fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 7.kolejki 1.ligi!
Sezon zasadniczy 1. ligi właśnie dobiegł końca. Została też rozwiązana kluczowa zagadka - AbyDoPrzodu wygrało wyścig z AGD o ostatni bilet do TOP 4.
W cieniu rywalizacji o ostatnie wolne miejsce w strefie medalowej odbyło się spotkanie Burgerów Nocą z Łabędziami na Detoxie. Stwierdzenie, że nie miało ono żadnej stawki, byłoby nietrafione, bo Burgery walczyły o najwyższe możliwe rozstawienie w walce o medale, natomiast zwycięstwo Łabędzi dawałoby im teoretycznie łatwiejszego przeciwnika w pierwszym meczu rywalizacji o miejsca 5–8. Nie ulegało jednak wątpliwości, że to Burgery będą tutaj nadawały ton rywalizacji, natomiast sam mecz okazał się bardziej wyrównany, niż można było przypuszczać. Wszystko zaczęło się co prawda bardzo dobrze dla Burgerów, bo już w 2. minucie objęli prowadzenie po golu Patryka Czajki, a potem podwyższyli na 2:0, ale rywale potrafili się odgryzać. W 14. minucie Marcin Czesuch zagrał piłkę do niepilnowanego Rafała Raczkowskiego, a ten pokonał bramkarza oponentów. Celem Łabędzi - w tamtym momencie - powinno być przynajmniej utrzymanie tej minimalnej różnicy do przerwy, ale tuż przed końcową syreną dali się oszukać ze stałego fragmentu gry i na krótki odpoczynek schodzili z dwubramkową stratą.
W międzyczasie dojechał do nich Karol Kopeć i to on na starcie drugiej połowy sprawił, że różnica znów wynosiła tylko jednego gola. Dodajmy, że asystował mu dawno niewidziany na zielonkowskim parkiecie i grający dość ostrożnie Adrian Raczkowski. Z kolei w 28. minucie sędziowie uznali, że warto skorzystać z VAR-u. Chodziło o potencjalny faul Kamila Kajetaniaka na Piotrku Jankowskim i po analizie powtórki zdecydowali, że faworytom należy się rzut karny, który na gola zamienił Mateusz Muszyński. Ten dwubramkowy bufor powodował, że na boisku było sporo miejsca - jedni jakby byli pewni, że nic złego im się nie stanie, drudzy nie mieli za bardzo nic do stracenia i okazji przez to nie brakowało. Patryk Czajka upierał się nawet, że w 33. minucie zdobył gola, ale nie sposób było stwierdzić, czy piłka całym obwodem przekroczyła linię bramkową. Łabędzie nadal były więc w grze i gdy w 35. minucie zanotowały trafienie kontaktowe, zacieraliśmy ręce na emocjonującą końcówkę. Szybko musieliśmy się jednak obejść smakiem, bo podopieczni Mateusza Grochowskiego błyskawicznie odzyskali to, co ich, a w końcówce padły jeszcze dwa gole - po jednym dla każdej ze stron - i skończyło się na wyniku 6:4. Jak się później okazało, Burgery tym samym wygrały sezon zasadniczy 1. ligi i w półfinale spotkają się z AbyDoPrzodu, czyli zespołem, który pokonały kilka tygodni temu 8:4. Wydaje nam się jednak, że teraz będzie to zupełnie inny mecz. Natomiast Łabędziom trzeba oddać, że było to spotkanie, po którym wreszcie nie mogą sobie zarzucić, że odpuścili i darowali rywalom zwycięstwo na złotej tacy. Może nawet gdyby skuteczność była ciut lepsza, to pokusiliby się o coś więcej. A tak skończyli sezon na ostatnim miejscu w tabeli, co sparowało ich z Gold-Dentem. I bardzo dobrze, bo te ekipy mają coś sobie do wyjaśnienia i jesteśmy szalenie ciekawi, czy drużynie Maćka Pietrzaka uda się trzeci raz z rzędu udowodnić wyższość nad Dentystami.
A o godzinie 21:00 rozpoczęło się najważniejsze starcie wieczoru. AbyDoPrzodu skonfrontowało się z AGD Marking w meczu, który dla jednych i drugich był starciem z kategorii „wszystko albo nic”. Tym pierwszym do grupy mistrzowskiej wystarczał remis, drudzy musieli wygrać. No ale AGD miało swoje problemy. Wykartkowany był Adam Andrzejczak, a większość zawodników zjechała do Zielonki bezpośrednio po sparingu Mazura Radzymin. To nie nastrajało optymistycznie przed wymagającym starciem z ferajną Michała Wytrykusa. I niestety - to nie był mecz taki, jakiego oczekiwalibyśmy, biorąc pod uwagę jego rangę. AbyDoPrzodu błyskawicznie dało do zrozumienia, że nieprzypadkowo było faworytem tego starcia i po sześciu minutach oraz dwóch golach Karola Sochockiego prowadziło 2:0. Potem - na szczęście dla widowiska - zespół z Radzymina złapał nieco kontroli nad meczem. To poskutkowało golem, który w 15. minucie zdobył Dawid Banaszek. Przeczytał on zagranie Piotrka Kozy do Łukasza Flaka, ten drugi nie zastawił piłki, z czego skorzystał przeciwnik i zmniejszył straty. Ale co z tego, skoro dosłownie w następnej akcji rywale wrócili do dwubramkowej różnicy, a końcówka premierowej odsłony była już lekką deklasacją. Gracze z Duczek między 18. a 20. minutą zdobyli trzy gole z rzędu i nie było możliwości, by w tych okolicznościach oddali prowadzenie 6:1.
To zresztą wpłynęło na tempo drugiej połowy, która toczyła się trochę tak, jakby obydwie strony były już pogodzone z losem. Warto jednak docenić choćby Artura Radomskiego za trafienie na 7:1, które było chyba ostatecznym potwierdzeniem, że AGD na cud nie ma co liczyć. Przegrywający wstawili jeszcze między słupki lotnego bramkarza w postaci Kuby Skotnickiego, ale poza golem Dawida Banaszka nic im to nie przyniosło. A potem wydarzyło się coś, co do tej pory mrozi krew w żyłach i co wpłynęło na decyzję, która mogła być chyba tylko jedna - sędziowie przedwcześnie zakończyli to spotkanie. Był to dobry wybór, bo i tak nic by się już tutaj nie zmieniło. Tym samym AbyDoPrzodu awansowało do TOP 4, choć na pewno przyjemniej byłoby to zrobić w zupełnie innych okolicznościach. Również AGD Marking pewnie wolałoby pożegnać się z marzeniami w sposób bardziej honorowy, aczkolwiek jest to uwaga głównie pod adresem jednego zawodnika. Paradoksem pozostaje jednak fakt, że AGD potrafiło ograć Wesołą i Burgery oraz zremisować z Al-Marem, a mimo to zabraknie ich w grze o podium. To tylko potwierdza, że czasami bardziej niż mecze z najlepszymi decydują spotkania z tymi teoretycznie słabszymi. Bo te pięć punktów więcej - zakładając wygrane z Kartonatem i Łabędziami (gdzie padł remis) - mogłoby sprawić, że do czwartkowej potyczki przystępowaliby w zupełnie innych nastrojach. No ale przecież nikt im tych spotkań wygrać nie zabronił.
W przedostatniej parze wieczoru doszło z kolei konfrontacji, która - według Marcina Rychty - miała stanowić przedsmak spotkania tych samych ekip, zaplanowanych na półfinał 19. edycji rozgrywek. Zdaniem kapitana Al-Maru (nam nie chciało się tego liczyć), przy założeniu zwycięstwa Burgerów Nocą nad Łabędziami, wynik starcia jego drużyny z Wesołą nie miał praktycznie żadnego znaczenia w kontekście par półfinałowych w strefie mistrzowskiej — z wyjątkiem ewentualnego remisu. Niezależnie bowiem od tego, czy wygrałby Al-Mar, czy Wesoła, i tak za tydzień doszłoby do powtórki tego spotkania. Ale skoro tak, to chyba tym bardziej wypadało się postarać, by zyskać przewagę psychologiczną nad przeciwnikiem. I jeśli faktycznie założymy, że tutaj ktoś chciał kogoś postraszyć, to Wesoła zrobiła w tym temacie kawał dobrej roboty. Najważniejsze z jej perspektywy było to, że przyjechała w niezłym zestawieniu - co prawda bez nominalnego bramkarza, ale nie zapominajmy, że to właśnie z Dawidem Brewczyńskim między słupkami rozgrywała w tamtym sezonie swoje najlepsze mecze. I nie inaczej było teraz.
Od samego początku przewaga urzędujących mistrzów była spora. Bartek Januszewski szybko trafił w poprzeczkę, były też inne okazje, aż wreszcie zaczęły padać gole - i to od razu dwa. Najpierw Dawid Brewczyński, a potem Bartek Januszewski pokonali Maćka Sobotę. Z perspektywy Al-Maru źle to wszystko wyglądało i nic nie zapowiadało, że coś może się zmienić. Spotkało nas jednak zaskoczenie. Ekipa z Wołomina być może wzięła rywali trochę z zaskoczenia, ale mniej więcej od 14. minuty zaczęła prezentować się znacznie lepiej. Najpierw w okienko bramki Wesołej trafił Rafał Polakowski, potem po kontrze wyrównał Damian Bąk, a następnie Rafał Polakowski zdobył gola po strzale z własnej połowy na pustą bramkę. Tyle że pretendenci do tytułu nie zdołali tego poziomu gry utrzymać i jeszcze przed przerwą dali sobie odebrać prowadzenie.
A w drugiej połowie nie było już niestety czego zbierać. Dobrze dysponowana ofensywa Wesołej robiła mnóstwo zamieszania w obronie Al-Maru i w 30. minucie ze stanu 3:4 zrobiło się 3:6. Al-Mar szukał jeszcze rozwiązania w postaci gry z lotnym bramkarzem, lecz nawet to niczego nie zmieniło, a Rafał Polakowski praktycznie nie miał okazji, by jako ten lotny golkiper móc się wykazać. Wesoła kontrolowała spotkanie i zaczęła regularnie punktować swoich przeciwników. Prawdę mówiąc nie spodziewaliśmy się, że może ich aż tak zbić, ale w końcówce poczęstowała ich nawet dwucyfrówką i ostatecznie wygrała 10:4. Jeśli to miała być odpowiedź na pytanie, czy Wesoła poważnie potraktuje najważniejszą część sezonu - to odpowiedź już znamy. Być może nawet sami triumfatorzy byli zdziwieni, że wygrana nad zespołem, który przecież w sezonie zasadniczym prezentował najlepszą i najbardziej stabilną formę, przyszła im tak łatwo. Al-Mar był pogubiony i poza jednym fragmentem spotkania nie dorównał jakościowo przeciwnikowi. Marcin Rychta może tłumaczyć się, że była to jedynie zasłona dymna, jednak znamy go na tyle dobrze, by wiedzieć, że właśnie na własnej skórze zdał sobie sprawę z tego, jak ogromne wyzwanie czeka jego zespół w półfinale. W porównaniu do tego czwartkowego spotkania jego drużyna będzie musiała zmienić praktycznie wszystko. Wesoła natomiast nie musi modyfikować niemal nic. A skoro tak, z tego równania dość jasno wynika, komu - na ten moment - bliżej do gry w wielkim finale.
A jaki przebieg miało ostatnie czwartkowe spotkanie? Gold-Dent podejmował Kartonat i oczywiście łatwo było wskazać zespół, który przynajmniej na papierze powinien zgarnąć całą pulę. Do ekipy Dentystów wrócił kapitan, Przemek Tucin, i było jasne, że celem zespołu będzie powrót na zwycięską ścieżkę. Skład prezentował się solidnie, natomiast Wojtek Kuciak też chyba nie mógł narzekać. Pewnie zdążył się już przyzwyczaić, że na niektórych zawodników nie będzie mógł liczyć, natomiast ci, którzy przyjechali, to akurat goście, na których można polegać. Sam mecz wyglądał zresztą mniej więcej tak, jak się spodziewaliśmy. Dużo więcej z gry miał Gold-Dent, jednak Kartonat nieźle się ustawił, starał się też minimalizować ryzyko we własnych zagraniach i długo utrzymywał remis. A w 16. minucie wyszedł nawet na prowadzenie. Po ładnie rozegranym rzucie rożnym piłka trafiła ostatecznie do Kamila Kamińskiego, który z bliskiej odległości zaskoczył Czarka Dudę. Tyle że Kartonatowi nie udało się tej skromnej przewagi dowieźć do końca pierwszej połowy, co naszym zdaniem miało kluczowy wpływ na to, jak ta potyczka się finalnie zakończyła. W 19. minucie Damian Zajdowski zabrał piłkę Adamowi Janeczkowi, po czym wypatrzył lepiej ustawionego Krystiana Gałązkę, a ten dopełnił formalności. Chwilę później Damian Zajdowski po indywidualnym rajdzie sam zakończył akcję i Dentyści odrobili straty z nawiązką. To z kolei zmusiło rywali do nieco odważniejszej gry w drugiej odsłonie.
I trzeba powiedzieć, że grając bardziej ofensywnie, przegrywający potrafili wykreować jakieś okazje, jednak było widać, jak bardzo cierpią na brak klasycznej „dziewiątki”. Po drugiej stronie boiska nie brakowało natomiast kogoś, kto potrafi zdobywać bramki regularnie. Damian Zajdowski w 32. minucie wykorzystał kontrę swojego zespołu i dopisał do konta udział przy trzeciej kolejnej bramce Gold-Dentu. Lada moment mógł odpowiedzieć Wiktor Gajewski, ale z bliska posłał futsalówkę wyraźnie obok słupka. I niestety na tym ofensywne zapędy podopiecznych Wojtka Kuciaka się wyczerpały. Widać było, że mimo relatywnie niewielkiej różnicy do przeciwnika nie są w stanie wrzucić wyższego tempa, by sprowadzić mecz do nerwowej końcówki. A tuż przed ostatnią syreną zostali jeszcze poczęstowani golem autorstwa Przemka Przychodzenia, który zabrał piłkę Adamowi Janeczkowi i wpakował ją do pustej bramki. Sensacji więc nie było, ale trudno mieć pretensje do Kartonatu. Robili, co mogli, i wydaje nam się, że na tych zawodnikach można coś fajnego zbudować. Przydałoby się jednak dorzucić kogoś z przodu, bo tyłami może dyrygować Piotrek Jamroż, ale w pierwszej linii brakuje człowieka, kto byłby gwarancją bramek. W Gold-Dencie wygląda to znacznie lepiej - tym bardziej, że jest tam po prostu więcej zawodników, którzy mogą się wymieniać rolą liderów poszczególnych formacji. To sprawia, że Przemek Tucin i spółka będą na pewno dużym faworytem potyczki z Łabędziami, a potem także tej ostatniej, bez względu na to, z kim przyjdzie im się tam zmierzyć.
Retransmisję wszystkich spotkań pierwszej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.