fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 6.kolejki 2.ligi!

1 lutego 2026, 11:19  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

W tym sezonie 2. ligi wydawało się, że nic ciekawego już się nie wydarzy. Ale wtedy do roboty wziął się Everest.

Za kilka akapitów przejdziemy do kolejnej niespodzianki, jaką sprawiła ekipa Yosifa Manuchariana, ale wpierw zobaczmy, co działo się w potyczce Tuby Juniors z Gato FS. Ci pierwsi mieli tego dnia ogromne problemy frekwencyjne, ale ostatecznie dojechali na mecz, chociaż nie mieli ani rezerwowych, ani nominalnego bramkarza. Tzn. mogliby go mieć, gdyby między słupkami stanął Kacper Winiarek, jednak Piotrek Długołęcki wolał go zastąpić, bo sam zmaga się z drobnym urazem. Dla Gato to była więc wymarzona okazja, by wypunktować osłabionego przeciwnika i choć Andrii Rosinski nie mógł skorzystać z usług Yaroslava Burlachenki, to fakt, że posiadał dwie czwórki do gry, powodował, że tutaj nie wolno było wypuścić okazji z rąk. No ale jak się okazało, to zadanie o mało nie przerosło drużyny z Ukrainy. Inna sprawa, że tempo gry, jakie prezentuje Gato, bardzo pasowało Tubie, bo przeciwnicy nie słyną z narzucania wysokiej intensywności, dzięki czemu Tubiarze w wielu fragmentach spotkania mogli trochę poodpoczywać i wycyrklować energię na całe spotkanie. Oczywiście głównie się bronili, ale choćby w 8. minucie mogli objąć prowadzenie, lecz Mateusz Nowaczyński dał się dogonić Ivanovi Hulinowi i nie wykorzystał okazji na 1:0. Do przerwy było 0:0, a po niej wciąż czekaliśmy, czy Gato zdoła zdobyć gola, który prawdopodobnie da zwycięstwo.

Tak się jednak złożyło, że najlepszą okazję w pierwszych minutach finałowej odsłony mieli gracze z Rembertowa. Szymon Gołębiewski świetnie zagrał do Igora Chwedoruka, a ten był w sytuacji sam na sam z Volodymyrem Chumakiem i gdyby strzelił bramkę, to kto wie, co byłoby dalej, ale jego próbę bramkarz rywali obronił. A za chwilę zrobiło się 0:1 z perspektywy Tuby. Andrei Fatuyeu uratował piłkę uciekającą za linię końcową, dograł do Siarheia Zhukouskiego, a ten odnalazł Oleksiego Myronenkę i Gato wreszcie osiągnęło swój cel. A za chwilę podwyższyło na 2:0, gdy stratę Mateusza Nowaczyńskiego i brak między słupkami Piotrka Długołęckiego wykorzystał Dmytro Żarik. Tuba próbowała jeszcze jakoś się odgryźć, lecz bezskutecznie i skończyła nie tylko z porażką, ale nawet bez gola, na którego jednak zasłużyła. Wydaje nam się, że Juniorzy po meczu powiedzieli sobie, że nawet w tych okolicznościach to oni powinni ten mecz wygrać, a choćby z jednym rezerwowym to w ogóle nie byłoby z tym problemu. Cóż, tego się nie dowiemy, ale faktem jest, że jak na okoliczności, to niewiele zabrakło do szczęścia. Gato ten mecz po prostu przepchnęło, bo nie uwierzymy, jeśli Andrii Rosinski powie nam, że oni po prostu grali na zmęczenie rywala i wiedzieli, że w końcu coś ustrzelą. No ale ok - na końcu liczy się zwycięstwo, zwłaszcza że dzięki niemu ekipa z Ukrainy wreszcie trochę odskoczyła od strefy spadkowej. Tym samym dość mocno oddaliła od siebie perspektywę, która wcale nie wydawała się taka odległa, czyli drugiego spadku z rzędu. Wszystko wskazuje na to, że do tego już raczej nie dojdzie.

Na dobrej drodze do 3. ligi jest za to Goat Life Sport. Chłopaki właśnie doznali upokarzającej klęski z Ferajną United, a więc zespołem, z którym w teorii mieli się bić o jedno z miejsc nad kreską. Jak do tego doszło? Otóż nie było to spowodowane wielkimi nieobecnościami w obozie Kamila Kozłowskiego - owszem, nie było nominalnego bramkarza czy też Karola Anklewicza, ale pozostali kluczowi gracze dojechali. Po stronie Ferajny skład też mógłby być lepszy, nie było choćby ich kapitana, Damiana Białka, no ale determinacja po stronie tego zespołu zdawała się być zdecydowanie większa. Na początku tej różnicy nie było jednak widać. Co prawda to Ferajna wyszła na prowadzenie po trafieniu Alana Krupy, lecz Goatsi mogli szybko odpowiedzieć, bo w jednej akcji mieli słupek Sebastiana Sasina, a potem z dobitki gola powinien zdobyć Wiktor Wiśniewski, lecz ostatecznie został zablokowany. To miało podwójne konsekwencje, bo zaraz na 2:0 podwyższył Alan Krupa, potem na 3:0 Tomek Sroka i mecz zaczął się Goatsom totalnie wymykać. Co gorsza - mnożyło się coraz więcej prostych błędów, ułatwiających rywalom zdobywanie trafień. W pewnym momencie było już 6:0 i dopiero przy tym stanie, w 18. minucie, trafienie dla graczy w czarnych strojach zanotował Damian Wawryło. I to rozpoczęło trochę lepszy okres gry dla tej ekipy. Nie tylko udało im się nie stracić gola na przestrzeni 10 minut, ale nawet zdobyć kolejnego. Być może odżyła nawet jakaś minimalna nadzieja na comeback, no ale to, co zadziało się potem, trzeba nazwać po imieniu - to była kompromitacja.

Rywal zaczęli robić na boisku, co chcieli, a Goatsi stali i patrzyli, jak z meczu, który nie zapowiadał się na pogrom, nagle różnica zaczyna wynosić kilkanaście trafień. Spotkanie zaczęło przypominać podwórkowe granie, gdzie jednym jeszcze się chciało, a drudzy myślami byli już w domu przy ciepłym obiedzie. Końcowy wynik, czyli 16:3, mówi wszystko. Paweł Głuszek, zawsze trzeźwo oceniający sytuację, stwierdził dzień później, że było mu wstyd. Ktoś powie, że to tylko piłka, a wstydem to jest kraść. Rozumiemy jednak jego rozgoryczenie, bo organizujesz sobie czas, ktoś to ogląda, a potem robisz z siebie małe pośmiewisko. Tym samym trudno nam współczuć tej ekipie i jej pozycji w tabeli. Wierzymy jednak, że w następnym meczu zrobią wszystko, by tę plamę zmazać. Co do Ferajny - byli tutaj bezlitośni. I nie mamy z tym problemu, bo jeśli nadarzyła się okazja, by trochę postrzelać, to grzechem było nie skorzystać. W dodatku te trzy punkty stanowią ugruntowanie ich pozycji w środku tabeli i pewnie nawet gdzieś tam może się pojawić nadzieja, że przy dobrych wiatrach jest jakaś szansa na coś więcej. Teraz na takie myślenie chyba jest jeszcze za wcześnie, ale gdyby za tydzień wygrali z Warsaw Fire, to kto wie, do czego to jeszcze może ich doprowadzić.

A teraz przechodzimy do hitu 6. kolejki, jakim niewątpliwie była potyczka FSK Kolos z Everestem. Przed tym spotkaniem nie mieliśmy żadnego kontaktu z kapitanem nominalnych gości i nie wiedzieliśmy, jakim składem Everest zjawi się na parkiecie. Z kolei po stronie Kolosa osłabienia były jeszcze większe niż zwykle. Do Olka Grabowskiego, Pawła Paduka i Ivana Pastukha dołączył Volodymyr Grabowski, co powodowało, że w sumie jedynym zawodnikiem z podstawowego składu był tutaj Nazar Rusiak. Zastanawialiśmy się, czy to nie będzie za mało na zdyscyplinowaną drużynę przeciwników. Jak te obawy skonfrontowały się z rzeczywistością? Tak jak można się było spodziewać, był to mecz drużyn, które miały do siebie sporo wzajemnego szacunku. Okazji było niewiele i tym większego znaczenia nabierał pierwszy gol. A padł on w 12. minucie, gdy Ruslan Khudyk, który dopiero chwilę wcześniej pojawił się na parkiecie, wykorzystał podanie od Nazara Rusiaka i ładnym strzałem otworzył wynik. A gdy chwilę później czerwoną kartkę za dwie żółte obejrzał lider Everestu, Vladyslav Burda, pomyśleliśmy, że jest po meczu. Nie dość, że rywale stracili kluczowego gracza, to jeszcze Kolos miał do dyspozycji 5 minut bezwzględnej przewagi. No ale mimo że miał okazje, to nie zamienił ich na gola na 2:0, co spotkało się z karą. W 18. minucie Ruslan Khudyk stracił piłkę, a skorzystał z tego Illia Shemanuev i Everest wyraźnie odzyskał wigor. Było to widać w drugiej połowie, gdzie w ich zachowaniach widzieliśmy większą pewność, natomiast w Kolosie wszystkie oczy były skierowane na Nazara Rusiaka, który robił, co mógł, ale nie miał wsparcia ze strony kolegów.

W 25. minucie faworyci mogli jednak wyjść na prowadzenie, lecz sytuacji sam na sam nie wykorzystał Andrii Pavelko. A w 31. minucie to Everest miał bramkę zapasu. Dawno nieoglądany w NLH Bogdan Merzlikin odnalazł Valentyna Khomenkę, a ten uderzył z woleja pod poprzeczkę i na parkiecie uniósł się zapach niespodzianki. W sukurs Kolosowi przyszła żółta kartka dla Stepana Yanuchoka, ale nawet tego gracze w zielonych strojach nie byli w stanie wykorzystać. W dodatku rozkręcił się bramkarz rywali, Yevhenii Lavrynenko, który bronił wszystko. Jego interwencje, w połączeniu z heroiczną postawą w defensywie, poskutkowały tym, że Everest dowiózł prowadzenie do samego końca i tym samym, po pokonaniu Ternovitsii, ograł kolejnego faworyta do mistrzowskiego tytułu! Czy to oznacza, że sam się nim stał? Bardzo możliwe, ale bez względu na to, jak to się skończy, za jedno możemy mu już podziękować. Bo te dwie wygrane namieszały w tabeli i to, co wydawało się oczywistością, nagle stało się zagadką. Mimo porażki Kolos pozostał na szczycie ligowej tabeli i nadal najbliżej mu do tego, by na tej pozycji zakończyć. Nie jest mu łatwo, grając bez tylu ważnych graczy, a teraz jego pewność siebie została dodatkowo podkopana. Jak na to zareaguje? Odpowiedź już w środę, gdy jego rywalem będzie... Ternovitsia.

W poniedziałkowej transmisji zastanawialiśmy się, kto zasłużył na miano „frajera sezonu”. Od razu podkreślamy - używamy tego słowa wyłącznie w sportowym, umownym sensie. Chodzi o zespół, który zaliczył największą wpadkę tej edycji: długo prowadził, był o krok od sukcesu, ale ostatecznie wyłożył się na metr przed toaletą. Kandydatów jest sporo: Lema Logistic, Semola, Las Vegas Parano, które przecież prowadziło już 6:2 z Klimagiem, a i tak przegrało, natomiast w środę pojawił się na horyzoncie nowy gracz. To Warsaw Frajers Fire, które rywalizowało z Góralami. Góralami dość przetrzebionymi, bez wielu ważnych graczy, ale oczywiście wciąż groźnymi. Widać było jednak od samego początku, że zespół nieobecnego zresztą Marcina Lacha jest tego dnia spokojnie do ugryzienia i Strażacy również bardzo szybko wyszli z podobnego założenia, bo prowadzili tutaj praktycznie od początku do samego końca. W pierwszej połowie był nawet moment, gdzie różnica wynosiła trzy gole. Było to dokładnie w 20. minucie, gdy gola zdobył Tomek Janus, lecz dość szybko odpowiedział Wojtek Wocial. Druga połowa? Praktycznie identyczna. Zaczęło się od bramki Łukasza Kaczmarczyka na 6:3, w 30. minucie dystans lekko zmniejszył Rafał Sosnowski, jednak defensywa Górali praktycznie nie istniała i tak naprawdę żyła z tego, co zmarnuje przeciwnik. W większości przypadków po stronie faworytów i tak do obrony wracała tylko połowa zawodników, bo reszta czekała tylko, że kolegom uda się zaliczyć jakiś przechwyt i wtedy pójdzie akcja w drugą stronę. Strażacy wykorzystywali powiedzmy co drugą swoją okazję, bo np w 34. minucie na 7:4 podwyższył Tomek Janus, a za chwilę ten sam zawodnik miał szansę, by zdobyć gola na pustą bramkę, ale nie wcelował między słupki. Wydaje nam się, że nawet Górale już wtedy nie za bardzo wierzyli, że oni to wszystko odrobią. Biorąc pod uwagę jakie ryzyko podejmowali, musiałby się wydarzyć cud, żeby nagle stali się kandydatami do jakichkolwiek punktów. No ale nie poddawali się i powoli zaczęli dochodzić konkretów. W 36. minucie Daniel Dylewski zdobył gola na 5:7, potem Łukasz Budryk dołożył kolejnego i grunt lekko zaczął się palić pod Strażakami. W 39. minucie mogli jednak to spotkanie "zabić", lecz Andrzej Gruba trafił w słupek.

Nad Góralami czuwała opatrzność i lada moment stało się coś, na co się tutaj kompletnie nie zapowiadało, bo Wojtek Wocial odegrał do Daniela Dylewskiego, a ten doprowadził do remisu! Ekipa Marcina Lacha poczuła wtedy krew i wyszła z założenia, że na jednym punkcie wcale nie musi się kończyć. A pomógł im w tym chyba jedyny błąd, jaki w tym meczu popełnił Szymon Bielański. Zagranie golkipera Warsaw Fire zablokował Łukasz Budryk, dograł do Daniela Dylewskiego, a ten wypatrzył Wojtka Wociala i Strażacy już wiedzieli, że za chwilę doświadczą jednej z najgorszych porażek w NLH na pewno, a może i dalej. Próbowali jeszcze coś zdziałać i nawet doprowadzili Tomka Janusa do sytuacji strzeleckiej, ale mimo że ten zdobył gola, to jego strzał został oddany po tym, jak wybrzmiała syrena, co oznaczało, że nie mógł być zaliczony. To niejako stanowiło podsumowanie tej potyczki. Górale nawet w tej ostatniej akcji nie potrafili ustawić defensywy, mimo że chyba pierwszy raz w meczu cała czwórka zawodników z pola stała na własnej połowie. Nie bójmy się tego określenia - oni w środę "mieli więcej szczęścia niż rozumu" ;) Natomiast trzeba im oddać, że chyba w żadnym momencie spotkania nie przestali wierzyć, nawet wtedy, gdy logika i przebieg spotkania mówiły jasno, że już dawno powinno być po wszystkim. Z kolei graczy Warsaw Fire chyba już kopać nie będziemy. Tym bardziej że jak widać w tabeli, konsekwencje tego, co się tutaj wydarzyło, mogą być znacznie dalej idące…

Coś złego dzieje się też z Ternovitsią. Dwa tygodnie temu przegrali z Everestem, potem zaliczyli kiepski występ w Pucharze Ligi i to wszystko skłaniało nas do refleksji, że oni mogą mieć spore problemy w konfrontacji z Setą. A byliśmy tego niemal pewni, gdy zobaczyliśmy, jakim składem przyjechała ekipa z Ukrainy. Tylko na trybunach siedział ich najlepszy zawodnik i strzelec, Volodymyr Hrydovyi, a nie było też ani Dmytro Solomiichuka, Vitalija Yakovenki, Maksa Kondarevycha czy Vlada Voronova. Tym samym szanse na wygraną Sety znacznie się zwiększyły, chociaż po tym zespole czasami sami nie wiemy, czego można się spodziewać. Przecież całkiem niedawno wróżyliśmy im dobry mecz z Kolosem, a oni przegrali go, nie mając wiele do powiedzenia, więc należało podejść do ich potencjalnej wygranej bardzo ostrożnie. No ale już pierwsza część spotkania pokazała, że tutaj nikt nie wyrobi sobie kilkubramkowej przewagi i nie będzie mógł w spokoju oczekiwać końcowego gwizdka. Wręcz przeciwnie - prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie. Najpierw Seta, potem Ternovitsia, potem znowu dwa gole Sety i na koniec premierowej połowy znowu odwrócenie losów spotkania o 180 stopni, bo dwie akcje braci Romanovskich spowodowały, że to Roman Shulzhenko i spółka schodzili na przerwę minimalnie prowadząc. A gdy po niej na 5:3 podwyższył Mykhailo Hrydovyi, to zdawało nam się, że Seta może mieć problem, by znaleźć ripostę. Spotkało nas jednak coś zupełnie odwrotnego.

Ternovitsia cofnęła się na własną połowę, gdzie jednak nie potrafiła odciąć od strzałów Patryka Sadurka. A ten dwukrotnie pozwolił sobie na uderzenia z dalszej odległości i zrobił się remis. Zarówno przy ostatnim z nich, jak i przy kolejnym, autorstwa Mateusza Misztalewskiego, nie popisał się Danylo Artemenko. Niby miał piłkę na palcach, ale ta przełamywała mu dłonie i z wyniku 5:3 zrobiło się 5:6. Potem doskonałej okazji na remis nie wykorzystał Ruslan Romanovskyi i to był kolejny element, który stał się fundamentem porażki Ternovitsii. Zaraz skarcił ich Czarek Zaboklicki, co wymusiło na przegrywających grę z lotnym bramkarzem. No ale to nie był dzień zawodników, którzy tego wieczora wchodzili między słupki bramki zespołu z Ukrainy. Roman Shulzhenko, który zmienił Danylo Artemenkę, nie popisał się w 36. minucie i po jego stracie Seta miała już trzy gole przewagi. I poszła za ciosem, widząc, że rywale mieli już chyba tego spotkania dość. Łatwe gole, sprokurowane brakiem defensywy w Ternovitsii, spowodowały, że skończyło się tutaj na dwucyfrówce, a końcowy rezultat brzmiał 11:6. Ale to nie jest żadne zaskoczenie. Ternovitsia zawsze słynęła z solidnej defensywy, a teraz coraz częściej bierze udział w wymianie ciosów, która w konfrontacji z dobrze usposobionym ofensywnie zespołem Sety przyniosła opłakane skutki. Nie pomagają też braki w postaci poszczególnych zawodników, bo tutaj zawsze każda ich akcja przechodziła przez Volodymyra Hrydovyia, a bez niego nie było komu poukładać gry od obrony. To wszystko powoduje, że za tydzień w środę z Kolosem, w meczu, którego stawką miało być mistrzostwo, oni będą grali o to, żeby nie wypaść z walki o medale. Niesamowite. Co do Sety, to ona dobrze wykorzystała zaistniałe okoliczności. Klasą dla siebie był Patryk Sadurek, ale i inni dołożyli cegiełkę do tego wyniku. Tym samym przełamanie serii porażek z ukraińskimi zespołami wreszcie stało się faktem. Daniel Balon w końcu może spać spokojnie.

Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: