fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 6.kolejki 5.ligi!

7 lutego 2026, 02:52  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

W najciekawszym i przy okazji najważniejszym meczu 6. kolejki 5. ligi Na Fantazji pokonało Piorun. Tym samym przegrani wypisali się z wyścigu o złoto.

W czołówce nieustannie jest za to SDK Warszawa. I to nie miało prawa się zmienić po niedzielnym meczu, bo rywalem ekipy Alexa Wolskiego był TPS Azbest. Nigdy nikomu nie odbieramy szans przed pierwszym gwizdkiem, jednak na sprawę potencjalnej niespodzianki dokonanej przez zespół Kuby Zakliki należało podejść na chłodno. Tym bardziej, że znów brakowało im daleko do optymalnego składu, podczas gdy w SDK największa siła tkwi właśnie w stabilnej kadrze. Sam mecz zaczął się jednak sensacyjnie. Maciek Wojdyna, pełniący rolę lotnego bramkarza w Azbeście, rozprowadził akcję, podał do Mikołaja Murawskiego, a ten - trochę ku zaskoczeniu wszystkich - precyzyjnym strzałem otworzył wynik. Jak się jednak później okazało, to były miłe złego początki w wykonaniu graczy TPS-u. W 8. minucie wyrównał Dawid Wierzchołowski i ogólnie przewaga w kreowaniu okazji była po stronie faworytów znacząca. Gorzej było z celownikiem, choćby u Sebastiana Sobieszczuka, który totalnie nie mógł się „wstrzelić”. Na pomoc przeciwnikom ruszył w 10. minucie Maciek Wojdyna. Wiemy, że na bramce stoi z konieczności i to było niestety widać. Po strzale Kacpra Jankowskiego chyba chciał zamortyzować uderzenie i złapać piłkę na raty, ale wyszło tak, że ostatecznie wbił ją sobie do bramki. Za chwilę Mateusz Szukała przegrał pojedynek w walce o piłkę w newralgicznej strefie, z czego użytek znów zrobił Dawid Wierzchołowski. Wynik 3:1 do przerwy dawał spokojne prowadzenie chłopakom ze stolicy i świadomość, że oni tutaj nie mają jak się "wyłożyć".

Druga połowa to potwierdziła, bo wyglądała bardzo podobnie jak pierwsza. Przewaga w sytuacjach, przewaga w posiadaniu piłki - tylko skuteczność była identyczna, bo jedni i drudzy długo nie potrafili zdobyć bramki w tym okresie. SDK wreszcie się przełamało, dorzuciło jeszcze dwa trafienia do swojego dorobku i w sposób niepodlegający dyskusji zgarnęło tutaj całą pulę. Robota została więc wykonana bardzo solidnie, bez niepotrzebnych nerwów, co w starciach ze znacznie niżej notowanymi oponentami jest ważne. Teraz czeka ich próba najwyższej klasy, bo w niedzielę podejmą Na Fantazji. Wygrana pozwoli wskoczyć na pozycję lidera, ale porażka sprawi, że o mistrzostwie będą mogli zapomnieć. Co do Azbestu, to sposób, w jaki przegrali w niedzielę, jest dość łatwy do zaakceptowania. A to dlatego, że naprawdę walczyli ile mogli. Ani gra, ani wynik nie przynoszą im ujmy i mamy nadzieję, że w taki sposób będziemy mogli puentować każdy z trzech ostatnich meczów w ich debiutanckim sezonie.

Już we wstępie napisaliśmy, że jednym z zespołów, które miały swoje ambicje, ale walce o tytuł będą się przyglądać z boku, jest Piorun. Ktoś powie: „ok, skoro grali z Na Fantazji, to tego można się było spodziewać”. Ale to wcale nie jest do końca prawda. Zespół Mikołaja Świderskiego zagrał bowiem w niedzielę bardzo fajne zawody - może nawet lepsze, niż można się było spodziewać. Trudno powiedzieć, czy taka była taktyka Fantazji, żeby tutaj oddać piłkę Piorunowi, natomiast okazało się, że zawodnicy w żółtych koszulkach po prostu wiedzą, co z futsalówką zrobić. Dość łatwo przenosili zagrożenie pod bramkę konkurentów i mieli swoje okazje, by otworzyć wynik. Fantazja głównie się broniła, rzadko potrafiła wyjść z własnej połowy i miała szczęście, że po początkowych fragmentach nie przegrywała. A potem w ich szeregach pojawił się na parkiecie Kuba Godlewski, który w 7. minucie popisał się świetnym uderzeniem z własnej połowy, wykorzystując brak między słupkami Mikołaja Świderskiego. To jednak nie zmieniło obrazu gry. Piorun wciąż grał konsekwentnie i zasługiwał na gola, ale brakowało skuteczności. Raz o mało nie pomógł im Kuba Banaszek, który cudem uniknął samobója. No ale jak nie strzelasz goli, to musisz się liczyć z konsekwencjami. I tak też się stało. Patryk Matysiak wypatrzył Adama Koziarę, a ten uderzył z woleja i golkiper Pioruna - mimo że miał piłkę praktycznie na rękach - pozwolił jej wpaść do siatki. To wszystko powodowało, że Piorun jeszcze mocniej musiał zaryzykować, no i w 15. minucie został skarcony po raz kolejny. Marcin Marciniak złapał piłkę po strzale swojego vis-a-vis, kopnął ją w kierunku świątyni przeciwnika, a ta wylądowała w bramce. Było więc 3:0, a indolencja przegrywających trwała w najlepsze. Trzeba też oddać Marcinowi Marciniakowi, że oprócz gola zaliczył sporo udanych interwencji i to w dużej mierze dzięki niemu wynik ustalony w 15. minucie przetrwał do końca pierwszej połowy.

Po przerwie Piorun wreszcie przełamał niemoc. Michał Szukiel przeczytał zamiary Fantazji, zgarnął piłkę, zagrał do Maksa Trzosowskiego, a ten dał nadzieję swojej drużynie na powrót do spotkania. Tak się przynajmniej wydawało, lecz na parkiecie nie znalazło to pokrycia. Sytuacja jeszcze mocniej się skomplikowała, gdy rywale odzyskali trzy gole przewagi po trafieniu Adriana Baranowskiego. Tym samym gol, jaki w samej końcówce strzelił Krzysiek Kokowski, był już tylko „przypudrowaniem” rezultatu, który zamknął się w stosunku 4:2. Na Fantazji dokonało klinicznej roboty. Mieli mało okazji, ale potrafili je wykorzystać, chociaż zakładamy, że tak trudnej przeprawy mogli się nie spodziewać. Tym bardziej cieszy końcowy rezultat. Piorun wydaje się, że zasłużył tutaj trochę na więcej i może, gdyby miał w szeregach jakiegoś skutecznego napastnika, to byłby potencjał na coś więcej niż honorowa porażka. Natomiast tak grając do końca sezonu, ten zespół przy odrobinie szczęścia może jeszcze powalczyć o podium. Nie wszystko jednak w tej kwestii będzie już zależało od niego.

Znacznie łatwiejszą przeprawę miała inna ekipa, która nie zamierza skończyć tego sezonu bez medalu. Chodzi o Gawulon, który był murowanym faworytem w derbach Zielonki przeciwko Biancoverdi i ze swojej roli wywiazał się świetnie. To oczywiście żadne zaskoczenie - różnica potencjału jest spora, a poza tym zespół Piotrka Kacperskiego był osłabiony, bo nie było ani Michała Góreckiego, ani Mikołaja Brzeskiego, ani Rafała Sobolewskiego czy Patryka Wendorffa, więc trudno było przypuszczać, że ci, którzy przyjadą, będą w stanie stawić czoła maszynie Jarka Czeredysa. To się nie wydarzyło, lecz dalecy jesteśmy od tego, by w jakikolwiek sposób ganić przegranych. Oni, podobnie jak w wielu innych spotkaniach, czasami rozgrywają swój mecz, nie patrząc na przeciwnika, tylko robiąc małe rzeczy, które w przyszłości mają przełożyć się na coś większego. W tym przypadku celem była choćby jedna bramka, bo po pierwszej połowie wydawało się, że nawet do tego może im nie starczyć umiejętności. Rywal zaczął bowiem z wysokiego „C”: już po dwóch minutach było 1:0 i chociaż potem sytuacja trochę się uspokoiła, to mniej więcej od połowy premierowej części spotkania przewaga Gawulonu zaczęła gigantycznie rosnąć. Skończyło się na 5:0, ale właśnie na starcie drugiej odsłony Biancoverdi wykorzystali zagapienie rywali. Tomek Maruszewski zagrał z autu do Sebastiana Łapińskiego, ten podbiegł z piłką kilka metrów i uderzył nie do obrony. Plan minimum został więc wykonany.

To jednak tylko zmotywowało Gawulon, by wziąć się do roboty. Na efekty długo czekać nie musieliśmy, bo zaraz zrobiło się 8:1. Wtedy znów przypomniał o sobie Tomek Maruszewski. Wcześniej zaliczył asystę, a teraz sam skorzystał z podania Patryka Wyrobka i kolejny mały plusik mogliśmy zapisać po stronie zawodników w zielonych strojach. Nie udało im się jednak uniknąć dwucyfrówki, bo przeciwnicy poczęstowali ich jeszcze dwoma trafieniami i wygrali 10:2. Takiego meczu w sumie się spodziewaliśmy. Gawulon odniósł tym samym czwarte zwycięstwo w sezonie i - co ciekawe - czwarte, gdzie zdobył minimum 10 bramek. Czyli jak wygrywać, to z fanfarami. Biancoverdi natomiast pierwszy raz w tej edycji zostali poczęstowani aż taką liczbą bramek, ale grunt, że starali się nie oddawać ich za darmo. Skoro jednak sami potrafili strzelić dwa gole drużynie z czołówki, to mogą wychodzić z założenia, że w starciach z zespołami o zbliżonym poziomie będą w stanie zdobywać bramki wystarczające do walki o zwycięstwo.

W poszukiwaniu prawdy o Klikersach z niecierpliwością oczekiwaliśmy ich starcia z Piłkarzykami. Wygrana nad SDK pokazała, że ekipa Alka Prządki potrafi rywalizować z najlepszymi, natomiast porażka z Gawulonem dała jasno do zrozumienia, że jeszcze trochę poczekamy, zanim będą to robili regularnie. Ale akurat przeciwko Piłkarzykom wróżyliśmy im dość wyrównaną batalię - głównie ze względu na styl gry przeciwników, który mógł pasować Klikersom, zwłaszcza przy założeniu dobrego składu. I taki też był, aczkolwiek rzucała się w oczy nieobecność Staśka Leszczyńskiego. W wyjściowym składzie zastąpił go Kuba Klimek. I co? I już w 2. minucie ten gość miał na swoim koncie gola. Dostał piłkę od Julka Torbicza i chociaż trochę ją sobie układał, zanim oddał strzał, to finalnie zmieścił futsalówkę między nogami Rafała Kudrzyckiego. Za chwilę na 2:0 mógł podwyższyć Sami Bouzidi i dla Piłkarzyków to był chyba ostatni sygnał, że nie ma co czekać z wrzuceniem wyższych obrotów. Wziął to sobie do serca zwłaszcza Michał Kulesza, który jeszcze przed upływem 10. minuty miał na koncie dublet. W obu przypadkach korzystał z dobrych podań Pawła Czerskiego. Dzięki tym trafieniom sytuacja faworytów znacznie się poprawiła i było widać, że powoli przejmują kontrolę nad meczem. W końcówce pierwszej połowy dali się jednak zaskoczyć. Julek Torbicz zabrał piłkę Pawłowi Czerskiemu, ta trafiła do Piotrka Wąsowskiego, który lada moment wpakował ją do siatki. Remis do przerwy? Takie coś lubimy, bo to oznacza spore emocje w drugiej połowie.

W tej fazie meczu tabelowe realia zaczęły jednak brać górę. Piłkarzyki w 26. minucie skorzystały z wyjścia z piłką własnego bramkarza, Rafał Kudrzycki dograł do Dominika Skowrońskiego, a ten odzyskał prowadzenie dla swojej ekipy. Z kolei w 31. minucie było praktycznie po wszystkim. Towarzyszyła temu mała kontrowersja, bo Klikersi byli przy piłce, faulowany był Piotrek Wąsowski, lecz sędzia puścił grę. Po stracie posiadania arbiter chyba jednak powinien cofnąć grę do przewinienia - nie zrobił tego, co rywale skrzętnie wykorzystali, a konkretnie Michał Kulesza. Dosłownie w następnej akcji zrobiło się już 5:2 i stało się jasne, że Klikersi już się tutaj nie dźwigną. W końcówce stracili jeszcze jednego gola i chociaż na wynik 2:6 nie zasłużyli, to tak to się skończyło. I nawet teraz trudno nam to spotkanie jednoznacznie ocenić. Klikersi nie grali wielkiej piłki, a mimo to aż do 30. minuty mogli wierzyć, że są na dobrej drodze do zdobycia punktów. Zamiast tego wystarczyło 60 sekund, by ich marzenia obróciły się w niwecz. To chyba też pokazuje, że i rywal niczego spektakularnego tutaj nie pokazał. O wszystkim zdecydowała tak naprawdę jedna minuta, w której Piłkarzyki miały trochę szczęścia. Ale te trzy punkty nie mogą zamydlić im rzeczywistości. Bo grając w ten sposób daleko nie zajadą i jeśli w 7. kolejce się nie poprawią, a Piorun nie spuści z tonu, to w niedzielę czeka ich bardzo przykra niespodzianka.

A ci, którzy w poprzednią niedzielę zostali z nami do końca, nie mogli się czuć rozczarowani. Mecz Ciętej Szkockiej z Klimag.pl okazał się bowiem najbardziej emocjonujący ze wszystkich, chociaż paradoksalnie kompletnie się na to po pierwszych fragmentach nie zapowiadało. Zacznijmy od tego, że Klimag przyjechał bez swojego kapitana i kilku innych graczy, a gdy po 5 minutach przegrywał 0:3, to chyba każdy pewnie pomyślał sobie, że tutaj może się skończyć jakimś pogromem. I to myślenie nie było abstrakcyjne, bo sposób, w jaki bracia Dolińscy i spółka zdobywali bramki, był bardzo łatwy i sugerował, że tak to może wyglądać dalej. Na szczęście przegrywający trochę się obudzili. W 7. minucie po niezłej akcji pierwszego gola zanotował dla nich Sebastian Fransowski. Potem mieliśmy drobną przerwę w grze, bo kontuzji nabawił się Łukasz Doliński, lecz Cięta nic sobie z tego nie zrobiła i zaraz Kacper Tomczuk podwyższył na 4:1. Klimag odgryzł się trafieniem Daniela Szulborskiego, który wykorzystał podanie od Adriana Poniatowskiego. Zdziwiło nas, że asystent przy tym trafieniu pojawił się na placu gry tak późno, natomiast być może wiedział, co robi, bo tak rozłożył siły, że w drugiej połowie został bohaterem spotkania.

Zanim jednak do tego doszło, to na początku drugiej połowy Cięta znów prowadziła trzema bramkami. Najpierw 5:2, potem 6:3 i widać było, że piłkarsko wygląda po prostu lepiej. Może to jednak uśpiło chłopaków, bo im dłużej mecz trwał, tym ta różnica się zacierała, a rywal poczuł, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Sygnał do ataku w 34. minucie dał Michał Jędrzejczyk, a od razu w kolejnej akcji błąd w obronie Ciętej wykorzystał Sebastian Fransowski. To zupełnie wybiło z rytmu Szkotów, którzy pogubili się na tyle, że po 30 sekundach nikt nie pamiętałby o ich wysokim prowadzeniu. Mieli jednak szczęście, bo praktycznie na pustą bramkę nie trafił Daniel Szulborski. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło. W 37. minucie Sebastian Fransowski zagrał w polu karnym do Adriana Poniatowskiego, a ten uderzył z pierwszej piłki i Mateusz Celiński był bez szans. 6:6! A to wcale nie był koniec emocji, bo jedni poczuli krew i zaczęli myśleć o zgarnięciu całej puli, natomiast Cięta nie wyobrażała sobie, że może to spotkanie wypuścić i również rozpoczęła ofensywę. Jej skutkiem był strzał w słupek Kacpra Tomczuka, gdzie Mikołaj Rokita nie miałby żadnych szans, gdyby piłka poleciała kilka centymetrów w inną stronę. No ale nie poleciała i ten szalony mecz zakończył się remisem. Dla Ciętej to strata dwóch punktów, bo tak naprawdę ta potyczka powinna paść ich łupem różnicą kilku bramek. Nie umieli jednak docisnąć przeciwnika, dali mu odżyć i niewiele brakowało, a zostaliby z niczym. To więc kolejna lekcja, którą Kacper Zaboklicki i spółka zapisują w swoim zeszycie doświadczeń z sezonu 2025/26. Natomiast Klimagowi należą się brawa, bo powstał tutaj jak feniks z popiołów. Po 5 minutach myśleliśmy, że nie będzie czego po nich zbierać, a jednak potrafili wziąć się w garść i pokusić o cenny punkt. I oby myślenie, że nie wszystko jeszcze stracone, przyświecało im też w kolejnych spotkaniach. Zwłaszcza tym najbliższym, gdzie zmierzą się przecież z rozpędzonym Gawulonem.

Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: