fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 7.kolejki 2.ligi!

8 lutego 2026, 02:24  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

To chyba nie mogło się lepiej poukładać - na dwie kolejki przed końcem 2. ligi trzy ekipy mają po 16 punktów. A ostatniego słowa nie powiedziało też kilka innych zespołów.

Środowe granie zaczęło się od ukraińskich derbów, czyli konfrontacji Kolosa z Ternovitsią. Jak już pewnie czytaliście, to spotkanie pierwotnie rezerwowaliśmy na ostatnią kolejkę, bo na starcie sezonu wszystko wskazywało na to, że te dwie ekipy po prostu zdystansują konkurencję. Jednak z biegiem czasu okazało się, że zwłaszcza zawodnicy Terno spuścili z tonu i w związku z tym musieliśmy nieco zmienić plany. I chyba wyszło to na dobre, patrząc na to, co obecnie dzieje się w ligowej hierarchii. Przejdźmy jednak do samego meczu, który miał absolutnie niesamowity przebieg. Wszystko zaczęło się fenomenalnie dla Kolosa. Nie minął kwadrans, a duża przewaga w kulturze gry sprawiła, że podopieczni Ruslana Khudyka prowadzili już 3:0. Trzy asysty zanotował Volodymyr Grabowski, a golami podzielili się Andrii Pavelko oraz Nazar Rusiak. Ternovitsia w tym okresie była totalnie bezradna. Nie dość, że nie potrafiła wykreować nic konkretnego w ofensywie, to jeszcze w defensywie zostawiała rywalom zdecydowanie za dużo miejsca. W 18. minucie mogło być nawet 4:0, lecz świetną interwencją przy strzale Volodymyra Grabowskiego popisał się Danylo Artemenko. Dopiero pod sam koniec pierwszej połowy ekipa Romana Shulzhenki zdołała otworzyć swój dorobek bramkowy. Vladyslav Voronov wyprzedził jednego z rywali, przejął piłkę i ładnym, technicznym uderzeniem zmusił do kapitulacji Mariana Karhuta. Tyle że była to jedynie kropla w morzu potrzeb Ternovitsii, o czym ten zespół doskonale wiedział. Na starcie drugiej połowy Kolos powinien wrócić do trzybramkowego prowadzenia, lecz Andrii Pavelko z bliskiej odległości trafił tylko w słupek.

Momentem przełomowym spotkania była 24. minuta. Wówczas Ternovitsia miała rzut wolny, a piłka po strzale Serhija Romanovskiego leciała do bramki. Na linii zatrzymał ją Nazar Rusiak i początkowo sędziowie nie dopatrzyli się w jego zachowaniu nic sprzecznego z przepisami. Po analizie VAR uznali jednak, że zawodnik Kolosa pomógł sobie ręką, co skutkowało czerwoną kartką oraz rzutem karnym. To był ogromny cios dla prowadzących - tracili najlepszego zawodnika, rywale dostali szansę na łatwego gola, a do tego dochodziło pięć minut gry w osłabieniu. Ternovitsia w pełni wykorzystała zaistniałe okoliczności. Z rzutu karnego na 3:2 trafił Vladyslav Voronov, a w końcówce kary na 3:3 wyrównał Roman Onishchuk. Kolos miał problem, by wrócić z powrotem do swojego rytmu, choć z czasem ten proces zaczął postępować. Szansą była kartka dla Dmytra Solomiichuka, lecz gracze w zielonych koszulkach nie potrafili wykorzystać gry w przewadze.

W dalszej części spotkania było widać, że ani jedni, ani drudzy nie chcieli podejmować nadmiernego ryzyka. Piłkę meczową miała jednak Ternovitsia - konkretnie Vitalii Yakovenko, który znalazł się w świetnej sytuacji, lecz uderzył nad bramką. Skończyło się więc podziałem punktów. Ten remis de facto nikogo niczego nie pozbawił, natomiast Kolos może mówić o pechu, bo przy równych siłach był zespołem zdecydowanie lepszym i z dużym prawdopodobieństwem wygrałby to spotkanie. Czasami jednak o wyniku decydują właśnie takie momenty. Ternovitsii nieco się poszczęściło, ale najważniejsze, że nie przegrała i wciąż może wierzyć, że ten sezon zakończy się dla niej pozytywnie. A tak patrząc całościowo na to spotkanie - jeśli tak miał wyglądać finał 2. ligi, to chyba jednak możemy żałować, że ostatecznie rozegraliśmy ten mecz dwa tygodnie za wcześnie.

Remis w starciu na szczycie był znakomitą wiadomością dla Everestu. Zawodnicy Yosifa Manuchariana są w komfortowej sytuacji - zarówno z Kolosem, jak i z Ternovitsią wygrali mecze bezpośrednie, co może mieć kluczowe znaczenie przy równej liczbie punktów. A taki scenariusz stawał się realny, zakładając zwycięstwo Everestu nad Tubą. A czy można było w ogóle pomyśleć, że skończy się to inaczej? Raczej nie. Tubiarze w tym sezonie mają swoje problemy, a nawet powrót Rafała Wielądka nie sprawił, że ich kłopoty zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie oznaczało to jednak, że nie mogli tutaj powalczyć - i faktycznie próbowali, choć w ostatecznym rozrachunku okazało się to niewystarczające. Szczególnie żałować mogą pierwszej połowy. Co prawda po głupiej stracie zaczęli od wyniku 0:1, ale szybko - za sprawą strzału własnego bramkarza - doprowadzili do wyrównania. Następnie grali dwie minuty w przewadze po przewinieniu Illi Shemanueva, lecz nie potrafili tego wykorzystać. W końcówce pierwszej połowy błąd popełnił Kamil Sadowski. Próbował uderzyć na bramkę rywali z własnego pola karnego, ale piłkę zablokował Illia Shemanuev. Golkiper Tuby twierdził, że - podobnie jak w sytuacji, za którą rywal obejrzał żółtą kartkę - takie zagranie jest niedozwolone, jednak różnica polegała na tym, że tamto zdarzenie miało miejsce w polu karnym, a teraz zawodnik Everestu był w dozwolonej strefie. I niestety - skończyło się to utratą bramki.

W drugiej połowie wynik długo się nie zmieniał. Tuba miała posiadanie, ale kompletnie nic z tego nie wynikało. W 29. minucie zrobiło się 1:3 po dobrej akcji Vladyslava Burdy, który wyłożył piłkę koledze jak na złotej tacy. Nie zakładaliśmy, że ekipa z Rembertowa będzie w stanie jeszcze coś zdziałać, choć można się zastanawiać, co by było, gdyby w 36. minucie Mateusz Nowaczyński trafił nie w słupek, a do bramki. Końcówka spotkania to już totalna dominacja Everestu, który bezlitośnie punktował kolejne indywidualne błędy przeciwników. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:2, a Everest zrównał się punktami z ligową czołówką. Czyżby miał pogodzić wszystkich uczestników wyścigu o złoto i samemu sięgnąć po mistrzostwo? Widać, że chłopaki nabrali ogromnej pewności siebie i nie będzie łatwo ich zatrzymać. Tuba dobitnie się o tym przekonała, ale raczej nie powinno jej to zaszkodzić w kontekście pozostania na zapleczu elity. Ma trzy punkty przewagi nad strefą spadkową i wygrany bezpośredni mecz z Goat Life Sport, więc może czuć się względnie bezpiecznie. Nie zmienia to jednak faktu, że na tym etapie sezonu ambicje zespołu sięgały zapewne wyżej niż tylko spokojne utrzymanie w 2. lidze.

Jak burza idzie za to Ferajna United. Pokonanie w 5. kolejce Sety już sygnalizowało, że chłopaki chyba wreszcie biorą się do roboty. Potem był pogrom Goat Life Sport, a teraz zawodnicy Damiana Białka nie mieli litości dla Warsaw Fire. Pewnie znajdą się malkontenci, którzy stwierdzą, że wysoka wygrana nad outsiderem 2. ligi to po prostu najzwyklejszy w świecie obowiązek, ale wystarczy spojrzeć na wyniki Strażaków - nikt wcześniej takiego lania im nie sprawił. Tutaj po emocjach było właściwie już po 11 minutach, bo Ferajna prowadziła aż 4:0. Pierwszego gola zdobyła po ładnej akcji już w 50. sekundzie, potem błąd Szymona Bielańskiego wykorzystał Alan Krupa i to pozwoliło zawodnikom w białych koszulkach złapać potrzebny luz. Widać to było choćby przy bramce na 3:0 autorstwa Adama Smolenia, który z wielką gracją podciął piłkę obok golkipera Strażaków i chwilę później przyjmował zasłużone gratulacje. Warsaw Fire mieli też pecha, bo kolejnego gola stracili po trafieniu samobójczym Pawła Kapsy, a później dysponowali dwiema doskonałymi okazjami, by choć częściowo odrobić straty. Najpierw Paweł Giel nie wykorzystał sytuacji sam na sam, a potem Tomek Janus z bliska trafił w słupek.

Nastroje w przerwie w obozie Strażaków były więc minorowe, ale ten zespół nie chciał oddać drugiej połowy za darmo. Było widać, że chłopaki wyszli na boisko z przekonaniem, jakby nie wszystko było jeszcze stracone, a lepszy fragment gry przyniósł trafienie Łukasza Kaczmarczyka. Być może, gdyby dorzucili coś więcej, zdołaliby zaszachować Ferajnę, ale nie potrafili tego zrobić. To musiało się źle skończyć. Po dwóch szybkich golach autorstwa Marcina Makowskiego i Alana Krupy losy trzech punktów były już rozstrzygnięte. Mały zryw przegrywających i doprowadzenie do stanu 6:3 tylko rozzłościło faworytów, którzy w końcówce docisnęli pedał gazu i niewiele brakowało, by poczęstowali rywali dwucyfrówką. Mimo że do tego nie doszło, jesteśmy pod wrażeniem gry triumfatorów. Aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby w tym składzie i z taką dyspozycją ruszyli wcześniej. Patrząc jednak na tabelę, Ferajna wciąż może myśleć o czymś więcej niż środek stawki. Na ich korzyść działa fakt, że w dwóch ostatnich kolejkach mogą zdecydowanie więcej zyskać niż stracić. Beznadziejna jest za to sytuacja Warsaw Fire. Tu potrzeba już cudu, żeby się utrzymali, ale wygląda na to, że oni sami przestali w niego wierzyć. I to nie tylko dlatego, że matematyka jest nieubłagana czy że grają słabo. Po prostu sprawia to wrażenie sezonu, w którym - bez względu na to, co robią i jak grają - wszystko idzie im pod górkę. Dlatego tego pożaru raczej nie uda się już ugasić.

Trwającego sezonu nie zawojuje także KS Seta. Taka konkluzja wynika z ich ostatniego spotkania z Góralami, w którym tylko przez moment byli w stanie postawić się faworyzowanemu rywalowi. Z drugiej strony - bez Mateusza Hopci czy Oskara Nieskórskiego trudno było wierzyć, że uda się sprowadzić ten mecz do wyniku na granicy remisu. Tym bardziej że Gorale mieli mieć „średni skład”, jak zapowiadał kapitan, a przyjechali praktycznie na galowo. I w sposób brawurowy rozpoczęli to spotkanie, a szczególnie dobrze rozumiał się duet Filip Góral – Wojtek Wocial. Wystarczyły cztery minuty, by obaj mieli już po bramce i asyście. Chwilę później Filip dołożył kolejne trafienie, tym razem po podaniu Janka Endzelma, i zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie należy spodziewać się pogromu. Bo ofensywa tej ekipy wcale się nie zatrzymywała - Tomek Bylak miał sytuację sam na sam, a wspomniany Janek Endzelm trafił w słupek. Po takim początku, nawet jeśli wiedzieliśmy, że Seta musi się jakoś odrodzić, absolutnie nie zakładaliśmy, że za moment będzie remis. A jednak tak się stało. Gospodarze powoli, ale systematycznie zaczęli zbliżać się pod bramkę rywali, kreować zagrożenie i bardzo szybko odpowiedzieli dwoma trafieniami, aż w 16. minucie Mateusz Dąbrowski huknął z dystansu i zrobiło się 3:3. Wtedy sprawy w swoje nogi ponownie musiał wziąć Filip Góral i jeszcze przed przerwą odzyskał prowadzenie dla swojej drużyny.

W drugiej połowie faworyci nie popełnili już błędu z pierwszej. Szybko dali do zrozumienia, że nie zamierzają rozstrzygać wszystkiego w nerwowej końcówce, tylko wolą załatwić sprawę wcześniej. Cztery gole z rzędu sprawiły, że Seta nie miała już żadnych argumentów, by myśleć choćby o remisie. Dość powiedzieć, że tę część spotkania ekipa Czarka Szczepanka - który zresztą pojawił się na chwilę na parkiecie i zdążył odbić kilka piłek - przegrała aż 1:9. To tylko pokazuje, jak ogromnym potencjałem dysponują triumfatorzy. A ponieważ wyniki innych meczów ułożyły się dla nich bardzo korzystnie, to oni mają teraz kwestię mistrzostwa w pełni we własnych rękach. Plan jest prosty: ograć Tubę, a potem Kolosa. Jeśli to się uda, nie będą musieli oglądać się na nikogo. I brzmi to bardzo realnie. Z kolei Seta w pewnym sensie sezon już zakończyła - nie grożą jej bowiem ani puchary, ani spadek. Czy to coś zmieni w ich podejściu? Raczej nie. Być może po prostu więcej minut zaczną dostawać zawodnicy, którzy zwykle grają mniej. Warto jednak, by znaleźli sobie jeszcze jakiś cel, a szóste miejsce wywalczone w poprzednich rozgrywkach mogłoby być w tym kontekście dobrym punktem odniesienia. Jego powtórzenie, a może nawet poprawienie, powinno wystarczyć, by do końcówki sezonu nie podchodzić wyłącznie „z obowiązku”.

Środowe granie zwieńczyła bardzo ważna konfrontacja w kontekście utrzymania w 2. lidze. Gato FS miało przed tym meczem 7 punktów, z kolei Goat Life Sport tylko 3. Nietrudno więc było wskazać zespół, któremu ziemia paliła się pod stopami znacznie mocniej. Dodatkowo Goatsi mieli za co się rehabilitować, bo równo tydzień wcześniej dali się upokorzyć Ferajnie i na pewno nie chcieli zostawić tego bez reakcji. I od razu można napisać jedno: kwestię zmazania tamtej plamy załatwili dość szybko. To był zupełnie inny mecz w ich wykonaniu i zupełnie inne podejście. Świetnie ułożył się dla nich już sam początek spotkania, bo w 5. minucie Paweł Głuszek zagrał do Grzegorza Kowerskiego, a ten pokonał zastępującego w bramce Gato Volodymyra Chumaka, czyli Antona Dychenkę. Biorąc pod uwagę, że nie spodziewaliśmy się tutaj wielu bramek, takie prowadzenie mogło mieć spore znaczenie. Goatsi mieli jednak problem głównie z jednym zawodnikiem w obozie rywali. Na poziomie amatorskim nie zawsze łatwo ocenić, kim trzeba zaopiekować się w szczególny sposób, ale gdyby dokładniej przeanalizowali wcześniejsze mecze ekipy z Ukrainy, wiedzieliby, że nie można zostawiać zbyt dużo miejsca Yaroslavowi Burlachence. A może wiedzieli, tylko ten zawodnik był po prostu za sprytny? W każdym razie to właśnie on odmienił losy pierwszej połowy. W 13. minucie pięknie uderzył z dystansu i wyrównał, a następnie zrobił dokładnie to samo w 19. minucie i 51. sekundzie - czyli na zaledwie 9 sekund przed końcem premierowej odsłony. I o tego gola ekipa Kamila Kozłowskiego może mieć do siebie największe pretensje, bo trafienia „do szatni” bolą podwójnie.

Na szczęście gracze w czarnych koszulkach bardzo szybko odpowiedzieli po przerwie. Najpierw w 24. minucie wykorzystali rzut karny podyktowany - po analizie VAR - za faul Antona Dychenki. Pewnym egzekutorem okazał się Grzegorz Kowerski. Z kolei w 29. minucie swój techniczny kunszt zaprezentował Sebastian Sasin, a sposób, w jaki oszukał bramkarza rywali, był naprawdę zjawiskowy. Był to zresztą moment, w którym Goatsi mogli nawet zbudować dwubramkową przewagę, gdyby w 30. minucie piłka zagrana do Pawła Głuszka dotarła do Grzegorza Kowerskiego. Przeszkodził w tym jednak kapitan Gato, Andrii Rosinski. A chwilę później role znów się odwróciły. Teraz to gracze w żółtych trykotach przejęli inicjatywę, a po raz kolejny w roli głównej wystąpił Yaroslav Burlachenko i mieliśmy remis 3:3. Na pięć minut przed końcem spotkania Goatsi znów nie popisali się w defensywie. Tym razem zupełnie nie upilnowali Siarheia Zhukouskeigo, który strzałem głową z kilku metrów pokonał ich bramkarza. Sytuacja zaczęła więc wymykać się spod kontroli, a Goat Life Sport nie było już w stanie odpowiedzieć czymkolwiek konkretnym. W 39. minucie ich nadzieje na punkty ostatecznie zabił Dmytro Żarik i w ten sposób mecz zakończył się wynikiem 5:3. Wydaje nam się, że był to rezultat zasłużony, bo gracze Gato byli tego dnia minimalnie lepsi. Oczywiście najjaśniej świeciła gwiazda Yaroslava Burlachenki, ale tak naprawdę to detale zdecydowały kto wygrał, bo równie dobrze wszystko mogło przechylić się na drugą stronę. Fakty są jednak takie, że Gato FS tym spotkaniem udowodniło, iż zasługuje na pozostanie w 2. lidze i nic już im tego nie odbierze. Goat Life Sport wciąż znajdują się natomiast na etapie, na którym muszą to jeszcze potwierdzić. Czasu mają jednak coraz mniej...

Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: