fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 7.kolejki 3.ligi!
W 3. lidze bardziej niż tym, kto zdobędzie mistrzostwo, pasjonujemy się dziś walką o miejsca 2–3. Bo chyba nic nie odbierze już palmy pierwszeństwa Klimagowi.
Gry o medale nie odpuszcza Las Vegas. Ich dobra forma nie mogła przejść obojętnie i bardzo nisko ocenialiśmy scenariusz, w którym - przy założeniu obecności większości kluczowych graczy - ferajna Grześka Dąbały traci punkty ze Szmulkami. Nie zmieniał tego nawet fakt, że w obozie rywali do gry wrócił Kuba Kaczmarek, choć oczywiście zwiększało to nadzieje zespołu z warszawskiej Pragi, że może uda im się uniknąć szóstej porażki z rzędu. Dziś już wiemy, że ta misja zakończyła się niepowodzeniem, choć Szmulki naprawdę robiły, co mogły. Co prawda od samego początku musiały bazować na dobrych interwencjach Karola Dębowskiego, którego przeciwnicy regularnie zatrudniali do pracy, ale najważniejsze było to, że udawało się przez długi okres nie zgubić dystansu do graczy Parano. Do czasu. W 15. minucie sprawy w swoje nogi wziął ten, od którego oczekiwaliśmy tu najwięcej - Kuba Koszewski. Jego piękny strzał w okienko okazał się nie do obrony dla bramkarza Szmulek. A tuż przed przerwą, za sprawą tego samego zawodnika, zrobiło się 2:0. Najpierw swoją okazję miały co prawda Szmulki, które nie wykorzystały błędu Sławka Lubelskiego, ale zaraz poszła akcja w drugą stronę i Kuba Koszewski dał swojej ekipie komfort przed drugą częścią spotkania.
Sytuacja przegrywających zrobiła się więc bardzo mało komfortowa, choć trzeba im oddać, że po przerwie mieli swoje szanse. Choćby Kuba Kaczmarek, ale nic nie chciało wpaść. Przełamanie nastąpiło w 28. minucie - na strzał z dystansu zdecydował się golkiper ekipy z Pragi, Karol Dębowski, a zasłonięty Robert Leszczyński nie miał szans zareagować. I być może, gdyby Szmulkom udało się ten wynik utrzymać dłużej, coś dałoby się tu jeszcze ugrać. No ale niestety błyskawicznie przyszła riposta - Sławek Lubelski zagrał do Kuby Koszewskiego, a ten spokojnie położył na parkiecie Karola Dębowskiego i faworyci wrócili do dwubramkowego prowadzenia. Niemal bliźniaczą sytuację oglądaliśmy w 37. minucie - ten sam asystent, ten sam strzelec, ten sam sposób zdobycia gola i było jasne, że Las Vegas zmierza po pełną pulę. W końcówce spotkania padły jeszcze bramki, w tym jedna dla Szmulek, i ostatecznie Las Vegas wygrało 6:2. Zaskoczenia więc nie było. Triumfatorzy potwierdzili dobrą formę i do końca sezonu będą się czaić, by rzutem na taśmę wskoczyć na podium. A czy Szmulki uchronią się przed spadkiem? Cóż - przed nimi arcyważny mecz z Gencjaną, gdzie każdy inny wynik niż zwycięstwo może oznaczać koniec ich przygody z 3. ligą. Rok temu w dwóch ostatnich kolejkach sezonu zgarnęli łącznie cztery punkty, co pozwoliło im wychylić głowę znad czerwonej kreski. I w tym muszą dziś upatrywać wiary, że skoro udało się wtedy, to czemu miałoby się nie udać także teraz.
Spadek grozi również JMP. Obawy o utrzymanie byłyby jednak znacznie mniejsze, gdyby we wtorek Damian Zalewski i spółka ugrali cokolwiek w starciu z Adrenaliną. Można było zakładać, że coś pozytywnego może się tu wydarzyć, bo zespół Roberta Śwista solidnie wyhamował w ostatnich tygodniach. Mimo wszystko nieprzypadkowo zajmował wyższą pozycję od JMP i w związku z tym był faworytem. Również dlatego, że w obozie przeciwników zabrakło Adriana Wrony. Paradoks polegał na tym, że w spotkaniu, na które JMP przyjechało chyba najszerszym składem w tym sezonie, zabrakło zawodnika, który praktycznie nie opuszcza meczów swojej drużyny. Ale trzeba było sobie radzić bez niego. A skoro jesteśmy przy zawodnikach, którzy strzelają sporo bramek, to w 6. minucie wynik na korzyść Adrenaliny otworzył Kacper Waniowski. Świetnie wypuścił go w bój Adrian Zieliński, a Kacper nie zmarnował okazji. W 14. minucie, asystent przy pierwszym trafieniu, dorzucił do dorobku także bramkę. Zaczęło się od podania Bogdana Stefańczuka, kolejnym ogniwem w łańcuchu był Klaudiusz Smolewski, który efektownie dograł do Adriana Zielińskiego, a ten przełożył bramkarza i wpakował piłkę do siatki. I kto miał w tym momencie wziąć odpowiedzialność na siebie w JMP? Pod nieobecność Adriana Wrony ciężko było kogoś takiego znaleźć, ale w 18. minucie przypomniał o sobie Krystian Schodowski. Popisał się naprawdę fajną, indywidualną szarżą, zakończoną precyzyjnym strzałem i zmniejszył straty swojej ekipy. To zapowiadało emocjonującą drugą połowę i faktycznie oglądaliśmy bardzo zacięte 20 minut. Może nawet z przewagą JMP, które jednak padło ofiarą tego, co już nie raz przykładało rękę do ich porażek, czyli nieskuteczności. Dwie szanse miał Damian Zalewski, jednej akcji nie domknął Rafał Marchewka, w bramkę nie wstrzelił się także Piotrek Jędra i wynik 1:2 nie zmienił się ani trochę. To spowodowało, że pod koniec spotkania trzeba było pójść na całość. Damian Zalewski wskoczył na parkiet jako lotny bramkarz, lecz praktycznie w pierwszej sytuacji, w której chciał pomóc swojej ekipie, dostał gola od swojego vis-a-vis. Bogdan Stefańczuk złapał piłkę po strzale jednego z oponentów i z dużą precyzją posłał ją między słupki bramki JMP. Chwilę później było już 4:1, gdy Adrian Zieliński obsłużył Mikołaja Kuleja. Drużynę JMP stać było jeszcze na odpowiedź autorstwa Krystiana Schodowskiego, lecz marne to było pocieszenie, bo mecz i tak przegrali 2:4. Zastanawiamy się, czy oni wciąż przeżywają porażki ponoszone w taki sposób. W pewnym momencie może pojawić się bowiem znieczulica – wiesz, że mecz na styku i tak przegrasz, więc przestaje cię to boleć. To oczywiście dość daleko idąca narracja, ale coraz częściej tracimy wiarę, że JMP w kluczowym momencie spotkania będzie jeszcze w stanie coś ugrać. A prawda jest taka, że ta wtorkowa Adrenalina była do ugryzienia. Zwłaszcza w drugiej połowie podopieczni Roberta Śwista mieli trudne momenty, ale gol bramkarza pozwolił im odetchnąć z ulgą. Teraz muszą pójść za ciosem i wygrać z Białowieską, a moment jest o tyle dobry, że ekipy walczące z nimi o medale grają albo między sobą, albo - jak w przypadku Mocnej Ekipy - z Klimagiem. W takiej ligowej układance wtorkowe punkty mogą okazać się na wagę złota srebra lub brązu.
A już na drugim miejscu w tabeli jest ekipa MR Geodezja! To z pewnością lekkie zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że potencjał kilku innych zespołów jest wyższy niż to, czym dysponuje ekipa Marcina Rychty. Natomiast chyba żadna drużyna w 3. lidze nie wykorzystuje swoich atutów w tak maksymalnym stopniu jak właśnie Geodeci. Zbudowało się tu coś naprawdę solidnego, a kolejnym zespołem, który się o tym przekonał, była Gencjana. I to Gencjana dysponująca naprawdę mocnym składem, choć w trakcie spotkania sytuacja nieco się skomplikowała. Zacznijmy jednak od początku. W 4. minucie mieliśmy pierwszą groźną okazję w tym meczu - konkretnie Arek Major znalazł się sam na sam z bramkarzem, ale nie potrafił z tego skorzystać. Dwie minuty później na Fioletowych spadł cios w postaci kontuzji Rafała Malinowskiego. Co prawda zawodnik wrócił później na parkiet, ale było widać, że uraz mu doskwiera i nie mógł grać na sto procent swoich możliwości. To wyraźnie ograniczyło pole manewru Gencjany, tym bardziej że dysponowała ona tylko dwoma rezerwowymi. Mimo to to właśnie Fioletowi byli bliżej objęcia prowadzenia w pierwszej połowie. Co więcej - mieli wręcz obowiązek to zrobić, bo od 14. minuty grali przez 120 sekund w przewadze jednego zawodnika. Najpierw Paweł Józwik trafił w słupek, a chwilę później Maciek Zbyszewski dosłownie z metra nie potrafił zmieścić piłki w pustej bramce. W tak ciasnym spotkaniu takie sytuacje po prostu muszą zamieniać się w gole. Ostatecznie Gencjana dopięła swego na początku drugiej połowy. Tomek Wasak płaskim strzałem pokonał Krzyśka Kunowskiego, ale dosłownie w następnej akcji było już 1:1. Maciek Karczewski obsłużył Sebastiana Ryńskiego, a ten nie zmarnował okazji. Chwilę później Fioletowi znów mogli być o gola z przodu - doskonałej szansy nie wykorzystał Rafał Malinowski, a swoją okazję miał też Piotr Hereśniak. Jak odpowiedziała Geodezja? Trochę to trwalo, ale efekt był bardzo konkretny. W 35. minucie przypomniał o sobie Serek Modzelewski. Jego chytre zagranie zewnętrzną częścią stopy kompletnie zaskoczyło Artura Fiodorowa i zespół z Wołomina objął prowadzenie. A Serek Modzelewski Show dopiero się rozkręcał - w 37. minucie ten sam zawodnik miękką podcinką wykończył kontrę własnej drużyny i było jasne, że Geodeci tego meczu już nie wypuszczą. Na wszelki wypadek dołożyli jeszcze jednego gola i wygrali z Gencjaną 4:1. Niewykluczone, że triumfatorzy mają jakiś patent na Fioletowych - rok temu ograli ich praktycznie w identycznym stosunku, bo 4:2, a bohaterem spotkania również był Serek Modzelewski. O ile jednak tamten mecz przybliżał ekipę Marcina Rychty do utrzymania, tak ten sprawił, że Geodeci znaleźli się tuż za plecami Klimagu. A we wtorek czeka ich starcie z Faludżą, którego rangi nikomu chyba tłumaczyć nie trzeba. Gencjana natomiast coraz wyraźniej pogrąża się w kryzysie. Początkowo trudno było w to uwierzyć, potem niechętnie dopuszczaliśmy tę myśl, a dziś trzeba powiedzieć to wprost - Fioletowi są na bardzo niebezpiecznym kursie w stronę 4. ligi. I jeśli w 8. kolejce nie wygrają ze Szmulkami, w kolejnym sezonie to poniedziałki mogą okazać się ich „meczowym” dniem tygodnia.
Dobrej passy nie zamierzał przerywać za to Klimag. Lider 3. ligi tym razem zmierzył się z Białowieską, która po remisie z Mocną Ekipą na pewno jeszcze mocniej uwierzyła, że może sprawić psikusa głównemu pretendentowi do mistrzowskiego tytułu. My podchodziliśmy do tego scenariusza sceptycznie - nie dlatego, że nie docenialiśmy formy zespołu Krzyśka Sonnenfelda, ale po prostu zdawaliśmy sobie sprawę z ofensywnej siły Klimagu. Nie spodziewaliśmy się jednak, że Białowieska tak szybko przekona się o niej na własnej skórze. De facto mecz ledwo się rozpoczął, a już zaczął zmierzać w jedną stronę. W 20. sekundzie spotkania faworyci przeprowadzili składną akcję - Adam Matejak zagrał na dalszy słupek, a tam całość zamknął niepilnowany Artur Jarosz. W 4. minucie było już 2:0, a na listę strzelców wpisał się Adam Matejak. Taki początek - delikatnie rzecz ujmując - nie zwiastował niczego dobrego dla przybyszów z Warszawy, tym bardziej że problemy zaczęły się piętrzyć. W 9. minucie żółtą kartkę obejrzał Marcin Krucz, co rywale natychmiast wykorzystali. Po błędzie Krzyśka Sonnenfelda na 3:0 podwyższył Arek Stępień.
Białowieska w końcu jednak zaczęła odpowiadać na ciosy przeciwnika. Po trafieniu Kuby Bednarowicza rozpoczął się lepszy okres w jej grze. Mogło to nawet doprowadzić do dalszego zmniejszenia strat, gdyby Bartek Mróz z bliskiej odległości trafił do bramki, a nie w bramkarza. To się zemściło niemal natychmiast - po kolejnej asyście Adama Matejaka Artur Jarosz ponownie znalazł sposób na golkipera rywali. Wynik 4:1 do przerwy brzmiał jak wyrok. Oczywiście widzieliśmy już w tej lidze różne rzeczy, ale należało spojrzeć na sprawę zdroworozsądkowo. Klimag miał wyraźną przewagę, łatwo dochodził do sytuacji, a w drugiej połowie nawet nie musiał sam zdobywać bramek, by powiększyć stan posiadania. W 27. minucie do własnej siatki trafił bowiem Mateusz Janicki. Przy stanie 1:5 Białowieska jeszcze na moment podniosła się z kolan i zdołała zmniejszyć straty do 3:5, ale nie daliśmy się nabrać, że to może oznaczać realny powrót do walki o punkty. Klimag nie zamierzał ryzykować i w 39. minucie Artur Jarosz - po nieporozumieniu Krzyśka Sonnenfelda z Kubą Bednarowiczem - skompletował hat-tricka, ustalając wynik spotkania na 6:3. Faworyci odnieśli pewne zwycięstwo i prawdopodobnie nawet nie zakładali, że kilkadziesiąt minut później potknie się Mocna Ekipa, co pozwoli im jeszcze bardziej zwiększyć dystans nad goniącym peletonem. Naprawdę nie widzimy scenariusza, w którym Klimag nie sięga po mistrzostwo. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ten sukces mogą świętować już za kilka dni. Co do Białowieskiej - trudno tutaj mówić o brutalnym sprowadzeniu na ziemię. Wydaje nam się, że to zespół na tyle świadomy, iż nawet jeśli miał pewne oczekiwania wobec tego meczu, to bardzo szybko zrozumiał, że rywal jest po prostu poza zasięgiem. Czy tak samo można powiedzieć o ich szansach medalowych? Tutaj nie bylibyśmy aż tak kategoryczni, choć chłopaki muszą liczyć się z tym, że efekt może być podobny jak w ostatni wtorek.
Po meczach 7. kolejki okazało się, że na mistrzostwo 3. ligi nawet matematycznych szans nie ma już Mocna Ekipa. Szok? Trochę na pewno, bo pozbawić się takiej możliwości na dwie kolejki przed końcem - tego absolutnie nie zakładaliśmy. Ale biorąc pod uwagę to, co zespół prezentuje w ostatnim czasie, trudno mówić o zaskoczeniu. W starciu z Faludżą Mocna Ekipa również zawiodła. W porównaniu do poprzedniej potyczki nie pomogła im nawet obecność Mateusza Trąbińskiego, natomiast kluczowym problemem okazał się brak jego brata - Łukasza. Co prawda zastąpił go zawodnik, który sięgał po mistrzostwo naszej ligi z Wesołą, jednak Damian Krzyżewski z pewnością tego meczu nie zaliczy do udanych. Od samego początku, gdy tylko przekraczał połowę boiska i próbował pomóc kolegom w rozegraniu, grał bardzo elektrycznie, a wiele jego podań wręcz prosiło się o stratę. I konsekwencje przyszły bardzo szybko - już w 1. minucie gola na 1:0 dla Faludży zdobył Kuba Byśkiniewicz. Wydawało się, że zarówno ta sytuacja, jak i kilka kolejnych, powinny odwieść Mocną Ekipę od pomysłu gry w przewadze, jednak oni konsekwentnie walili głową w mur, nabijając sobie coraz większego guza. Nie dość, że z przewagi liczebnej kompletnie nic nie wynikało, to jeszcze tracili łatwe gole. Do przerwy przegrywali 0:3, a wynik mógł być znacznie wyższy.
Na drugą połowę wyszli bardziej agresywnie, szybciej odbierając piłkę rywalom i wreszcie można było powiedzieć, że niektóre akcje budowane na bazie hokejowego zamka zaczęły przynosić efekty. Był słupek Krzyśka Czarnoty, były kolejne strzały i wreszcie w 26. minucie Mateusz Trąbiński otworzył ich dorobek bramkowy. Niewiele to jednak zmieniło. Dosłownie 60 sekund później Damian Krzyżewski niepotrzebnie wdał się w drybling, Filip Jesiotr odebrał mu piłkę i zrobiło się 4:1. Mocna Ekipa nie zamierzała się poddawać i choć w 29. minucie Mateusz Trąbiński nie trafił praktycznie do pustej bramki, to chwilę później wyręczył go Szymon Tomaszewski i wynik brzmiał 4:2. Jak się później okazało, był to ostatni gol podopiecznych Michała Zimolużyńskiego. Faludża co prawda nie grała już tak konsekwentnie jak w pierwszej połowie i znacznie częściej musiał ratować ją bramkarz Marcin Komorowski, ale i tak zrobiła swoje. Trafienie Maćka Świercza przypieczętowało bardzo solidny występ zespołu Kamila Lubańskiego. To był mecz, którego obóz Faludży z pewnością potrzebował. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że wobec tak słabo dysponowanej Mocnej Ekipy brak zwycięstwa byłby wręcz grzechem. A pomyśleć, że jeszcze niedawno tliła się nadzieja, że to właśnie Mocna Ekipa w przedostatniej kolejce zatrzyma Klimag i sprawi, że walka o tytuł potrwa do samego końca. Dziś coraz więcej wskazuje jednak na scenariusz dokładnie odwrotny - że to właśnie kosztem braci Trąbińskich i spółki drużyna Patryka Maliszewskiego przypieczętuje we wtorek mistrzostwo trzeciej klasy rozgrywkowej.
Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.