fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 7.kolejki 4.ligi!

7 lutego 2026, 15:12  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

FC Pobudka wróciła do gry o medale. Stało się to za sprawą pokonania Gangu Mapeta, który w ten sposób poniósł pierwszą porażkę w sezonie.

Po raz czwarty w trwającej kampanii gorzką pigułkę musieli natomiast przełknąć zawodnicy Byczków. Skoro grali z ProBramem, nie należało się dziwić, że taki scenariusz mógł nastąpić, ale my byliśmy naprawdę optymistycznie nastawieni, jeśli chodzi o potencjalne emocje w tej potyczce. Ba - zakładaliśmy nawet, że jeżeli ekipa Dawida Pływaczewskiego dojedzie w pełnym składzie, to spokojnie ma papiery na to, by zgarnąć tutaj całą pulę. Pierwszym sygnałem alarmowym był brak Dawida Baranieckiego. Nie dojechał też sam kapitan i ogólnie ławka znów była bardzo wąska. Mimo to początek nie wskazywał na to, co zobaczyliśmy w dalszej części tej potyczki. Byczki zmarnowały bowiem dwie stuprocentowe okazje na pustą bramkę, strzelając z własnej połowy. A wzięło się to z bardzo odważnej gry ProBramu, gdzie - w wyniku spóźnienia nominalnego bramkarza - między słupkami stanął Norbert Grzymała, który kompletnie nie potrafił stać w jednym miejscu. Gdy wydawało nam się, że wynik około remisowy jeszcze chwilę się utrzyma, faworyci za sprawą braci Gawińskich objęli dwubramkowe prowadzenie. Ale najgorsze dopiero miało nadejść. W 12. minucie Marcin Częścik, który zastępował w bramce Dawida Pływaczewskiego, popełnił błąd - zagrał piłkę ręką poza polem karnym i niestety musiał opuścić boisko.

Oznaczało to, że Byczki najpierw musiały grać w osłabieniu przez pięć minut, a potem - już bez choćby jednego rezerwowego. To nie mogło skończyć się dla nich dobrze. Już po pierwszej połowie było 0:6, w związku z czym zaczęliśmy się obawiać, jak wysoko może się to jeszcze skończyć. Na szczęście - biorąc pod uwagę okoliczności - nie było aż tak źle. Byczkom udało się nawet zdobyć kilka bramek, drugą połowę przegrali "tylko" 5:7, a cały mecz zakończył się wynikiem 5:13. Szkoda, bo jak pisaliśmy na wstępie, to mogło wyglądać zupełnie inaczej. Jeśli jednak w taki sposób ułatwia się przeciwnikom zadanie, trudno myśleć o punktach. Nie da się ukryć, że ten sezon mocno doświadcza Byczki i był to kolejny odcinek ich zmagań z własnymi problemami. Na razie jednak nie widać szczęśliwego zakończenia. A ProBram? Cóż - wygrał tutaj znacznie łatwiej, niż można było zakładać. A ponieważ w wyniku porażki Gangu Mapeta powiększył przewagę nad trzecim miejscem do pięciu punktów, to jedną nogą - i sporą częścią ciała - jest już w 3. lidze. I jeśli nie dowiezie tego do mety, to w nieoficjalnej klasyfikacji „fra**rów sezonu” będzie bardzo, bardzo wysoko.

Końcówka poprzedniego akapitu nie jest przypadkowa, bo jeśli szukamy zespołów, które lubią mieć coś w garści i już się z tym witać, a ostatecznie zostają z niczym, to akurat Semola i Lema Logistic doskonale znają to uczucie. Wielokrotnie w tym sezonie grały dobre mecze, już dopisywały sobie punkty w tabeli, a jak to się kończyło - chyba nie musimy przypominać. Tym ciekawsze wydawało się ich bezpośrednie spotkanie, w którym zastanawialiśmy się, czy również dojdzie do sytuacji, że ktoś będzie wysoko prowadził, by potem oddać wszystko za bezcen. Dziś już wiemy - zabrakło do tego naprawdę niewiele. Ogólnie było to spotkanie dwóch różnych połów. Na początku więcej z gry miała Lema, która dysponowała kilkoma okazjami, ale zwłaszcza Emil Dobrygowski nie miał najlepiej ustawionego celownika. Co innego rywale - oni rzadko zapędzali się w pole karne przeciwnika, ale gdy już się tam znaleźli, zazwyczaj wracali z bramkowym skalpem. W 11. minucie wynik otworzył Maciek Jakóbczak, a potem na 2:0 - strzałem między nogami Przemka Jabłońskiego - popisał się Maciek Zakolski. Mogło być nawet 3:0, lecz w 17. minucie idealnych okoliczności nie wykorzystał Jarek Wieleba. Dwa gole różnicy na korzyść jednej z drużyn były połową scenariusza, jaki tutaj zakładaliśmy. Druga część? Oczywiście utrata tej przewagi ;)

I jak się okazało - Semola faktycznie mocno spuściła z tonu. Finałowa odsłona to spora przewaga Lemy w posiadaniu piłki i tylko czekaliśmy, aż Logistycy zdobędą pierwszego gola, który napędzi ich do jeszcze bardziej skomasowanych ataków. Stało się to w 28. minucie, gdy do meczowego protokołu wpisał się Darek Piotrowicz. Pięć minut później był już remis, gdy po jego zagraniu piłkę do własnej siatki skierował niefortunnie Maciek Zakolski. Gracze z Radzymina poszli za ciosem. Znów w jednej z głównych ról Darek Piotrowicz, który zagrał piłkę na drugą stronę boiska, tam czekał na nią Olek Kłos i pięknym strzałem po dalszym słupku odwrócił losy spotkania. No ale oczywiście Lema nie byłaby sobą, gdyby nie utrudniła sobie życia. W 36. minucie Przemek Jabłoński zamiast wybić piłkę w stykowej sytuacji, chciał zrobić to z większą klasą. Ryzyko się nie opłaciło - skorzystał z tego Maciek Jakóbczak, zdobywając jednego z łatwiejszych goli w swojej przygodzie z NLH. I prawdę mówiąc, życzyliśmy obu zespołom, by już tutaj nie strzelały i żeby remis okazał się wynikiem końcowym. Tak też się stało. W starciu drużyn, które lubią utrudniać sobie życie, nawet w takim meczu pozostał po obu stronach niedosyt. Ale czy ktoś naprawdę wierzył, że to spotkanie mogło zakończyć się inaczej? Obie ekipy zagrały dokładnie tak, jak robiły to już wielokrotnie w tym sezonie: było prowadzenie, było jego oddanie, były prezenty i była nerwowość. W takich okolicznościach remis wydaje się wynikiem wręcz podręcznikowym.

W trzecim poniedziałkowym starciu również spodziewaliśmy się zaciętej rywalizacji. I bez dwóch zdań - takie by było, gdyby nie fakt ogromnych osłabień po stronie Mydlarzy. Doszło do tego, że Gabriel Skiba musiał ratować się punktem regulaminowym mówiącym o tym, że gdy ma czterech zawodników do gry z obecnego składu, to może jednego dopisać. To jednak oznaczało, że cały mecz trzeba będzie grać bez zmian, co przeciwko wybieganej i zdeterminowanej ekipie Alphy Omegi nie mogło skończyć się dobrze. Po prostu było jasne, że do pewnego momentu to starcie będzie się kręciło wokół remisu, ale kiedy Alpha napocznie przeciwnika, to lada moment zbuduje przewagę, której zmęczeni rywale już nie odrobią. I tak też było, choć trzeba oddać Mydlarzom, że oni tutaj nie kalkulowali. Nie było oszczędzania energii, tylko gra na maksa od początku. Dobrze prezentował się Wojtek Maciejewski, czyli właśnie ten dopisany zawodnik, który wprowadzał sporo zamieszania w szeregach przeciwnika. Mydlarze mieli nawet strzał w słupek, ale widać było, że ich „bak z paliwem” powoli się opróżnia. I być może właśnie to miało wpływ na pomyłkę, która w 16. minucie przytrafiła się Mariuszowi Dąbrowskiemu. Z jego złego podania wzięła się bramkowa akcja dla przeciwników, którą wykończył Sebastian Giera. Potem Bartek Lipski zabrał piłkę Gabrysiowi Skibie i zagrał do Mateusza Krysiaka, a ten podwyższył na 2:0. Ten rezultat oczywiście nie zwiastował jeszcze najgorszego dla przybyszów z Serocka, ale to, co wydarzyło się na początku drugiej połowy, definitywnie pozbawiło ich jakichkolwiek nadziei. Wystarczyły bowiem dwie minuty, by ze stanu 0:2 zrobiło się 0:4, a czarę goryczy przelał samobój kapitana Mydlarzy, po którym wynik brzmiał już 0:5.

Alpha wykorzystywała kolejne okazje na łatwe bramki i dopiero przy stanie 0:7 Mydlarze potrafili otworzyć swój worek z golami. Dokonał tego Gabryś Skiba, który potem zdobył nawet jeszcze jedną bramkę. Rywale również odpowiedzieli trafieniem i to nierówne spotkanie zakończyło się wynikiem 2:8. To oznacza jedno: Alpha Omega utrzymała się w 4. lidze. Co prawda jej przewaga to pięć punktów nad strefą spadkową, ale biorąc pod uwagę, że niektóre ekipy będące za nimi zagrają jeszcze bezpośrednie spotkania, nie ma opcji, by dali się wyprzedzić aż czterem zespołom. I powiedzmy to otwarcie - nie ma w tym przypadku. Może i piłkarsko nie jest to jeszcze drużyna kompletna, ale regularność, solidność i stabilny skład sprawiły, że ekipa Sebastiana Giery wykonała swoją robotę z nawiązką. Punkty zbierane z drużynami o podobnym potencjale, ale mniej zorganizowanymi, dały im komfort na finiszu sezonu, a to w lidze amatorskiej bywa wartością nie do przecenienia. Za taką konsekwencję - czapki z głów. Mydlarze mogliby się od Alphy uczyć. Piłkarsko mają większy potencjał, ale co z tego, skoro optymalnym składem przyjeżdżają od wielkiego dzwonu. Wystarczy sobie wyobrazić, co byłoby, gdyby w starciach z Omegą czy Lemą zjawili się z kilkoma rezerwowymi. No ale tak to już z nimi jest - i to się (chyba) nigdy nie zmieni.

A jak doszło do pierwszej w sezonie porażki Gangu Mapeta? Prawdę mówiąc, nie zakładaliśmy jej, wiedząc, jak wyglądały ostatnie mecze FC Pobudki. Zespół Łukasza Świstaka trzy poprzednie potyczki przegrał z kretesem i ciężko było zakładać, że nagle, gdy marzenia o medalu praktycznie uleciały, coś się tutaj zmieni. W poniedziałek skład był jednak solidny. Co prawda mieli tylko jednego rezerwowego, natomiast wyjściowa piątka prezentowała się bardzo korzystnie, a pierwszy mecz rozegrał od dawna awizowany Sebastian Ignacak, którego dobrze kojarzymy choćby z Ligi Fanów. Biorąc pod uwagę, że Mapeciarze też mieli swoje problemy, bo grali bez Kazika Grotte, Janka Kuźmy czy Adama Kubajka, tutaj wszystko było możliwe. Do myślenia dał już początek potyczki, gdzie Pobudka miała sporo okazji, zwłaszcza Kamil Kasprzyk. I mimo że pierwszego gola zdobyli faworyci, chwilę później stało się coś nieoczekiwanego. Czwarta ekipa w tabeli zanotowała bramkowy rajd od 0:1 do 5:1! W rolach głównych wystąpili Arek Zajączkowski, Sebastian Ignacak oraz Janek de Pourbaix, którzy w dość łatwy sposób radzili sobie z defensywą Gangu, a ta zwykle słynie przecież z solidności.

Szczerze? Myśleliśmy, że jest po meczu. No ale spotkało nas kolejne zaskoczenie, bo przegrywający wzięli się w garść i jeszcze przed przerwą znacząco zmniejszyli straty. We wszystkich trzech golach, które zdobyli w finałowych minutach tej części, palce maczał Damian Bąk i być może Pobudka po prostu za szybko uwierzyła, że wszystko jest już rozstrzygnięte. Gang nie zamierzał zresztą ustawać w pościgu i w drugiej połowie nadal grał swoje. W 25. minucie gola wyrównującego zdobył bramkarz Michał Wiekiera, a potem po asyście Kacpra Jędrzejczyka trafienie dorzucił Michał Cholewiński i nad Pobudką zawisło widmo przegrania wygranego meczu. Ale to starcie odbywało się na zasadzie „raz my, raz wy”. Nagle bowiem - również ni z tego, ni z owego - Pobudka, jak przystało na nazwę, obudziła się i wskoczyła na poziom nieosiągalny dla rywali. Do remisu doprowadził Arek Zajączkowski, potem w bramkę „wstrzelił się” Kamil Kasprzyk, a w 32. minucie błąd Michała Wiekiery również okazał się brzemienny w skutkach. Kto wie, czy to szybkie wypuszczenie prowadzenia nie wpłynęło na faworytów na tyle demotywująco, że tych pomyłek zaczęli popełniać coraz więcej. W 33. minucie z kolejnej z nich skorzystał Sebastian Ignacak, a gdy ten sam zawodnik podwyższył na 10:6, wszystko stało się jasne. Ostatecznie skończyło się na 11:7 i Gang Mapeta poznał smak pierwszej porażki w NLH.

Dziwne to było spotkanie. Wydawało się, że mimo fatalnego początku Mapeciarze to, co najgorsze, mają już za sobą, a gdy wyszli na 6:5, zdawali się mieć wszystkie argumenty po swojej stronie. Wystarczyła jednak ponowna chwila nieuwagi i było po wszystkim. Nie da się ukryć, że znacznie gorzej znieśli krótszą ławkę aniżeli przeciwnicy, a do tego mieli pecha, że trafili akurat na tak zmotywowaną Pobudkę, bo gdyby z tym samym zespołem grali tydzień czy dwa wcześniej, wynik mógłby być odwrotny. A tak czołówka im odjechała i chyba jedyne, co im pozostanie, to obrona trzeciej lokaty właśnie przed poniedziałkowymi pogromcami. Wiele będzie zależało od determinacji i energii Pobudki w kolejnych spotkaniach, ale po takim zwycięstwie trudno nie zakładać, że apetyt na kolejne punkty wyraźnie u nich wzrośnie. A że w 8. kolejce zmierzą się z liderującym ProBramem, wszystko wskazuje na to, że właśnie to spotkanie stanie się najważniejszym wydarzeniem przedostatniej serii gier.

Porażka Gangu Mapeta na pewno bardzo ucieszyła TG Sokół. Nie ma się co dziwić - zakładając zwycięstwo nad Handymanami, podopieczni Sebastiana Prażmo budowali sobie całkiem solidną przewagę nad tym zespołem, zwiększając swoje szanse na promocję do 3. ligi. Najpierw jednak trzeba było zrobić swoje, a wygrana z drużyną Krzyśka Smolika wcale nie wydawała się czymś z gatunku oczywistych. Rywal, mimo że plasuje się w dole tabeli, w zdecydowanej większości spotkań z wyżej notowanymi przeciwnikami prezentował się bardzo solidnie i często brakowało mu po prostu odrobiny szczęścia. Tym razem Handymani liczyli, że nie tylko pokażą się z dobrej strony pod względem stylu, ale że uda się również dopisać jakieś punkty do dorobku. I były ku temu argumenty, bo zgodnie z oczekiwaniami to starcie miało bardzo wyrównany przebieg. Ba - biorąc pod uwagę stuprocentowe okazje, to właśnie Handymani mieli ich więcej. W 11. minucie nie wykorzystali choćby kontry, która absolutnie powinna zakończyć się golem Daniela Gąsiorowskiego. Na szczęście z ich perspektywy chwilę później i tak dopięli swego, gdy kolejne trafienie w ich barwach zdobył niezawodny Kacper Kałuski. Szkoda tylko, że tego skromnego prowadzenia nie udało im się utrzymać choćby przez chwilę dłużej. Dosłownie w następnej akcji było już bowiem 1:1, gdy Maciek Mutwicki dobił strzał własnego bramkarza.

Do przerwy mieliśmy więc remis, a po niej obraz spotkania nie odbiegał znacząco od tego, co oglądaliśmy przez pierwsze 20 minut. Sokół niby coś próbował, ale zupełnie nie potrafił dobrać się do skóry rywalom, a ci z kolei wciąż mieli swoje okazje. W 27. minucie Daniel Pszczółkowski zdecydował się na strzał z własnego pola karnego, widząc pustą bramkę przeciwników, i minimalnie się pomylił. Najlepszej sytuacji nie wykorzystał jednak Kacper Kałuski. Były to wręcz idealne okoliczności, by dać swojej drużynie ponowne prowadzenie, lecz napastnik zespołu w łososiowych koszulkach z bliskiej odległości uderzył wprost w Kacpra Lewandowskiego. A Sokół znany jest z tego, że im mniej czasu do końca, tym częściej doznaje piłkarskiego olśnienia. I tak też było tym razem. W 38. minucie Kuba Obsowski zagrał do Adriana Lewandowskiego, a ten łatwo oszukał Kacpra Kałuskiego i z kilku metrów wpakował piłkę do bramki Handymanów. To wymusiło na przegrywających grę na dużym ryzyku, lecz zespół Krzyśka Smolika nie był w stanie odpowiedzieć golem. A w 40. minucie było już po wszystkim, gdy błąd Daniela Pszczółkowskiego przy wyprowadzeniu piłki wykorzystał Patryk Prażmo. Można powiedzieć, że sposób, w jaki to spotkanie się zakończyło, bardzo dokładnie oddaje wcześniejsze losy jednych i drugich. Handymani po raz kolejny przegrali mecz, który długo trzymali na styku, a Sokół znów wyszedł z niemałych opresji obronną ręką. Czasem z pomocą szczęścia, czasem dzięki opanowaniu, ale na tyle skutecznie, by zabezpieczyć sobie trzecie miejsce na koniec sezonu i jednocześnie być o włos od drugiego awansu z rzędu.

Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: