fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 7.kolejki 5.ligi!

14 lutego 2026, 12:06  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

Na dwie kolejki przed końcem Piłkarzyki wysunęły się na czoło tabeli. Ten zespół wykorzystał remis w starciu innych kandydatów do mistrzowskiego tytułu.

Podróż po piątoligowych parkietach zaczynamy jednak od starcia, które teoretycznie miało trochę mniejsze znaczenie. Klikersi, którzy żyją jeszcze nadzieją, że jakimś cudem wskoczą na podium, albo znajdą się przynajmniej tuż za nim, podejmowali Biancoverdi. Z jednej strony faworyt narzucał się tutaj sam, ale z drugiej – ekipa Piotrka Kacperskiego miała pewien potencjał, żeby przy dobrym składzie napsuć krwi oponentom. No właśnie. Być może trochę wyjaśniliśmy fakt, dlaczego oni tutaj zaprezentowali się tak słabo. Tylko że nieobecność kilku ważnych zawodników mimo wszystko nie powinna doprowadzić do tego, co tutaj obejrzeliśmy. Początek nie był zresztą w wykonaniu miejscowych taki zły, bo już w 45. sekundzie Grzegorz Czarnocki miał okazję na otwarcie wyniku, potem była dość szybko jeszcze jedna szansa, no i myśleliśmy, że to nakręci chłopaków do jeszcze lepszej postawy. W 6. minucie zanotowali oni kolejny wypad pod pole karne przeciwnika, Tomek Maruszewski trafił w słupek i można powiedzieć, że mniej więcej właśnie od tego momentu zaczął się dramat Biancoverdich. W tzw. międzyczasie na parkiecie pojawił się w obozie Klikersów ich superrezerwowy, czyli Piotrek Wąsowski, i właśnie on w 7. minucie wykorzystał zagranie od Julka Torbicza i zmienił rezultat początkowy. Widać było, że Klikersom grało się z każdą minutą coraz łatwiej, a w 11. minucie skorzystali na prostym błędzie Karola Grabowskiego i Piotrek Wąsowski podwyższył na 2:0.

Faworyci dokręcili śrubę w pierwszej połowie i ponieważ z coraz większą łatwością zdobywali teren, to kolejne gole były tylko kwestią czasu. Do przerwy było już 5:0, a po niej proces punktowania przeciwnika trwał w najlepsze. Widać było, że Klikersi czują głód bramek i wreszcie mogli, bez jakichkolwiek obaw, że coś im się stanie, trochę się na boisku pobawić. Oddajmy im, że nie zapomnieli przy tym o obronie i chociaż atak drużyny Biancoverdich wyglądał bardzo niemrawo, to nie ujmujemy w ten sposób niczego zwycięzcom, którzy postarali się o pierwsze czyste konto nie tylko w tym sezonie, ale ogólnie w historii swoich występów w NLH. Po raz pierwszy – według wyliczeń ich kapitana, Alka Prządki – poczęstowali też kogoś dwucyfrówką. No i brawo, bo wydaje nam się, że rok temu nawet nie mogli przypuszczać, że kiedyś przyjdzie mecz, gdy zagrają tak skutecznie zarówno z przodu, jak i z tyłu. Wtedy to ich traktowano w dość brutalny sposób, a teraz to oni byli po drugiej stronie barykady. I z łatką faworyta poradzili sobie świetnie. Biancoverdi natomiast trochę nas zawiedli. Tak jak wspomnieliśmy – osłabienia osłabieniami, ale tutaj brakowało czegoś więcej niż tylko szczęścia w niektórych sytuacjach czy obecności poszczególnych jednostek. Tutaj – cytując klasyka – po prostu nie było niczego, a ta niedzielna porażka, czy ta z początku sezonu z Piorunem, również do zera, pokazuje, jak wciąż duża dzieli ich odległość choćby do ekip ze środka ligowej stawki.

A skoro zahaczyliśmy o Piorun, to oni w niedzielę starli się z Piłkarzykami. Wyżej w tej parze stały szanse ekipy z Wołomina, ale Mikołaj Świderski i spółka na tyle korzystnie zaprezentowali się w konfrontacji z Na Fantazji, że przeczuwaliśmy, iż mogą tutaj wreszcie ugrać coś więcej niż tylko dobre wrażenie. Zwłaszcza że skład mieli jeszcze lepszy niż przed tygodniem, bo dojechał choćby Janek Trzaskoma i to właśnie on rozpoczął strzelanie w tej potyczce. W 3. minucie skorzystał ze złego podania Rafała Kudrzyckiego i posłał piłkę do pustej świątyni Piłkarzyków. Lada moment mogło być 2:0, lecz Maks Trzosowski trafił tylko w słupek. Po tym dobrym okresie dla Pioruna do głosu zaczęli dochodzić przeciwnicy, ale i oni mieli problem, by wygrać rywalizację z obramowaniem bramki. Przekonali się o tym choćby Michał Kulesza czy Dominik Skowroński, bo strzały obu kończyły się na odgłosie piłki uderzającej o metalowy element konstrukcji bramki. Potem mieliśmy okres, gdzie jedni i drudzy trochę wyhamowali, ale widocznie była to cisza przed burzą. Najpierw w 18. minucie gracze Pioruna nie wykorzystali sytuacji praktycznie trzech na bramkarza, a w odpowiedzi rywale znów obili słupek - konkretnie zrobił to Daniel Sarna. W 19. minucie żółtą kartkę obejrzał za to Krzysiek Kokowski i Piorun musiał sobie radzić w osłabieniu. Kara przyszła szybko, bo dosłownie w następnej akcji gola dla Piłkarzyków zanotował Daniel Jurczuk, lecz riposta Pioruna była jeszcze lepsza i po trafieniu Michała Szukiela zespół z Rembertowa prowadził do przerwy 2:1.

No ale niestety dla siebie – przespał początek drugiej odsłony i dał się bardzo szybko zaskoczyć Danielowi Jurczukowi, który doprowadził do kolejnego remisu w tej potyczce. Piorun zamierzał po raz trzeci wyjść tutaj na prowadzenie i dostał ku temu doskonałe okoliczności. Najpierw jedną, a potem drugą żółtą kartkę zobaczył Daniel Sarna, lecz gracze w żółtych koszulkach nie potrafili wykorzystać przewagi liczebnej. No i zostali za to skarceni. W 37. minucie Rafał Kudrzycki pomógł kolegom w jednej z akcji, zdecydował się na strzał, a tor lotu piłki przytomnie zmienił jeszcze Dominik Skowroński i na kilka chwil przed końcem to Piłkarzyki miały trzy punkty w garści. Przegrywający rzucili się do odrabiania strat i kto wie, jakby to się skończyło, gdyby w 38. minucie Jacek Mierzejewski trafił do bramki, a nie w… słupek. Tego się jednak nie dowiemy. Natomiast oddajmy prowadzącym, że ostatnie fragmenty spotkania grali bardzo roztropnie, bez podejmowania zbędnego ryzyka i w ten sposób dowieźli minimalne zwycięstwo do końca. Nie był to na pewno jakiś wybitny występ, ale jak to mówią – trzeba umieć robić odpowiednie rzeczy w odpowiednim momencie. A Piłkarzyki akurat potrafiły to w tej potyczce robić. Dzięki temu właśnie wskoczyły na fotel lidera 5. ligi. Szkoda nam natomiast Pioruna. Po raz kolejny zagrali dobrze, znów byli bardzo blisko, a mimo to ponownie zostali z niczym. Ich obecna pozycja w tabeli w żadnym stopniu nie oddaje potencjału, jakim ten zespół naprawdę dysponuje. Dlatego tym bardziej kluczowe będą dwa ostatnie mecze sezonu – komplet punktów pozwoliłby zakończyć rozgrywki w górnej połowie tabeli, czyli dokładnie tam, gdzie Piorun zasłużył, by znaleźć się na mecie sezonu 2025/26.

Niewiele miejsca poświęcimy natomiast potyczce Ciętej Szkockiej z TPS Azbest. Wynik 19:3 jest samo tłumaczący się, ale prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się, że to może się skończyć tak źle dla ferajny Jakuba Zakliki. Niestety już start spotkania zapowiadał ciężary, bo po 8 minutach było aż 0:4. Graczom z Wołomina udało się jednak powstrzymać bramkowy marsz przeciwników, a potem, ku ogólnemu zdziwieniu, to oni wzięli sprawy w swoje nogi. Fragment od 10. do 13. minuty spotkania wygrali 3:1 i przewaga przeciwników stopniała tylko do dwóch bramek. Być może pojawiły się nawet jeszcze jakieś nadzieje, że może to jest dzień, w którym chłopaki zasmakują pierwszego zwycięstwa w NLH. Spotkało ich jednak brutalne zderzenie z rzeczywistością – od tego momentu stracili 14 goli z rzędu! Niestety dużą część również w wyniku odpuszczenia, banalnych strat, czyli w sumie czegoś, czego unikania od nich wymagamy. Bo od takiej drużyny jak ich, dopiero co zbudowanej i wciąż uczącej się gry na hali, nie oczekujemy cudów i gry o medale. Natomiast są pewne rzeczy, których podczas meczu trzeba się trzymać, żeby takich katastrof jak ta niedzielna unikać. Podstawowa kwestia to oczywiście konsekwencja, której tutaj zabrakło, co pozwoliło przeciwnikom sprawić im ogromne lanie. Nie może być tak, że kosztem zdobycia jeszcze jednego czy dwóch goli drużyna praktycznie przestaje istnieć w obronie i zostawia swojego bramkarza na pastwę losu. A propos bramkarza – to naprawdę nie rozumiemy decyzji, w której to Maciek Wojdyna staje między słupkami. Zakładamy, widząc jego umiejętności bramkarskie, że byłoby trudno znaleźć kogoś, kto wypadłby w tej roli słabiej. Natomiast Maciek potrafi grać w polu, umie zdobywać gole i marnowanie go na bramce – o ile nie ma ku temu innych powodów – jest strzeleniem sobie w kolano. Na pewno trzeba wyciągnąć z tej bolesnej lekcji wnioski, zwłaszcza że za chwilę czeka ich mecz z liderem i chyba nie musimy im mówić, co może spowodować podobne podejście, jakie zaprezentowali ostatnio. Co do Ciętej Szkockiej, to w tego typu spotkaniach paradoksem jest, że zamiast o wygranych, piszemy w dużej mierze o tych, którzy być może nawet trochę nie zasługują na to, by poświęcić im tyle miejsca. Dlatego dodajmy tylko, że drużyna Kacpra Zaboklickiego zrobiła z dużą nawiązką to, co miała tutaj zrobić. Tym samym raczej nie odda już siódmego miejsca w tabeli i teraz może postawić sobie kolejne cele, czyli wyprzedzenie Pioruna i dobry występ przeciwko…

Gawulonowi. Ale Gawulon idzie ostatnio jak burza, więc na pewno łatwym rywalem nie będzie. W niedzielę przekonali się o tym gracze Klimagu, aczkolwiek ich porażka była czymś niestety do przewidzenia. Podopieczni Piotrka Miętusa przyjechali na spotkanie z zaledwie jednym rezerwowym, co już na starcie torpedowało jakiekolwiek nadzieje na osiągnięcie dobrego wyniku. Walka szła o to, żeby tutaj za wysoko nie przegrać i trzeba przyznać, że biorąc pod uwagę okoliczności, ten zespół stanął na wysokości zadania. Zaczęło się co prawda bardzo kiepsko, bo już w 2. minucie oponenci objęli prowadzenie, ale Klimag zdawał się tym nie przejmować i cały czas konsekwentnie realizował taktykę. Oczywiście był narażony niemal na permanentny atak ze strony miejscowych, ale nawet jeśli defensywa nie dawała rady, to świetnie bronił Mikołaj Rokita. Jednak nawet on w 10. minucie nie miał szans, by wyjść obronną ręką z sytuacji z Kubą Urbanem, a w 16. minucie na 3:0 podwyższył Marcin Zakrzewski. To oczywiście tylko potwierdziło, że tutaj nie ma co liczyć na sensację, a Klimag będzie walczył głównie o honorową bramkę i o to, by ten wynik nie przybrał postaci dwucyfrowej.

Pierwszy z celów udało się zrealizować chwilę po wznowieniu gry w drugiej połowie – Kuba Pełka zagrał do Mateusza Wojdy, ten wyprzedził Kubę Zgryziewicza i wpakował piłkę do pustej bramki. Co prawda Gawulon dość szybko odpowiedział trafieniem Kuby Urbana, ale potem nastąpiła ponad dziesięciominutowa przerwa, jeśli chodzi o bramki dla którejkolwiek ze stron, co było dobrą wiadomością dla przegrywających. W końcówce spotkania dali oni sobie jednak wbić dwa gole i ostatecznie przegrali 1:6. Pretensji jednak do nich mieć nie można. Chłopaki dali z siebie wszystko, nikt się nie oszczędzał i można jedynie żałować, że ze względu na niską frekwencję Klimag był skazany na niepowodzenie. Nie jest łatwo brać udział w meczu, o którym wiesz, gdzie zmierza, ale nie przeszkodziło to Mateuszowi Wojdzie i spółce pozostawić po sobie dobre wrażenie. Gawulon zrobił natomiast swoje. Może bez fajerwerków, ale tak jak w przypadku wielu innych meczów, gdzie był faworytem, dość sprawnie wykonał swoją robotę. A potem przyszło mu czekać na ostatni mecz tego dnia, gdzie zmierzyło się dwóch z trzech jego głównych konkurentów do tytułu. I jak się później okazało, wynik, który tam padł, najbardziej zadowolił właśnie Gawulon.

No i właśnie teraz przechodzimy do potyczki, która okazała się zdecydowanie najbardziej pasjonująca w siódmej serii spotkań. Na Fantazji podejmowali SDK. Ranga tego meczu była ogromna, a szczególnie w przypadku ekipy z Warszawy – porażka mogła oznaczać, że byłby to dla nich początek końca marzeń o złocie. A tak się złożyło, że do Zielonki przyjechali osłabieni brakiem choćby podstawowego bramkarza, co spowodowało, że między słupki musiał wskoczyć kapitan, Alex Wolski. Coś, co wydawało się jedynie koniecznością, stało się jednak sporym atutem SDK, bo Alex, wspólnie z Oskarem Kwapiszem, bardzo fajnie rozgrywał piłkę w ataku pozycyjnym swojej drużyny. To spowodowało, że ekipa Na Fantazji, podobnie zresztą jak to miało miejsce w starciu z Piorunem, dość głęboko wycofała się na własną połowę i stamtąd szukała swoich szans na jakieś kontry. O ile jednak siedem dni wcześniej rywal popełniał błędy w rozegraniu, z których chłopaki mogli korzystać, tak tutaj nie za bardzo mieli takie okazje. To SDK prowadziło grę, miało więcej okazji i w 16. minucie zasłużenie objęło prowadzenie, gdy Sebastian Sobieszczuk przejął piłkę, zrobił z nią kilkanaście metrów i wpakował do bramki Marcina Marciniaka. Prawdziwe emocje zaczęły się jednak dopiero w drugiej połowie. Fantazji musiała już zagrać trochę odważniej i w 25. minucie doprowadziła do wyrównania za sprawą Adama Koziary. To na chwilę wybiło z uderzenia SDK, aczkolwiek w 30. minucie ta ekipa zdobyła nawet gola, lecz okazało się, że Alex Wolski nieprawidłowo wznowił piłkę z autu bramkowego i arbiter słusznie to trafienie anulował. No i zamiast 2:1, za chwilę zrobiło się 1:2, gdy ładnym strzałem z dość ostrego kąta pod poprzeczkę popisał się Kacper Pałka. Na odpowiedź przybyszów ze stolicy nie musieliśmy czekać zbyt długo. Sto dwadzieścia sekund później być może jeszcze ładniejsze trafienie zanotował Oskar Kwapisz. Wynik 2:2 długo pozostawał nienaruszony. Aż do 39. minuty, bo wtedy na parkiecie zrobiło się naprawdę gorąco.

Sędzia podyktował rzut wolny dla Na Fantazji i podczas gdy arbiter był zajęty odsuwaniem muru i innymi czynnościami związanymi ze stałym fragmentem gry, głupotę w polu karnym SDK zrobił Kacper Pałka. Próba uderzenia głową rywala na początku umknęła rozjemcy spotkania, ale czujne oko VAR-u wszystko zweryfikowało. Zawodnik ekipy z Kobyłki wyleciał z boiska, ale przy okazji żółtą kartkę otrzymał też Alex Wolski. To spowodowało, że na boisku zrobiło się znacznie luźniej, co ekipa Kuby Godlewskiego wykorzystała. I to właśnie kapitan Fantazji zagrał do Kamila Osowskiego, a ten, będąc niepilnowanym, zdobył – wydawało się – zwycięską bramkę dla grających w białych strojach. Do końca spotkania było kilkanaście sekund i myśleliśmy, że tego nie da się już wypuścić. SDK miało jednak inne zdanie w tej kwestii. Udało im się dotransportować jakoś piłkę w pole karne Fantazji, a tam Marcin Marciniak spowodował upadek Kacpra Jankowskiego. Sędzia obejrzał to sobie na powtórkach i nie miał wątpliwości – karny! Do piłki podszedł Oskar Kwapisz i wygrywając wojnę nerwów z golkiperem konkurentów, ustalił wynik spotkania na 3:3. Remis był zasłużony, a może nawet należałoby stwierdzić, że było to absolutne minimum, na jakie zasłużyli gracze SDK, bo oni jednak w tym meczu wykazywali więcej inicjatywy. Jednak z ogólnej perspektywy najważniejsze jest to, że zarówno jedni, jak i drudzy wciąż zachowują realne szanse na realizację celów postawionych przed sezonem. A wystarczy spojrzeć na tabelę, by stwierdzić, że emocje w końcówce rozgrywek to nie będzie jedynie wyświechtany frazes, lecz prawdziwa jazda bez trzymanki.

Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: