fot. © www.nocnaligahalowa.pl
Opis i retransmisja 8.kolejki 2.ligi!
To, co widzimy w tym momencie na czele ligowej stawki, to obrazek, którego nie zakładaliśmy. Czyżby Górale i Everest miały zostawić w tyle Kolos i Ternovitsię!?
Skoro przy Evereście jesteśmy, to oni w środę znowu zagrali bardzo solidne spotkanie. A to wcale nie było takie pewne, bo chociaż ta drużyna prezentowała się ostatnio bardzo dobrze, to jednak w starciach z innymi ekipami z Ukrainy nie była faworytem, a tutaj tak. Zastanawialiśmy się, jak sobie z tym poradzi. W dodatku mierzyła się z Ferajną, która złapała w ostatnich tygodniach bardzo dobrą formę. Wydawało nam się wręcz, że podopieczni Damiana Białka są w stanie ugrać tutaj jakieś punkty, chociaż gdy w trakcie dnia spływały do nas informacje, że nie będzie Patryka Grzelaka, Pawła Marczaka i kilku innych graczy, to jednak nasza wiara była w tej kwestii coraz mniejsza. No i na parkiecie to się potwierdziło. Co prawda gracze w białych strojach zaczęli mecz od prezentu ze strony rywala, w postaci żółtej kartki, jaką zobaczył Valentyn Khomenko, lecz nie potrafili wykorzystać przewagi. Potem w 9. minucie strzał w słupek zanotował Alan Krupa, ale odnosiliśmy wrażenie, że to Everest powoli zaczyna tutaj ustawiać sobie grę. Żeby jednak objąć prowadzenie, w sukurs przyszedł mu stały fragment gry. Valentyn Khomenko zagrał do Yosifa Manuchariana, a ten huknął z pierwszej piłki i Damian Białek nie sięgnął piłki. A za chwilę było już 2:0 - błąd popełnił Marcin Makowski, rywale zabrali mu piłkę i wystarczyła chwila, by straty się powiększyły.
W drugiej połowie tak naprawdę niewiele się zmieniło. Everest dość spokojnie kontrolował wydarzenia na boisku, a w 25. minucie miał już trzy bramki zapasu, gdy z dość ostrego kąta gola zdobył Vladyslav Burda. Biorąc pod uwagę, że faworyci dość łatwo rozbijali ataki oponentów, to tutaj nie było już opcji, żeby nastąpiła jakaś remontada. Może gdyby w 30. minucie Daniel Białek trafił w idealnej okazji, to nastąpiłby jakiś zwrot, lecz po tym pudle łatwo było dojść do wniosku, że skoro takich sytuacji Ferajna nie wykorzystuje, no to nie ma tutaj już czego szukać. Próbował jeszcze Alan Krupa, lecz i on miał kiepsko nastawiony celownik, w przeciwieństwie do Illii Shemanueva, który w 35. minucie zdobył bramkę, która definitywnie zakończyła jakiekolwiek dywagacje odnośnie punktów. Everest ostatecznie nie tylko wygrał, ale nie stracił nawet bramki, co pokazuje, jak konsekwentnie grał tutaj od początku do końca. No i jak zwykle wykorzystywał dużą część błędów, jakie popełnili gracze Ferajny, a tych niestety nie brakowało. Co ten wynik oznacza dla triumfatorów? Że w ostatniej kolejce wystarczy im jeden punkt, by uzyskać awans. Jeśli jednak chcą być mistrzem, tutaj będą musieli poczekać na wynik meczu Górali, od których mają gorszy mecz bezpośredni. Ferajna natomiast pozbyła się jakichkolwiek nadziei odnośnie podium. Można żałować, że na tak ważny ze swojej perspektywy mecz przyjechała przetrzebiona, ale widocznie oni spinają się tylko wtedy, kiedy trzeba bronić się przed spadkiem. Nieprzyzwyczajeni do walki o coś wiecej, gdy nadarza się taka okazja, grzecznie odmawiają i dają pierwszeństwo innym.
Litościwa w środę okazała się też KS Seta. Ona już jakiś czas temu zapewniła sobie utrzymanie w 2. lidze, a ponieważ nie miała też wielkich szans na medale, to zarówno do spotkania z Warsaw Fire, jak i tego wieńczącego sezon, mogła podejść na totalnym luzie. Kto wie, czy jednak nie poczuła się zbyt luźno, bo w starciu z potrzebującymi punktów jak tlenu Strażakami wypadła bardzo blado. Oczywiście moglibyśmy to trochę usprawiedliwić brakiem kilku ważnych graczy i dość krótką ławką, no ale o ich rywalach moglibyśmy napisać dokładnie to samo. Zresztą długo nic nie zapowiadało, że ta potyczka może się dla miejscowych tak fatalnie skończyć. W 5. minucie Patryk Sadurek trafił w słupek, w obronie też nie wyglądało to źle, natomiast w 11. minucie doszło do sekwencji zdarzeń, które trochę nakręciły to, co działo się później. Bo właśnie wtedy Kamil Bereda nie wykorzystał stuprocentowej okazji dla Sety, a za chwilę piłka znalazła się po drugiej stronie boiska i tam Grzesiek Śliwiński był w stanie otworzyć wynik na korzyść Warsaw Fire. No i to nakręciło zespół Tomka Janusa. Co prawda przed upływem kwadransa fatalne pudło na praktycznie pustą bramkę zanotował Mariusz Kapsa, lecz i on, i koledzy z drużyny szybko o tym zapomnieli, bo w końcówce pierwszej połowy i tak udało im się podwyższyć rezultat na 3:0.
Z kolei druga połowa to już totalna dominacja Strażaków. Widać, że zależało im na każdym golu, na każdej akcji i spokojnie wyrabiali sobie coraz większą przewagę. W 32. minucie prowadzili już nawet 7:0 i zaczęliśmy się zastanawiać, czy miejscowi zdobędą tutaj w ogóle bramkę. To się udało, chociaż Daniel Kowalski czy Patryk Sadurek, którzy tutaj wpisali się na listę strzelców po stronie Sety, żadnego entuzjazmu nie wykazywali - i trudno się dziwić. Tym bardziej, że rywale też nie próżnowali i ten nierówny mecz zakończył się finalnie wysokim zwycięstwem zespołu będącego wciąż w strefie spadkowej. No ale właśnie - tak się złożyło, że dzięki tej wygranej i równoczesnej porażce Tuby Juniors, Tomek Janus i spółka wciąż są w grze o utrzymanie. I co lepsze - wszystko mają w swoich rękach, bo ostatni mecz grają właśnie z Tubiarzami! Z dobrych źródeł wiemy, że chcą tutaj zmontować dobry skład i kwestię pozostania w 2. lidze pozostawić sobie, a nie organizatorowi i ewentualnym przetasowaniom. Co do Sety, to mamy nadzieję, że w kolejną środę będą chcieli zmazać plamę ze swojego ostatniego występu. Bo jeśli sezon zakończą porażkami z dwoma zespołami, które na ten moment są w strefie spadkowej, to być może zaczniemy się zastanawiać, czy oni utrzymania nie wywalczyli przypadkiem trochę na farcie. I nie tyle własnymi możliwościami, co jednak w dużej mierze słabościami innych.
O ile Warsaw Fire ma jeszcze jakieś szanse, by wydźwignąć się z zagrożonej strefy, to w 8. kolejce swój los przypieczętował Goat Life Sport. Gracze Kamila Kozłowskiego musieli zrobić jakieś punkty na Ternovitsii, by marzyć jeszcze o tym, by mecz z ostatniej kolejki był o coś. I tak naprawdę los dał im gwiazdkę z nieba. Okazało się bowiem, że ekipa z Ukrainy przyjechała bardzo okrojonym składem. Nie dość, że brakowało wielu zawodników z podstawowego składu, to na ławce rezerwowych był tylko kapitan, Roman Shulzhenko. No i ten mecz wystartował dla Goatów całkiem nieźle. Od razu widać było, że Ternovitsia będzie się tutaj oszczędzała, więc gracze w czarnych strojach mieli względny spokój w rozegraniu piłki i kreowaniu ataków. No i w 7. minucie objęli nawet prowadzenie. Paweł Głuszek zagrał do Grześka Kowerskiego, ten ładnie odwrócił się z piłką wzdłuż linii końcowej, a potem uderzył pod poprzeczkę i Danylo Artemenko był bezradny. Tym bardziej szkoda tego, co wydarzyło się niecałe 5 minut później. Sebastian Sasin popełnił banalną stratę, którą na gola dla rywali zamienił Vladyslav Voronov. Potem mieliśmy okres bez stuprocentowych okazji, lecz w końcówce pierwszej połowy znów zaczęło się dziać. I ponownie w roli głównej był Grzesiek Kowerski. To on świetnie zgrał piłkę do Mateusza Kubalskiego, który huknął nie do obrony i przywrócił prowadzenie „czerwonej latarni” rozgrywek. Potem jednak Grzesiek się nie popisał. Jego faul skutkował żółtą kartką, co Ternovitsia przyjęła z wdzięcznością i błyskawicznie wykorzystała dużo wolnej przestrzeni, zdobywając gola na 2:2. Przy takim wyniku zeszliśmy na przerwę i tutaj ciężko było przewidzieć, co wydarzy się w finałowych 20 minutach. A działo się, prawdę mówiąc, niewiele. Jakość i spokój były po stronie Ternovitsii, lecz nie przekładało się to na gole, z kolei Goatsi też mieli swoje momenty, ale nie po raz pierwszy brakowało im w ataku kogoś szybkiego, kto dostałby piłkę, wygrał jakiś pojedynek jeden na jeden i zdobył bramkę.
Jednak nawet ten remis nie był z perspektywy Goatów zły. Ale po co remis, jak można przegrać? Od dłuższego czasu gdzieś zapowiadało się na scenariusz, że w końcówce Ternovitsia wykorzysta jakiś błąd w rozegraniu piłki przez rywali i zdobędzie tutaj bramkę. No i dokładnie tak się stało. Złe podanie Maćka Kryśkiewicza wykorzystali oponenci, Serhii Romanovsky za chwilę dograł piłkę do Vlada Voronova, a ten na dużym spokoju umieścił ją w siatce. Ternovitsia poszła zresztą za ciosem i na kilka chwil przed końcową syreną zdobyła jeszcze jedną bramkę, dzięki czemu zapisała na swoje konto ważne zwycięstwo. Owszem - nad rywalem znacznie niżej notowanym, lecz biorąc pod uwagę okoliczności, to nie wolno się na te trzy punkty obrażać. Zwłaszcza, że Terno nadal jest w grze o medale i jeśli pokona Ferajnę, to powinna wskoczyć na podium. Goatów natomiast nie będziemy po tym meczu żałować. Czego jeszcze potrzebowali, żeby pokonać ekipę z Ukrainy? Mieli przewagę kondycyjną, mieli też sytuacje, gdzie naprawdę zapowiadało się na fajne kontry, ale powiedzmy to sobie uczciwie - mieli za mało jakościowych graczy, żeby zrobić z tego użytek. Błędy w przyjęciu, w decyzyjności, w prostych rzeczach - tak nie da się wygrać meczu, który stanowił o ich "być albo nie być" w drugiej lidze. Dlatego to, co widzimy teraz w tabeli, to nie jest przypadek. Miejsce Goat Life Sport jest po prostu w 3. lidze.
A teraz przechodzimy do największej niespodzianki, jakiej doświadczyliśmy w środę. Mało kto bowiem wyobrażał sobie, że FSK Kolos może dać się pokonać Gato FS, a gdy okazało się, że w obozie faworytów jest Pavlo Paduk, to nie mieliśmy co do tego praktycznie żadnych złudzeń. Może ta konstatacja jest trochę bolesna dla Gato, no ale mimo szacunku do ostatnich wyników osiąganych przez ten zespół, skład Kolosa, chociaż wciąż daleki od optymalnego, i tak powinien tutaj zagwarantować sukces. Co więc takiego się stało, że zamiast pewnego zwycięstwa Ruslana Khudyka i spółki skończyło się porażką, która postawiła na włosku awans Kolosa do 1. ligi? Na pewno pierwsza połowa nie poszła po myśli faworytów. Zaczęło się świetnie, bo Pavlo Paduk dość szybko zaakcentował swój powrót na nocnoligowe parkiety i w 7. minucie otworzył wynik. Potem jednak błąd popełnił golkiper FSK, Marjan Karhut. Wypuścił on z rąk prosty strzał Andrija Rosinskiego, do piłki dopadł Maksym Drobotey i wpakował ją do siatki. A w 10. minucie golkiper Kolosa miał z kolei pecha, bo piłka po strzale Maksyma Droboteya odbiła się od słupka, od jego pleców i również ugrzęzła w siatce. Ta bramka na jakiś czas totalnie zamroziła faworytów. W konsekwencji zaraz stracili trzeciego gola, a potem znowu nie popisał się bramkarz, który za zagranie ręką daleko od własnej bramki zobaczył żółtą kartkę. Gato wykorzystało przewagę i do przerwy sensacyjnie prowadziło aż 4:1! To była naprawdę spora przewaga.
Jednak Kolos na drugą połowę wyszedł odmieniony. Co ważne - zdjął bramkarza, a w jego miejsce wpuścił lotnego golkipera, w osobie Olega Hanuty. I chociaż na efekty tej decyzji musieliśmy trochę poczekać, to gdy już gracze w zielonych strojach poukładali sobie grę, to byli nie do powstrzymania. Potrzebowali dosłownie pięciu minut, by kilkukrotnie rozklepać przeciwnika i wyrównać! To sugerowało, że zaraz odjadą z wynikiem i będzie po meczu. No ale nagle zaczęli kombinować z taktyką, która przynosiła im korzyść, a w dodatku prosty błąd przytrafił się Andrijowi Pavelce, który stracił piłkę, a Yaroslav Burlachenko wykorzystał to i wstrzelił ją do pustej bramki. Kolos znów musiał gonić, ale od czego ma Pavla Paduka? Ten zawodnik włożył w 34. minucie chyba całą swoją złość w uderzenie i futsalówka z ogromną siłą zatrzepotała w bramce Antona Dychenki. Pomyśleliśmy: „ok, w takim razie to chyba teraz następuje koniec żartów i koniec nadziei Gato na dobry wynik”. Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego. Gato zaczęło czerpać z kolejnych banalnych pomyłek przeciwnika, które powodowały, że ich bramka była pusta. Użytek zrobił z tego przede wszystkim Yaroslav Burlachenko, który niemiłosiernie punktował każdą wpadkę przeciwnika. W trzy minuty, niemal w ten sam sposób, skompletował klasycznego hat-tricka, a łącznie zdobył w tym meczu aż pięć goli. Tym samym sensacja stała się faktem! Kolos przegrał i wiele wskazuje na to, że mistrzem już nie zostanie, ale wciąż jest w grze o awans. Żeby jednak go osiągnąć, trzeba będzie pokonać w ostatniej kolejce Górali. Myśleliśmy, że na tym etapie sezonu losy Kolosa będą już dawno przesądzone i to oni będą się patrzeć, jak inni za ich plecami biją się o drugi bilet do elity. Jak się okazuje - czasami lepiej wstrzymać się z pewnymi wyrokami. Brawa natomiast kierujemy w stronę Gato. Bo to nie był tylko mecz jednego zawodnika, czyli Yaroslava Burlachenki: świetnie bronił Anton Dychenko, podobał nam się Maksym Drobotey, ale i reszta zawodników zrobiła wszystko, by nie wypuścić z rąk tego jakże ważnego zwycięstwa. A co ciekawe - w środę rywalem tej drużyny będzie Everest, więc dojdzie do starcia zespołów, które świetnie się znają, bo poza naszymi rozgrywkami zdarza im się nawet razem trenować. Ale taryfy ulgowej na pewno nie będzie, zwłaszcza, że tutaj gra będzie szła nie tylko o punkty, ale przede wszystkim o prestiż.
Na koniec dnia dostaliśmy z kolei mecz, który raczej zapowiadał się na widowisko z tylko jednym możliwym zakończeniem. Górale nie mogli nie wykorzystać wpadki Kolosa, która zresztą odbywała się na ich oczach, i chcąc jeszcze mocniej zbliżyć się do mistrzowskiego tytułu, musieli ograć Tubę. Zakładaliśmy, że zrobią to bez wielkiego stresu, bo Tubiarze nieprzypadkowo plasują się tak nisko w tabeli i dodatkowo uwikłali się w walkę o utrzymanie. Nie należało tego jednak podpinać pod lekceważenie. Akurat tego nie wolno było robić, bo z Tubą nie da się wygrać na pół gwizdka. No i jak się za chwilę okazało - sam mecz był bardzo wyrównany, a Góralom, którzy byli przecież murowanymi faworytami, ani razu nie udało się tutaj wyjść na wyższe prowadzenie niż jedną bramką. Co więcej - oni tutaj nawet dwukrotnie przegrywali! Idźmy jednak po kolei.
W pierwszej połowie zespół Marcina Lacha zaczął od gola Filipa Górala, oczywiście po dwójkowej akcji z Wojtkiem Wocialem. To miała być pewnie zapowiedź kolejnych trafień, lecz Tuba miała inne plany, a szczególnie Kamil Sadowski. Golkiper Juniorów był tego wieczora świetnie dysponowany strzelecko i w 12. minucie dał temu wyraz po raz pierwszy. Chwilę później Górale mogli odzyskać co ich, lecz rzutu karnego nie wykorzystał Łukasz Puciłowski, który trafił jedynie w słupek. Z kolei w 19. minucie sędziowie ukarali żółtą kartką Kamila Sadowskiego za rzekomy faul na Janku Endzelmie. Bramkarz zaklinał się, że nawet nie dotknął przeciwnika, jednak arbitrzy pozostali nieugięci. Tuba świetnie jednak przetrwała okres gry w osłabieniu, bo najpierw gola zdobyła, po trafieniu Szymona Gołębiewskiego i chociaż równie szybko go straciła, to wynik 2:2 do przerwy dawał duże nadzieje, że tu wcale nie musi się skończyć porażką.
Druga połowa zaczęła się jednak od gola Górali, a potem powinno być nawet 4:2, lecz Kamil Sadowski świetnie przeczytał okazję przeciwników, gdzie mógł liczyć tylko na siebie, a rywali było dwóch. Zresztą w tej samej akcji, już po złapaniu piłki, uruchomił Szymona Gołębiewskiego, a ten doprowadził do kolejnego remisu. Taka walka cios za cios trochę trwała, aczkolwiek przy stanie 4:4 role się odwróciły. Kamil Sadowski w 33. minucie złapał dość lekki strzał swojego vis-a-vis i widząc pustą bramkę u oponentów, posłał piłkę idealnie między słupki. Górale musieli wtedy wziąć się w garść i widać było, że na placu gry zostali już tylko ci, od których najwięcej tutaj zależy. No i właśnie jeden z takich zawodników - Wojtek Wocial - w 35. minucie próbował zagrać w polu karnym do kolegi, a piłkę nieopatrznie przeciął Szymon Gołębiewski, który pokonał własnego bramkarza. Wynik 5:5 nie pasował jednak Góralom. Oni potrzebowali wygranej, a Wojtkowi Wocialowi nie trzeba dwa razy powtarzać. W 38. minucie znów wpisał się na listę strzelców, a ponieważ Tuba ostatnie fragmenty spotkania musiała grać w osłabieniu po żółtej kartce dla Igora Chwedoruka, to tutaj nic nie mogło się już wydarzyć. Tym samym Górale - co nie będzie żadnym przekłamaniem - prześlizgnęli się w tym meczu. Bardzo daleko jesteśmy od stwierdzenia, że byli lepsi, i jedno jest pewne: grając tak niefrasobliwie, nie mają co liczyć, że to, co udało się z Tubą, przejdzie też z Kolosem. Co to, to nie. I nie chcemy też deprecjonować Tuby, bo ona zagrała solidne zawody i gdyby miała trochę więcej szczęścia, to spokojnie powinna wywieźć stąd przynajmniej punkt. Trzeba jednak już o tym szybko zapomnieć i całą energię włożyć w potyczkę ze Strażakami. Bo kilkukrotnym medalistom zaplecza elity chyba trochę nie wypada, by w ich CV znalazła się również informacja o spadku...
Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.