fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 8.kolejki 4.ligi!

14 lutego 2026, 21:06  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

To już pewne! KS ProBram24 i TG Sokół uzyskały awans na wyższy poziom rozgrywkowy. Dla tych drugich to druga promocja z rzędu.

Ale nie samymi emocjami związanymi z ligową czołówką człowiek żyje. W poniedziałek zaczęliśmy bowiem od bardzo ważnego spotkania drużyn z dołu tabeli, a mianowicie Handyman kontra Lema. Logistycy nie mogli tutaj przegrać, bo gdyby tak się stało, ich szanse na utrzymanie byłyby zerowe. Remis to minimum, co należało osiągnąć, aczkolwiek pewnie znajdą się tacy, którzy nawet w taki scenariusz dla drużyny Darka Piotrowicza nie wierzyli. I trudno się dziwić, bo ostatnie występy były średnie, a Handymani, nawet jeśli przegrywali, to jednak stawiali większy opór niż gracze z Radzymina. Dodatkowo Lema nie mogła liczyć na nominalnego bramkarza, więc między słupkami stanął z konieczności Hubert Sochacki. A jak wyglądał sam mecz? Zaczęło się dobrze dla grających w białych strojach, bo w 2. minucie Darek Piotrowicz ładnie oszukał Daniela Pszczółkowskiego i było 1:0, lecz dosłownie w następnej akcji wyrównał Artur Kielczyk. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, gdy szybko widzimy dwa gole solidarnie rozłożone pomiędzy dwa zespoły, to potem temperatura meczu trochę spada. Tak było i w tym wypadku. Kolejną bramkę zobaczyliśmy dopiero tuż przed upływem kwadransa i znowu na listę strzelców wpisał się Darek Piotrowicz.

W obozie Handyman na boisku pojawił się wtedy najlepszy snajper tej ekipy, Kacper Kałuski, i w drugiej połowie nie trzeba było czekać, aż ten chłopak da o sobie znać. W 22. minucie doprowadził do remisu, a kilka chwil później podopieczni Krzyśka Smolika byli już o bramkę z przodu po trafieniu Franka Kucharskiego. A gdy w 33. minucie faworyci zyskali dwa gole zapasu, myśleliśmy, że spokojnie dowiozą trzy punkty do końca. I mieli obowiązek to zrobić. Co prawda na 120 sekund przed końcem potyczki straty zmniejszył Przemek Jabłoński, ale lada moment Artur Kielczyk miał pustą bramkę przed sobą i gdyby trafił, byłoby po meczu, lecz w niewytłumaczalny sposób spudłował. Lema była więc ciągle w grze i na kilkanaście sekund przed końcem dostała jeszcze rzut wolny z okolic pola karnego. Wiedzieliśmy, że do tej piłki musi podejść Hubert Sochacki, bo znamy go i wiemy, jak świetnie potrafi bić stałe fragmenty. A Handymani, jeśli o tym nie wiedzieli, to się dobitnie przekonali, bo kapitalne uderzenie popularnego „Budynia” spowodowało, że nawet taki ekspert od bronienia jak Daniel Pszczółkowski nie miał nic do powiedzenia. Skończyło się więc remisem, który powoduje, że wciąż nie wiadomo, kto oprócz Semoli opuści czwartoligowe szeregi. W lepszej sytuacji wciąż są Handyman, chociaż sposób, w jaki Logistycy uratowali się w tym spotkaniu, powoduje, że oni nie odpuszczą do końca. A jak się za chwilę przekonacie – mają jeszcze jeden powód, żeby w ostatniej kolejce dać z siebie maksa.

Remis w starciu Lemy z Handyman spowodował, że nie było już nawet matematycznej możliwości, że z ligi spadnie Alpha Omega. Taka perspektywa byłaby jeszcze, gdyby mecz wyżej wygrała Lema, zwłaszcza że te ekipy spotkają się ze sobą w ostatniej kolejce. Nie wydaje nam się jednak, by gracze Sebastiana Giery w jakikolwiek sposób analizowali tabelę i poczuli w związku z tym jakąś ulgę. Wręcz przeciwnie – oni byli sfokusowani tylko i wyłącznie na tym, żeby utrzeć nosa Sokołowi. Czy takie myślenie, biorąc pod uwagę znaczną różnicę w liczbie punktów i miejscach w tabeli, było w ogóle czymkolwiek podparte? Jak najbardziej. Sokół w kilku spotkaniach punkty trochę wymęczył, natomiast Alpha wyraźnie złapała dobrą formę i jej celem było tutaj sprawienie niespodzianki. No i pierwszy krok w tym kierunku został wykonany już w 25. sekundzie – Sebastian Giera oddał strzał na bramkę Sokoła, a tam prosty błąd popełnił Kacper Lewandowski i zrobiło się 1:0. Faworyci szybko jednak odpowiedzieli – w 5. minucie Patryk Prażmo uderzył płasko z rzutu wolnego i Piotrek Skonieczny nie miał szans, by sięgnąć piłkę. Wynik 1:1 nie ostał się jednak do przerwy. Najpierw okazję, by go zmienić, mieli gracze Omegi, lecz nie wykorzystali dobrej sytuacji, co spotkało się z karą, gdy w 14. minucie bramkę dla przybyszów z Brwinowa zanotował Piotrek Orman. W końcówce tej części spotkania mieliśmy jeszcze strzał w słupek Patryka Drużkowskiego, ale co nie udało się przegrywającym wtedy, udało się na starcie drugiej połowy, a gola znowu zdobył Sebastian Giera. I chyba znowu można mieć lekkie pretensje o tę interwencję do Kacpra Lewandowskiego.

Z niecierpliwością czekaliśmy, co wydarzy się dalej. No i w 29. minucie gola zdobył zawodnik Alphy, tyle że do własnej bramki, a był nim Patryk Drużkowski, naciskany przez Kubę Obsowskiego. Ekipa z Radzymina nie chciała jednak dać za wygraną. W 33. minucie Damian Boryczko obsłużył świetnym podaniem Bartka Lipskiego, a ten precyzyjnym strzałem po dalszym słupku wyrównał i na siedem minut przed końcem wynik brzmiał 3:3. Wtedy jednak Sokół przypomniał, dlaczego potrafi przechylać mecze w kluczowych momentach spotkania. Wszystko rozstrzygnęło się tak naprawdę w dwie minuty, gdy najpierw ładnie uderzył z dystansu Patryk Prażmo, a potem, po stracie Alphy w obronie, ten sam zawodnik zanotował asystę, a gola strzelił Oskar Muszelik. Sprawę na wszelki wypadek domknął Piotrek Orman i Sokół już wiedział, że właśnie zapewnił sobie minimum srebrne medale 19. edycji 4. ligi! Na podsumowanie przyjdzie jeszcze pora, natomiast nie po raz pierwszy potwierdziło się, że chłopaki nie panikują i potrafią zachować zimną krew w najbardziej potrzebnym momencie. Alphie chyba trochę zabrakło doświadczenia, ale i oni tutaj zaprezentowali się wystarczająco długo na niezłym poziomie, by określić, że to był kolejny solidny mecz w ich wykonaniu. Zresztą oni pewnie już myślą o poniedziałku, gdzie w bratobójczym pojedynku zmierzą się z Lemą Logistic. Dlaczego to takie ważne? Bo jeśli nic się nie zmieniło, to Sebastian Giera, kapitan Omegi i Darek Piotrowicz, pełniący tę sąmą funkcję u Logistyków, pracują w jednej firmie. I założymy się, że każdy z nich zrobi wszystko, by przez najbliższy rok nie słuchać pier****** tego drugiego ;)

Aż 18 goli padło za to w szalonej potyczce ProBramu z Pobudką. Było to prawdopodobnie jedno z najbardziej specyficznych spotkań w tym sezonie. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że nominalni goście przyjechali na to starcie bez zmian. Biorąc pod uwagę, że ProBram chciał się ustawić na pole position, jeśli chodzi o walkę o złoto przed ostatnią kolejką, to tutaj nie należało oczekiwać z ich strony jakiejkolwiek taryfy ulgowej. To nie był zresztą jedyny argument, jaki determinował zespół Bartka Gorczyńskiego, by nawet przez moment tutaj nie odpuścić, bo część ich zawodników, głównie Janek Greloch, aktywnie liczy się w walce o nagrody indywidualne, więc im też zależało, by tutaj padło jak najwięcej goli. No i tak realnie oceniając możliwy scenariusz, to zakładaliśmy, że wszystko w ekipie Pobudki może wyglądać nieźle do momentu utraty pierwszej bramki. I tak to faktycznie wyglądało, bo zanim cała ich gra posypała się jak domek z kart, to nie tylko dobrze i szczęśliwie się bronili, ale nawet mieli jakieś okazje. To oczywiście nie jest tak, że ich wykorzystanie cokolwiek by tutaj zmieniło, natomiast mogłoby delikatnie poprawić morale przed dalszą częścią spotkania.

No ale nie udało się tego zrobić, a mniej więcej od 10. minuty, gdy pierwszego gola dla przeciwników zdobył Janek Greloch, to już była równia pochyła. Na koniec pierwszej połowy wynik brzmiał 6:0, a po niej przewaga faworytów nie malała, bo i nie mogła. Pobudka w 25. minucie za sprawą Dominika Szulika zdołała co prawda otworzyć swój dorobek bramkowy, lecz to była tylko przerwa w regularnym dziurawieniu ich bramki. Mniej więcej przy stanie 1:8 na parkiet dojechał Sebastian Ignacak. Wiedzieliśmy, że gdy on wejdzie na plac, to Pobudka postara się, żeby trochę ten wynik przypudrować. Ale nawet gdy już udało mu się zmienić na polu gry Dominika Szulika, to ProBram dorzucił dwa kolejne trafienia i prowadził aż 10:1. Od tego momentu Pobudka wzięła się jednak do roboty. Wykorzystując być może lekkie lekceważenie ze strony przeciwnika, dystans bramkowy między zespołami zaczął się drastycznie kurczyć: 10:2, 10:3, 10:4, 10:5, 10:6, a w 38. minucie po trafieniu Arka Zajączkowskiego było nawet tylko 10:7! Na tym jednak ten bramkowy rajd przegrywających się zakończył, a gol Norberta Grzymały dla ProBramu ostatecznie zakończył tutaj dywagacje odnośnie potencjalnej remontady. Mimo wszystko należy pochwalić ekipę Łukasza Świstaka i może nawet trochę żałujemy, że nie dane im było zagrać tutaj w pełnym składzie od początku, bo to mógłby być zupełnie inny mecz. Mimo wszystko ten zespół wciąż jest w grze o brązowy medal i spodziewamy się, że na Byczki przyjedzie w mocnym zestawieniu. Co do ProBramu, to na wstępie należy mu pogratulować, bo to już było praktycznie pewne tydzień wcześniej, natomiast oni już wiedzą, że po dwurocznej przerwie wrócą na łono 3. ligi. I chyba nawet nie będziemy specjalnie oceniać tego, co stało się w drugiej połowie, bo po prostu ciężko nam ocenić ich motywację do gry przy tak wysokim prowadzeniu. Ale jedno jest pewne – w najbliższy poniedziałek, gdy będą się ważyły losy złota, takiej gry na pół gwizdka na pewno nie uświadczymy. Bo oni nie tylko będą chcieli zdobyć złoto 4. ligi, ale też zrobić to w stylu godnym mistrza.

Trochę inne cele przyświecały w poniedziałek zespołom Byczków i Semoli. Ci pierwsi chcieli się przede wszystkim zrehabilitować za dwa bardzo słabe poprzednie spotkania, natomiast drudzy szukali ratunku przed uniknięciem degradacji, a do tego potrzebowali przynajmniej remisu, aczkolwiek najlepsze byłoby zwycięstwo. Motywację mieli zresztą nie tylko ze względu na to, co działo się w tabeli, ale również biorąc pod uwagę to, że na trybunach zasiedli ich kibice oraz pracownicy Semoli, na czele z prezesem, który finansuje ich udział w zmaganiach. Szkoda tylko, że trochę nie dojechali ze składem, natomiast biorąc pod uwagę, że i Byczki miały w tym względzie swoje problemy, to wszystko to gdzieś nam się wyrównało. A czy sam mecz również był tak zacięty? Byliśmy niemal przekonani, że piłkę w posiadaniu będą miały tutaj głównie Byczki i w tym względzie zaskoczenia nie było. No ale z tej przewagi nie za wiele wynikało. Semola była bardziej konkretna i w 12. minucie Krzysiek Jędrasik ładnie znalazł Jarka Wielebę, a ten w dogodnej sytuacji znalazł sposób na Dawida Pływaczewskiego. To rozjuszyło nominalnych gospodarzy, którzy z nawiązką odrobili straty. Najpierw z rzutu wolnego gola zdobył Mateusz Morawski, potem Maciek Banasek ładnym strzałem doprowadził do stanu 2:1, a serię trafień ekipy ze Starych Babic zakończył Mateusz Morawski, który zabrał piłkę Maćkowi Moszczyńskiemu i na dużym spokoju umieścił ją w bramce Maćka Szewczuka.

Spodziewaliśmy się, że to może być początek końca emocji w tym spotkaniu. Druga połowa trochę to potwierdziła, bo nie dość, że Semola szybko straciła Maćka Moszczyńskiego w wyniku kontuzji, to nadal miała dość niskie posiadanie piłki. A wiadomo, że jak nie masz posiadania, no to ciężko też o dogodne okazje. Byczki robiły natomiast użytek ze swojej przewagi i w 28. minucie hat-trick Mateusza Morawskiego powodował, że tutaj nie było już żadnej opcji, że prowadzącym może się stać jakaś krzywda. W 39. minucie gola na 5:1 zdobył dla nich Kacper Krzyt, natomiast całość zakończyła bramka Jarka Wieleby, która dała jeszcze chwilę radości kibicom Semoli. No ale finalnie ten wynik oznaczał, że zespół Krzyśka Jędrasika już się ze strefy spadkowej nie wydźwignie. W poniedziałek zabrakło po prostu jakości i nie ma się w tym względzie co czarować, jakkolwiek na takie bardziej dogłębne analizy pewnie wstrzymamy się do ostatniego meczu. Natomiast Byczki zapewniły sobie utrzymanie w 4. lidze. I biorąc pod uwagę tylko to spotkanie, to zrobiły to na sporym spokoju. Szkoda, że brakowało go w wielu innych potyczkach, bo widząc tabelę, to że do 3. miejsca tracą w tym momencie tylko 4 punkty, to aż bolą te wszystkie mecze, które przegrały trochę po frajersku. Bo wystarczyło dosłownie jedno zwycięstwo więcej i w 9. kolejce wcale nie musieliby się przyglądać walce o brąz, ale realnie w niej uczestniczyć.

A skoro jesteśmy przy walce o najniższy stopień podium, to w tym kontekście arcyważne spotkanie odbyło się na sam koniec zmagań z 9 lutego. Gang Mapeta już wiedział, że w wyniku zwycięstw ProBramu i Sokoła awans mu odjechał, ale jak na absolutnego beniaminka w rozgrywkach, trzecie miejsce to i tak był wynik, o który ze wszystkich sił należało powalczyć. Co prawda chłopaki znowu mieli pewne problemy kadrowe, ale i tak mogli się cieszyć, że w rywalizacji z Mydlarzami ktokolwiek siedział na ich ławce rezerwowych, bo w obozie przeciwnika takiego komfortu nie było. Gabriel Skiba i spółka przyjechali gołą piątką i byliśmy niemal pewni, że to będzie kolejny, klasyczny mecz w ich wykonaniu, czyli do pewnego momentu powalczą, ale potem problemy kondycyjne okaże się barierą nie do przeskoczenia. Jak się jednak później okazało, to spotkanie miało tyle punktów zwrotnych, że tak naprawdę trudno powiedzieć, co ostatecznie zdecydowało o końcowym wyniku. Zacznijmy jednak od początku. Gang rozpoczął od gola na 1:0 w 8. minucie spotkania, ale Mydlarze długo z odpowiedzią nie czekali, bo szybko wyrównał Wojtek Maciejewski, a potem na 2:1 wynik zmienił Szymon Darkowski. Gang chyba już wtedy zrozumiał, że tutaj nie można liczyć tylko na to, że oponent się zmęczy, i zespół Kazika Grotte wziął się do roboty. Poskutkowało to świetnym okresem, który wygrali 3:0, a w ogólnym rozrachunku oznaczało to dwa gole przewagi. I właśnie wtedy według nas nastąpił zwrot w tym spotkaniu, bo Mapeciarze nie byli w stanie utrzymać tego, co wypracowali, i jeszcze przed przerwą dali się dogonić. Najpierw pokarał ich Gabriel Skiba, a potem sami sobie utrudnili sprawę, robiąc fatalną zmianę w momencie, gdy przeciwnik był blisko ich bramki, przez co Kacper Stępkowski miał za dużo miejsca i czasu, ostatecznie zamieniając to na bramkę na 4:4.

Z takim wynikiem udaliśmy się więc na przerwę, z kolei w drugiej połowie objawił się kolejny czynnik, który storpedował zwycięskie plany Gangu. Chodzi o skuteczność. Ta była na naprawdę fatalnym poziomie i mimo że spokojnie można stwierdzić, że obie drużyny tworzyły mniej więcej podobną liczbę okazji, to od pewnego momentu tylko jedni zaczęli swoje szanse wykorzystywać. Mydlarze odskoczyli aż na 8:4, a w międzyczasie Mapeciarze zmarnowali przynajmniej trzy wybitne okazje, których skończenie było absolutnym obowiązkiem. Cztery gole straty to było bardzo dużo, jednak ambitnie grający zawodnicy w czarnych koszulkach dwukrotnie doszli oponentów na dystans dwóch bramek. Najpierw doprowadzili do stanu 8:6, potem 9:7, ale na więcej nie było ich stać. Zwłaszcza że skuteczność, mimo bramek, które równolegle zdobywali, wcale się tak naprawdę nie poprawiła. Mydlarze w końcówce zaczęli natomiast wykorzystywać postawienie wszystkiego na jedną kartę przez przeciwników i finalnie wygrali to spotkanie 11:7.

I co się okazało? Otóż to, że to chyba oni stali się właśnie głównym kandydatem do brązu! Gang Mapeta czeka bowiem w ostatniej kolejce potyczka z Sokołem i jeśli przegrają lub nawet zremisują, a Mydlarze wygrają z Handyman, to właśnie zespół z Serocka wskoczy na najniższy stopień podium. To byłby niesamowity zwrot akcji, bo jedni już wyglądali na pewnych przynajmniej brązu, a dla drugich medal zdawał się być poza zasięgiem. A że takie historie są solą futbolu, to kto wie, czy Mydlarze, po pięciu latach udziału w rozgrywkach, wreszcie nie dorzucą do gabloty czegoś, co z ich potencjałem powinno się tam znaleźć już dawno temu.

Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: