fot. © www.nocnaligahalowa.pl

Opis i retransmisja 8.kolejki 3.ligi!

15 lutego 2026, 17:10  |  Kategoria: Ogólna  |  Źródło: inf.własna  |   dodał: roberto  |  komentarze:

To było tylko kwestią czasu. Klimag został mistrzem 3. ligi na kolejkę przed końcem rozgrywek! Goryczy spadku zaznały za to Szmulki.

Biorąc pod uwagę, że Klimag miał złote medale na wyciągnięcie ręki, musieliśmy mu jeszcze trochę utrudnić sprawę. Mecz z Mocną Ekipą w teorii lepiej nadawał się na koniec sezonu, natomiast bez sensu było go ustawiać właśnie wtedy, skoro istniała szansa, że drużyna Michała Zimolużyńskiego pokona Klimag i to spowoduje, że walka o mistrzostwo wydłuży się o tydzień. No ale nasz plan nie zakładał, że na to ważne - przecież również z perspektywy Mocnej Ekipy - spotkanie ta drużyna przyjedzie w bardzo okrojonym składzie. Nie ma sensu nawet wymieniać, kogo tutaj nie było. Dość powiedzieć, że zespół musiał się ratować dopisaniem jednego gracza, przez 40 minut grał bez zmian, a dwóch zawodników zagrało u nich dopiero pierwszy mecz w sezonie. To dawało jasny sygnał, że Mocna Ekipa nie będzie w stanie powstrzymać przeciwnika. Tym bardziej że Klimag dysponował z kolei mocnym zestawieniem i tak naprawdę tylko kwestią czasu wydawało się, kiedy tutaj wyrobi sobie odpowiednią przewagę. I pewnie zrobiłby to już w pierwszej połowie, lecz świetnie między słupkami Mocnej Ekipy spisywał się Łukasz Trąbiński. Dzięki jego kapitalnym interwencjom, a przy okazji czasami heroicznemu nastawieniu kolegów z obrony, wynik 0:0 udało się utrzymać do 16. minuty. Wówczas sprawy w swoje nogi wziął Piotrek Bergiel, który huknął nie do obrony. Rywale mogli jednak szybko wyrównać, lecz dobrej okazji nie wykorzystał Kamil Szlejzer.

Druga połowa wyglądała dość podobnie. Jedni atakowali, drudzy się bronili i czasami wychodzili z jakimś kontratakiem, aż wreszcie znowu kierownicę w dłoń musiał wziąć Piotrek Bergiel. Jego kolejne uderzenie z dystansu co prawda początkowo zakończyło się na słupku, ale piłka po odbiciu się od metalowej konstrukcji zrykoszetowała od pleców Łukasza Trąbińskiego i wpadła do siatki. Przewaga faworytów była więc dość bezpieczna, chociaż w 35. minucie stopniała. Kamil Szlejzer ładnie uderzył z okolic narożnika pola karnego po dalszym słupku i Rafał Michalak nie miał nic do powiedzenia. To spowodowało, że jakaś iskierka nadziei zaświeciła się w Mocnej Ekipie, lecz tylko na moment. W 39. minucie Piotrek Bergiel wyłożył piłkę jak na tacy Bartkowi Karpińskiemu, a ten nie mógł się pomylić. Za chwilę zobaczyliśmy kolejne trafienie dla graczy Patryka Maliszewskiego, które jednocześnie podstemplowało miano MVP dla Piotrka Bergiela. Ale najważniejsze było to, że lada moment syrena oznajmiła, iż KLIMAG ZOSTAŁ MISTRZEM 3. LIGI W SEZONIE 2025/26! Oczywiście ten wtorkowy mecz mógł wyglądać trochę lepiej, jednak nie jest pewnie łatwo się zmobilizować do walki, widząc, że przeciwnik gra bez zmian. Dlatego najważniejsze było zwycięstwo, które przy okazji przedłużyło serię wygranych Klimagu do siedmiu z rzędu. I pomyśleć, że Klimag był praktycznie ostatnią niewiadomą, jeśli chodzi o udział w rozgrywkach. Tak naprawdę to mieliśmy kogoś na ich miejsce, lecz Patryk Maliszewski zapierał się, że są ludzie i że będzie dobrze. Ale pewnie sam się nie spodziewał, że będzie aż tak dobrze ;) Brawo! Trochę skromniejsze gratulacje za to spotkanie należą się za to przegranym. Byli skazywani na pożarcie, może nawet na pogrom, a zamiast tego trochę siwych włosów przysporzyli oponentom. Tyle że ta przegrana pozbawiła ich już nawet matematycznych szans na podium i gdybyśmy mieli całościowo wskazać największe rozczarowanie sezonu, to nie da się ukryć, że Mocna Ekipa, z takimi zawodnikami, meldująca się w środku ligowej stawki 3. ligi, na pewno znalazłaby się w czołówce tej mało chlubnej klasyfikacji…

Klimag mistrz

Nie czekając na ostatnią kolejkę, śmiało też można napisać, że to nie był dobry sezon dla Szmulek. Można go było jednak próbować jeszcze ratować, lecz warunek we wtorek był prosty - trzeba było za wszelką cenę pokonać Gencjanę. Jednak rywale mieli identyczny cel, bo im również spadek zajrzał głęboko w oczy, dlatego mogliśmy doświadczyć bezpośredniej, czyli tak naprawdę sprawiedliwej oceny, kto faktycznie zasługiwał, by przedłużyć swoje szanse na utrzymanie, a kto nie. Po obu stronach było trochę nieobecności, jednak biorąc pod uwagę rangę spotkania, trzeba było o tym szybko zapomnieć i walczyć tym, co jest. Szmulki zaczęły całkiem nieźle, bo bardzo szybko piłka po centrostrzale Kuby Kaczmarka trafiła w słupek. Nie była to jednak zapowiedź wielkiej ofensywy ze strony ekipy z Pragi, bo im dłużej to spotkanie trwało, tym wyraźniejsza była przewaga Fioletowych. To oni regularnie zatrudniali do interwencji Karola Dębowskiego i w 15. minucie wreszcie dopięli swego - gola zdobył Marek Zbyszewski po asyście Piotrka Hereśniaka. Potem asystent przy tym golu mógł się sam pokusić o bramkę, lecz przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem. Wynik 2:0 wisiał jednak w powietrzu, bo lada moment Andrzej Walczuk zmarnował dogodną okazję.

Ostatecznie Gencjana musiała przenieść podwyższenie prowadzenia na drugą połowę i trzeba powiedzieć, że zrobiła to bardzo skutecznie. Ledwo bowiem rozpoczęła się finalowa odsłona, a po ładnej akcji całego zespołu wynik na 2:0 zmienił Evgenio Asinov. Wiara w Szmulki powoli ulatywała, bo czas mijał, a oni nie zrobili nic, czego moglibyśmy się chwycić i interpretować na ich korzyść. Sytuacja trochę się zmieniła, gdy w 29. minucie gola dla nich zdobył ten, którego mogło tutaj zabraknąć, czyli Borys Sułek. Jego strzał wylądował pod poprzeczką bramki Artura Fiodorowa i przegrywający na pewno uwierzyli, że nie wszystko jeszcze stracone. W tej iluzji żyli jeszcze przez kilka minut, podczas których niewiele jednak zdziałali. Aż wreszcie popełnili błąd, który sprawił, że Andrzej Walczuk doszedł do sytuacji oko w oko z Karolem Dębowskim i te okoliczności wykorzystał. Zresztą nawet nie raz, a dwa, bo ci panowie dosłownie kilkadziesiąt sekund później znowu się spotkali i znowu górą był napastnik Gencjany. Tego doświadczona drużyna Maćka Zbyszewskiego nie mogła już zmarnować i faktycznie dowiozła bezpieczną przewagę do końca. Tym samym Szmulki nie zdołały powtórzyć wyczynu sprzed roku i uchować się przed degradacją. Trudno jednak mówić o zaskoczeniu, bo wystarczy spojrzeć na ich wyniki i w odróżnieniu od poprzedniej edycji, teraz w wielu spotkaniach byli po prostu znacznie słabsi od przeciwników. Nie ma więc mowy o przypadku. A niewykluczone, że Gencjana i tak do nich dołączy w 4. lidze. Jej sytuacja, mimo tej wygranej, wciąż jest bowiem piekielnie trudna, a wszystko przez gorszy bezpośredni mecz z JMP, z którym mają tyle samo punktów. Trzeba więc liczyć, że uda się we wtorek zapunktować z Klimagiem, a JMP tego samego nie zrobi z Mocną Ekipą. Wydaje się to karkołomne, ale dopóki piłka w grze…

Gencjana miałaby większy komfort, gdyby grający po niej zawodnicy JMP przegrali z Las Vegas. Nie da się ukryć, że to był prawdziwy test dla Damiana Zalewskiego i spółki, bo oni wiedzieli, że każdy inny wynik niż porażka może oznaczać wyrok i drugi spadek z rzędu. Ale jeśli mamy być szczerzy, to patrząc na ich dokonania w trwającej kampanii i zestawiając to z bardzo mocnym składem, jakim przyjechało Las Vegas, nie dawaliśmy graczom z Warszawy wielkich szans. Musimy im jednak oddać, że zrobili wszystko, by tego spotkania nie przegrać, zanim ono się zaczęło. Mamy oczywiście na myśli kiepską frekwencję, która niestety często im się zdarzała w tym sezonie. Teraz było inaczej. Dojechali bowiem praktycznie wszyscy kluczowi gracze, dlatego wymówek nie było. Czy to przełożyło się na wynik?

Sam mecz okazał się niezwykle wyrównany. Nie było tutaj zespołu dominującego, jedni potrafili odpowiedzieć drugim, natomiast atutem JMP było to, że to oni zawsze wychodzili na prowadzenie. Tak było w pierwszej połowie, gdy gola z rzutu karnego po faulu Adama Wośka na Damianie Zalewskim wykorzystał Adrian Wrona. Las Vegas błyskawicznie odpowiedziało trafieniem Kuby Koszewskiego i do przerwy mieliśmy zasłużony remis. W drugiej połowie znowu w sukurs JMP przyszedł stały fragment gry. Tym razem był to rzut wolny. Do piłki podszedł Adrian Wrona i tylko gracze Las Vegas wiedzą, jak piłka przeszła przez ich mur i znalazła się w siatce. Nie należało tego jednak rozpatrywać za długo - czas uciekał, a przecież podopieczni Grześka Dąbały potrzebowali zwycięstwa, by zachować cień nadziei na walkę o medale. I w 32. minucie zrobili połowę potrzebnej roboty: Adam Wosiek wybił piłkę spod nóg Krystiana Schodowskiego, ta trafiła do Sławka Lubelskiego, który nie zmarnował dogodnych okoliczności. Drugą część planu gracze Las Vegas mogli załatwić dosłownie za chwilę. Kuba Koszewski praktycznie już cieszył się z bramki, lecz piłkę po jego strzale wybił z linii bramkowej Pedro Freire. To na pewno była jedna z kluczowych interwencji tego meczu. Wynik 2:2 ostał się do 38. minuty. Wówczas JMP wyszło z kontrą, Pedro Freire wycofał piłkę do Damiana Zalewskiego, a ten plasowanym uderzeniem umieścił ją w siatce. Zawodnicy Parano błyskawicznie podjęli decyzję, że trzeba zdjąć z boiska Roberta Leszczyńskiego i zastąpić go lotnym bramkarzem. Ten manewr nie tylko okazał się słuszny, lecz co najważniejsze skuteczny, bo atak pozycyjny rozegrany przy udziale Adama Wośka jako lotnego bramkarza przyniósł wyrównanie za sprawą Damiana Ozygały. Do końca spotkania było jeszcze kilkadziesiąt sekund i mimo że jednym i drugim zależało, by zdobyć zwycięskiego gola, to więcej trafień nie uświadczyliśmy. W obozie JMP mógł dominować niedosyt, aczkolwiek biorąc pod uwagę, jak wygląda tabela, to w ich sytuacji posiadanie dwóch punktów więcej i tak niewiele by zmieniło. Bo jeśli Gencjana jakimś cudem pokona Klimag, to oni też będą musieli zapunktować z Mocną Ekipą. No ale najważniejsze z ich perspektywy jest to, że tym remisem dali sobie możliwość decydowania o własnym losie, a grając w najbliższy wtorek tak, jak w ten ostatni, to spokojnie mogą powalczyć z braćmi Trąbińskimi o dobry wynik. Z kolei Las Vegas praktycznie zakończyło sezon w tym momencie. Jedno oczko to było za mało na ich potrzeby i już wiemy, że nie uda im się wrócić do 2. ligi od razu po spadku, ani nawet pomarzyć o medalu. Teraz jedyne, o co mogą powalczyć, to maksymalnie 4. miejsce, ale o tym, czy to będzie dla nich wystarczająca motywacja, by znów zjawić się przy Łukasińskiego w optymalnym składzie, przekonamy się dopiero we wtorek.

„Mecz o podium” - tak natomiast należało ocenić rangę spotkania, jakie odbyło się od godziny 22:20. Faludża starła się z MR Geodezją, a zwycięstwo w tej parze niemal gwarantowało przynajmniej brązowy medal na koniec sezonu. Ciut wyżej stały szanse Faludży, chociaż ich skład był dość wąski, natomiast po stronie Geodetów rezerwowych było więcej, jakkolwiek w kadrze brakowało choćby Serka Modzelewskiego, a więc bohatera ich ostatniej potyczki z Gencjaną. Ktoś pod jego nieobecność musiał wziąć na siebie ciężar zdobywania goli i już w 4. minucie można było wskazać potencjalnego następcę. Okazał się nim Wiktor Kania, który po precyzyjnym dograniu od Sebastiana Ryńskiego posłał piłkę pod poprzeczkę bramki Marcina Komorowskiego. Faludża szybko musiała przejść w tryb odrabiania straty i na efekty tego procesu czekaliśmy do 12. minuty. Wówczas w narożniku boiska o piłkę powalczył skutecznie Kamil Lubański, dograł ją do Olafa Baranka, ten przedłużył podanie do Piotrka Ogińskiego i zaraz był remis. Kluczowa dla wyniku premierowej odsłony była za to 16. minuta. Geodeci mieli bowiem wpierw dwie dogodne okazje, by znów być na prowadzeniu, ale nie wykorzystali ich, a po drugiej z nich Marcin Komorowski, golkiper Faludży, złapał piłkę, zagrał do Filipa Jesiotra, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam z Krzyśkiem Kunowskim. Wydawało się, że golkiper ekipy z Wołomina wyjdzie z tych opresji obronną ręką, bo sam strzał obronił, lecz potem nieszczęśliwie, nie mając kontroli nad piłką, wbił ją sobie do siatki. I wtedy nikt jeszcze nie zakładał, że ten pechowy gol okaże się ostatnim w tym spotkaniu.

No ale tak się stało, bo w drugiej połowie bramki nie uświadczyliśmy. Spora w tym zasługa „indolencji” Geodetów. Mieli bowiem okazje, by wyrównać stan posiadania. Najpierw w 22. minucie Marcin Błoński trafił w słupek, potem były jakieś nieskończone kontry, natomiast piłkę na wagę arcyważnego punktu miał w ostatnich sekundach Sebastian Ryński. Pozycja była idealna do strzału, ale też do podania, bo całą akcję zabezpieczał Wiktor Kania. Doświadczony zawodnik Geodezji wybrał ostatecznie indywidualne rozwiązanie, no ale niestety przestrzelił i w ten sposób Faludża jest już pewna, że niżej niż trzecie miejsce nie spadnie. Nawet bowiem zakładając, że przegrają swój ostatni mecz, to mają lepszy bilans bezpośrednich spotkań i z Adrenaliną, i z Geodezją. Z obozu zespołu z Falenicy wiemy jednak, że oni brązem się absolutnie nie zadowolą, bo celem jest awans. A ponieważ sezon kończą ze Szmulkami, to chyba lepiej to się dla nich nie mogło ułożyć. Bardzo skomplikowała się za to sytuacja Geodezji. Oni muszą liczyć nie tylko na wygraną z Białowieską, ale i na wpadkę Adrenaliny. Czy to jest możliwe? Trzeba wierzyć, że tak, bo naprawdę fajną puentą tego dobrego sezonu w ich wykonaniu byłby medal. Przede wszystkim jednak, z własnego punktu widzenia, muszą zrobić wszystko, by po ostatniej kolejce nie mieć sobie nic do zarzucenia. A skoro z Białowieską zmierzą się na otwarcie 9. serii, sprawa jest prosta: trzeba wygrać, a potem usiąść na trybunach i czekać na pomoc ze strony Las Vegas Parano.

Sporo w powyższych akapitach napisaliśmy już o Adrenalinie i Białowieskiej. No to teraz pora zrekapitulować to, co działo się w ich spotkaniu, które - tego pewnie tłumaczyć nie musimy - było bardzo ważne w kontekście tego, co dzieje się w górnej połowie tabeli. BETFAN lekko faworyzował ekipę Roberta Śwista i my się pod tym podpisywaliśmy. Głównie ze względu na większe możliwości ofensywne, oczywiście przy założeniu obecności najlepszych zawodników. Tym razem kapitan Adrenaliny mógł jednak liczyć praktycznie na wszystkich kluczowych graczy i nie trzeba było długo czekać na efekty. Wystarczyło 7 minut, a zespół w czarnych koszulkach wyrobił sobie dwubramkową przewagę. Najpierw gola po asyście Wiktora Januszewskiego zdobył Klaudiusz Smolewski, a lada moment Przemek Zieliński obsłużył Kacpra Waniowskiego, a ten podwyższył stan posiadania. Białowieska sprawnie jednak odpowiedziała, gdy po indywidualnym rajdzie i mocnym strzale, Antek Sonnenfeld pokonał Bogdana Stefańczuka. Jednak w tym meczu ogromną siłą Adrenaliny była umiejętność odpowiedzenia na to, co zrobi przeciwnik, i tak było też w tym przypadku, bo wystarczyła chwila, a Adrenalina znów miała dwa gole zapasu, tym razem po trafieniu swojego kapitana. Białowieska musiała więc znowu dążyć do tego, by złapać bramkowy kontakt i powinna to zrobić już w 10. minucie, lecz doskonałej okazji nie wykorzystał Janek Keczeń. Udało mu się jednak sprawnie zrehabilitować, gdy w 12. minucie wykorzystał dobre zagranie od Marcina Krucza i znalazł drogę do siatki. To nie był jednak koniec strzelania w pierwszej części spotkania. W 16. minucie Adrenalina buduje fajną akcję od obrony, a na końcu podanie Mikołaja Kuleja finalizuje Wiktor Januszewski. Rywale się jednak nie zrażają i lada moment drugiego gola dla zawodników z Warszawy inkasuje Antek Sonnenfeld. Ostatnie słowo w tej części gry należało jednak do Roberta Śwista. Kapitan swojej ekipy miał tego wieczora dobrze ułożoną stopę i zamknął premierowe 20 minut przy stanie 5:3.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że w drugiej połowie ten wynik utrzyma się bardzo długo. To działało oczywiście na korzyść tylko jednej ze stron, jednak Białowieska, mimo upływającego czasu, wciąż wierzyła, że jeszcze nie wszystko stracone. A uwierzyła w to na dobre, gdy po stałym fragmencie gry wynik na 5:4 zmienił Marcin Krucz. No ale znowu nie udało się tego pozytywnego czasu zamienić na coś więcej, ani nawet utrzymać tej minimalnej straty do przeciwnika. Tutaj trzeba wrzucić kamyczek do ogródka kapitana Białowieskiej, Krzyśka Sonnenfelda, który na nieco ponad minutę do końca meczu stracił piłkę w newralgicznej strefie, a Robert Świst takich prezentów nie marnuje. Jego gol zamknął wynik spotkania na 6:4 i sprawił, że Adrenalinę dzieli już bardzo niewiele od tego, by skończyć sezon z medalem. Awans może być nieosiągalny, biorąc pod uwagę gorszy wynik bezpośredniego meczu z Faludżą. Natomiast naszym zdaniem Adrenalina nawet na to nie liczy, bo biorąc pod uwagę, że ta ekipa stworzyła się de facto dopiero kilka dni przed sezonem, to na nasze oko brąz będzie dla nich fajnym ukoronowaniem tej kilkumiesięcznej przygody. Na podobny scenariusz nie ma już szans Białowieska. Ta - skądinąd zasłużona - porażka definitywnie oddaliła ich od podium, lecz i w ich przypadku łatwo można znaleźć cel, który powinien spokojnie zadowolić ich jak na pierwszy sezon po długim rozbracie w NLH. Wystarczy, że wygrają ostatni mecz z Geodezją i jest duża szansa, że skończą zmagania w górnej połowie tabeli. A to byłby fajny fundament na kolejny sezon, o ile oczywiście Krzysiek Sonnenfeld i spółka podtrzymują zdanie, że nie wybierają się na kolejną dłuższą przerwę od Nocnej Ligi.

Retransmisję wszystkich spotkań trzeciej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.

Komentarze użytkowników: