja, tylko coś, na co wszystko zaczyna powoli wskazywać.
Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.