fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 6.kolejki 1.ligi!
Poznaliśmy trzy drużyny, które zagwarantowały sobie grę w top 4 1. ligi w tym sezonie. O medale nie powalczy za to Gold-Dent.
Marzenia, jeśli chodzi o walkę o podium, musiały też porzucić Łabędzie na Detoxie. Ale czy ktoś jest zaskoczony? No chyba nie. Podopieczni Maćka Pietrzyka, żeby podtrzymać nadzieje na grę o najwyższe cele, musieli wygrać z AbyDoPrzodu, a więc rywalem, który nigdy im specjalnie nie leżał. I być może byłoby łatwiej, gdyby przeciwnik miał już zagwarantowany udział w top 4, no ale tak się złożyło, że zespół z Duczek również rywalizował o przedłużenie tychże nadziei. Nie mógł się tutaj potknąć i tylko przez pierwsze dwie minuty mogło się wydawać, że będzie miał w tej kwestii jakiekolwiek problemy. Tak się bowiem złożyło, że po naprawdę ładnej akcji to Łabędzie zdobyły pierwszego gola, a konkretnie Damian Parys po asyście Kuby Piotrzkowicza. Co było dalej? Otóż jeszcze przed upływem 10. minuty AbyDoPrzodu odrobiło straty z nawiązką, wychodząc ze stanu 0:1 do 5:1. Królami polowania byli w tym okresie głównie dwaj zawodnicy: Kamil Kłopotowski, który zanotował klasycznego hat-tricka, oraz Irek Zygartowicz, autor trzech asyst. Z perspektywy Łabędzi najgorsze było to, że poza pierwszym trafieniem „Kłopota”, gdzie rywal popisał się naprawdę pięknym uderzeniem w okienko, pozostałe gole oddawali zdecydowanie za łatwo. I stało się jasne, że oni jedyne, o co tutaj mogą powalczyć, to honorowa porażka.
Do przerwy wychodziło im to średnio, bo ta odsłona skończyła się wynikiem 9:3, natomiast w drugiej był moment, gdzie gracze w białych strojach doszli swojego oponenta na odległość czterech trafień. Jednak naiwnym byłoby myśleć, że to może jakkolwiek zestresować faworytów. Tak też się nie stało - dwukrotni mistrzowie NLH dobrze kontrolowali dystans i ostatecznie, po meczu bez wielkiej historii, wygrali 12:7. Co to oznacza? Wyniki tak się poukładały, że AbyDoPrzodu wciąż nie jest pewne tego, czy zagra w czołowej czwórce. Do tego będą potrzebowali przynajmniej remisu w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego z AGD Marking. Czeka więc ich spore wyzwanie. Łabędzie natomiast powalczą maksymalnie o piątą pozycję. Na to się zapowiadało od początku sezonu i nawet dwie wygrane, które odnieśli, niczego tutaj nie zmieniły, bo oni po prostu wykorzystywali okoliczności, natomiast gdy trzeba było udowodnić coś z przeciwnikiem, który nie miał problemów kadrowych - np. tak jak w ostatni czwartek - to niestety nic wielkiego nie pokazali. O niedosycie nie może więc być mowy.
Żalu nie mamy również w kontekście Kartonatu. Oni niby też mieli matematyczne szanse na top 4, ale to była tylko iluzja i to z wielu powodów. Pierwszy był taki, że musieli tutaj pokonać Wesołą, a więc aktualnego mistrza, wciąż niepewnego swojej sytuacji. A po drugie - na meczu zjawili się w czterech i tak grali przez pierwsze dziesięć minut spotkania. Wesoła też nie zachwyciła frekwencją, nie miała zmienników, jednak piłkarsko była po prostu kilka klas wyżej i urządziła przeciwnikom sieczkę. Wynik 20:3 sam się tłumaczy. Szkoda nam było tych zawodników Kartonatu, którzy tutaj przyjechali i walczyli. Choćby Maćka Włodygi - kontuzjowanego, ale którego Wojtek Kuciak uprosił, żeby chociaż stanął na bramce. To nie była ich wina, że tak to się skończyło, natomiast to pokazuje, że Kartonat ma jeszcze mnóstwo do zrobienia pod względem organizacyjnym, bo takie sytuacje są nie do pomyślenia. Wiadomo - są ferie, choroby - lecz takie rzeczy trzeba zakładać wcześniej i budować skład również z myślą o takich okolicznościach. Bo gdyby oni mieli więcej osób, takich, na które zawsze można liczyć, to przecież z tak osłabioną Wesołą spokojnie mogli powalczyć nawet o zwycięstwo. No właśnie - urzędujący mistrz miał tutaj furę szczęścia, że w tak ważnym dla siebie spotkaniu trafił na tak zdziesiątkowanego oponenta. Bo przecież z każdym innym przeciwnikiem to byłaby prawdopodobnie walka na całego o zachowanie szans na grę w top 4. I chociaż zwyciestwo było ważne, to oni dobrze wiedzą, że tutaj wiele musi się zmienić, jeśli chcą powalczyć o drugi tytuł z rzędu. Na ten moment ich sytuacja jest taka, że dzięki świetnemu bilansowi bramkowemu nie ma szans, by wypadli poza czwarte miejsce. Cel został więc osiągnięty - i to nawet kolejkę przed limitem - a teraz zostaje mecz z Al-Marem, który zdecyduje, na którym miejscu skończą fazę zasadniczą. I jesteśmy bardzo ciekawi, jak oni do tego spotkania podejdą, bo już od kilku kolejek można odnieść wrażenie, że oni chcieli w top 4 po prostu się znaleźć, a z kim przyjdzie im grać w play-offach, to już nieważne. Ciekawe, czy w czwartek coś się w tym nastawieniu zmieni.
Skoro Łabędzi i Kartonatu nie żałowaliśmy, jeśli chodzi o brak awansu do czołowej czwórki, to zupełnie inaczej sytuacja wygląda z Gold-Dentem. Oczywiście nie jest tak, że oni w naszej ocenie na pewno powinni się tam znaleźć, ale bezdyskusyjnie wciąż powinni mieć na to szansę. Niestety porażka na własne życzenie z Łabędziami spowodowała, że byli pod ścianą, a gdy dowiedzieliśmy się, że przeciwko Burgerom Nocą zagrają bez Przemka Tucina, to domyślaliśmy się, jak to się wszystko skończy. Co prawda reszta kluczowych zawodników - nie licząc Krystiana Gałązki - dojechała, jednak wiemy, że Przemek to ostoja defensywy Dentystów i gość, który zarządza wieloma rzeczami już z perspektywy parkietu. Chłopaki pewnie chcieli mu zrobić prezent i wygrać, albo przynajmniej zremisować, ale to się niestety nie udało. Początek był jeszcze obiecujący i to z dwóch powodów. Pierwszy: w obozie rywali wielu zawodników awizowanych w składzie spóźniło się. Drugi: to Gold-Dent zdobył pierwszego gola w spotkaniu, a konkretnie Michał Antol. No ale jak się później okazało, to było pierwsze i zarazem ostatnie prowadzenie ekipy z Wołomina. Z czasem - głównie wtedy, gdy po stronie Burgerów zaczęli się pojawiać kolejni kluczowi gracze - ekipa Mateusza Grochowskiego miała więcej z gry i jeszcze przed przerwą odwróciła wynik. Najpierw „pomógł” im Wojtek Saulewicz i jego trafienie samobójcze, a potem po kontrze gola zdobył Patryk Kamiński.
A jak to wyglądało w drugiej połowie? Biorąc pod uwagę, że w pewnym momencie zespół w czarnych trykotach prowadził już 4:2, tego nie dało się wypuścić. Ale Burgery nie grały na tyle przekonująco, by sądzić, że coś z ich perspektywy nie może się tutaj „wysadzić”. I tak też się stało. Gold-Dent ciągle wierzył, że można powalczyć o dobry wynik i jak pomyślał, tak zrobił. W 32. minucie Damian Zajdowski zanotował bramkę kontaktową, potem Michał Antol nie zdobył co prawda gola w stuprocentowych okolicznościach, ale szybko poszło to w niepamięć, gdy Wojtek Saulewicz wyrównał, a lada moment miał nawet szansę, by wyprowadzić Dentystów na prowadzenie! Burgery przysnęły, ale tak jak mają w zwyczaju, równie niespodziewanie i błyskawicznie pozbawiły przeciwników nadziei na choćby punkt. Przemek Tucin wyliczył później, że trzy gole, jakie „Mięsożerni” zdobyli tutaj z rzędu, padły w odstępie… 47 sekund. Nieprawdopodobne. Najpierw bramkę zdobył Piotrek Bober, potem błąd Łukasza Kaczmarczyka wykorzystał Mateusz Muszyński, a dzieła zniszczenia dopełnił Tomek Terpiłowski. Dentyści zdołali na to odpowiedzieć tylko jednym golem i w ten sposób skazali się na grę o miejsca 5–8. I tak jak napisaliśmy na wstępie - trochę nam ich szkoda, bo to, co prezentują w tym sezonie, powinno wystarczyć chociaż do tego, by w ostatniej kolejce mieli jeszcze o co walczyć. A tak zagrają z Kartonatem praktycznie o pietruszkę. Burgery Nocą przyklepały natomiast grę w fazie mistrzowskiej, jednak jeśli mamy być szczerzy, to chyba będą tam dla pozostałych ekip najbardziej „smakowitym kąskiem”. Tak się przynajmniej wydaje, że większość zespołów z top 4 chciałaby trafić właśnie na nich. Być może po tych słowach będą nam chcieli coś udowodnić, no ale taka jest nasza chłodna ocena tego, co pokazali na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy.
A o co szła walka w ostatniej, czwartkowej potyczce? Al-Mar, biorąc pod uwagę wyniki, jakie tego dnia padały, był już pewny, że nikt i nic nie odbierze mu rywalizacji o medale. A co z AGD Marking? Tutaj sytuacja była bardziej skomplikowana, chociaż gdyby się uważniej przyjrzeć ligowej hierarchii, to nawet gdyby zespół z Radzymina przegrał z Al-Marem, zachowywał matematyczne szanse na grę w top 4. Remis był z kolei gwarancją, że w ostatnim meczu z AbyDoPrzodu powalczą o ostatni bilet do „grupy mistrzowskiej”. Determinacja po stronie AGD była spora, co pokazywał skład - szeroki i taki, w którym nie brakowało nikogo z graczy, którzy znaczą tutaj najwięcej. Marcin Rychta takiego komfortu nie miał, bo musiał sobie radzić choćby bez Rafała Polakowskiego, Damiana Wasia czy Dominika Ołdaka. Mimo to pozostawał lekkim faworytem, aczkolwiek było jasne, że to będzie bardzo wyrównana potyczka. I do tego stopnia, że pierwsze dwie bramki, jakie tutaj zobaczyliśmy, padły dopiero w ostatniej minucie pierwszej połowy! Najpierw kontrę AGD wykończył Kuba Skotnicki, a dosłownie chwilę później wątpliwej jakości strzał Mateusza Adamskiego przepuścił Szymon Knap.
W drugiej odsłonie wszystko zaczynało się więc od nowa i również tutaj doświadczaliśmy bardzo zażartej walki o każdy centymetr parkietu. Sytuacja odwróciła się jednak o tyle, że to zespół z Wołomina wyszedł tym razem na prowadzenie, lecz w 27. minucie do wyrównania strzałem z ostrego kąta doprowadził Adam Andrzejczak. A później było jeszcze ciekawiej. W 33. minucie Mateusz Adamski nie po raz pierwszy w Nocnej Lidze przegrał pojedynek z pustą bramką, ale gracze Al-Maru szybko o tym zapomnieli, bo 120 sekund później czerwoną kartkę za faul taktyczny zobaczył Adam Andrzejczak. To była gigantyczna strata dla AGD, bo nie dość, że praktycznie do samego końca spotkania musieli grać o jednego mniej, to Adam był ich głównym ofensywnym orężem. Jednak AGD wyglądało, jakby się tym wszystkim nie przejęło i minutę później wyszło na prowadzenie! Ogromna w tym zasługa Maćka Roguskiego, który wyłożył piłkę Marcinowi Jadczakowi, a ten dopełnił formalności. Al-Mar mógł być trochę oszołomiony tym, co się stało, lecz zareagował na to idealnie. W jednej z kolejnych akcji do remisu doprowadził Damian Bąk, a potem Marcin Rychta wykorzystał fakt, że miał sporo czasu w polu karnym i strzelił nie do obrony.
Temperatura w Markingu trochę ostygła, a w 39. minucie powinno być po wszystkim, lecz Mateusz Adamski znów przegrał pojedynek z pustą bramką, a ten gol zakończyłby tak naprawdę ten mecz. Brak trafienia rozpoczął efekt domina, który nie skończył się dla faworytów dobrze. Lada moment żółtą kartkę zobaczył Damian Bąk, a ponieważ siły zdążyły się chwilę wcześniej wyrównać, to ostatnich kilka sekund AGD miało przewagę zawodnika. I wykorzystało to po profesorsku! Akcję rozpoczął z rzutu wolnego Maciek Roguski, zagrał do Marcina Jadczaka, a w polu karnym Al-Maru dość nieoczekiwanie czekał już bramkarz ekipy z Radzymina, Szymon Knap, który dołożył nogę i w taki oto sposób ta potyczka zakończyła się podziałem punktów. I chyba zasłużonym, aczkolwiek liderzy tabeli mogą sobie pluć w brodę, bo Mateusz Adamski miał na nodze piłkę wartą trzy punkty. To może, ale nie musi mieć konsekwencji, bo to tylko i aż wpłynie na miejsce, które Al-Mar zajmie przed fazą finałową. Tak byłby pewny przynajmniej drugiej lokaty, a teraz może skończyć nawet na trzeciej. O tym, czy to będzie miało jakiekolwiek znaczenie, przekonamy się wkrótce. Co do AGD - tak jak zdążyliśmy już wcześniej napisać - u nich wszystko rozstrzygnie się w potyczce z AbyDoPrzodu. Minus jest taki, że będą musieli sobie radzić bez Adama Andrzejczaka, ale plus, że w ogóle są jeszcze w grze. A że o ich motywację zawsze jesteśmy spokojni, to już teraz nie możemy się doczekać tej potyczki. Jedna z ekip z dużymi ambicji zostanie bowiem z niczym.
Retransmisję wszystkich spotkań pierwszej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.