Opis i retransmisja 8.kolejki 5.ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów piątej ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów piątej ligi!
Nie wszystkie drużyny wytrzymały presję związaną z walką o medale. Tym samym o złoto nie powalczą już SDK Warszawa i Gawulon.
W gronie drużyn, których raczej nie zaliczaliśmy do tych, które mogą jeszcze stanąć na podium, choć sami zawodnicy byli trochę innego zdania (i trudno im się dziwić), byli Klikersi. Oni mieli jasny cel w niedzielę – pokonać Klimag i czekać na korzystne wieści z innych meczów. Rywal wydawał się być całkiem przyjemny, bo ekipa Piotrka Miętusa dawno meczu w Nocnej Lidze Halowej nie wygrała i można było odnieść wrażenie, że trochę jest już tym sezonem zmęczona. Ale z drugiej strony – przeczuwaliśmy, że jeśli przyjedzie tutaj solidny skład, to Klikersi nie będą mieli łatwo. No i to się bardzo szybko potwierdziło. Faworytom wyraźnie w tym spotkaniu nie szło, nie bardzo wiedzieli, jak dobrać się do skóry oponentom, którzy z kolei wykorzystywali swoje warunki fizyczne i technikę. To właśnie oni już po 6 minutach prowadzili 2:0. Najpierw gola zdobył Sebastian Fransowski po sprytnym przechwycie, a potem ten sam zawodnik zaliczył asystę przy trafieniu Emila Mostowskiego. Klikersi zdawali się jednak nie przejmować okolicznościami, zwłaszcza że w tym sezonie nie z takich opresji wychodzili. No ale szło im opornie, tym bardziej że nawet jak już zdobyli jakiegoś gola, to zaraz przytrafiały się błędy, które przywracały bezpieczną przewagę rywalom. Ten schemat zmienił się jednak pod koniec pierwszej połowy. Przy stanie 2:4 gola dla ekipy w czarnych koszulkach zdobył Piotrek Wąsowski, potem błąd Daniela Szulborskiego wykorzystał Dawid Pyśk, a tuż przed końcem tej części gry na prowadzenie Klikersów mógł wyprowadzić Piotrek Wąsowski. Co się jednak nie udało wtedy, nominalni gospodarze zrobili zaraz po wznowieniu gry po przerwie i wydawało się, że są na dobrej drodze, żeby zgarnąć całą pulę.
Ale Klimag nie odpuszczał. Gol z rzutu wolnego Sebastiana Fransowskiego, potem Emil Mostowski zaskoczył dość łatwym strzałem Alka Prządkę, a w 32. minucie Daniel Szulborski podwyższył na 7:5. Klikersi odpowiedzieli trafieniem niezawodnego Piotrka Wąsowskiego, jednak finałowe minuty należały do bardziej doświadczonych graczy w niebieskich koszulkach. Dwa gole spowodowały, że Klimag mógł się cieszyć z przełamania kiepskiej passy i powstrzymał medalowe zapędy Klikersów. Czy jesteśmy zdziwieni? Nie. Przeczuwaliśmy, że styl gry triumfatorów nie podpasuje przeciwnikom, co nie zmienia faktu, że w pewnym momencie oni mieli tutaj bardzo dobry wynik i należało to dowieźć do mety. Zabrakło doświadczenia. Klimag miał go z kolei w nadmiarze. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że gdyby takim składem + Mateusz Wojda i Adrian Poniatowski przyjeżdżali co tydzień, to spokojnie mogliby mieć na koncie dużo więcej oczek. Bo biorąc pod uwagę potencjał ludzki i taki mecz jaki rozegrali w niedzielę, to 7 punktów, które teraz mają, to dorobek, który wygląda po prostu śmiesznie.
Dość powiedzieć, że trzy razy więcej punktów niż Klimag mają Piłkarzyki, z którymi drużyna Piotrka Miętusa przegrała przecież w 2. kolejce tylko jednym golem. No ale jak się okazało – potem drogi tych ekip się rozminęły i dziś ekipa Dominika Skowrońskiego jest liderem tabeli, a swój ostatni mecz z TPS Azbest wygrała aż 14:1. No cóż, po takim starciu trudno się skupiać na pojedynczych akcjach i opisywać, co dokładnie się tutaj wydarzyło, bo nawet osoba, która nie widziała spotkania, łatwo może sobie to wyobrazić. Ale czy to było takie oczywiste, że faworyci poradzą sobie aż tak gładko? W naszej ocenie nie, bo Piłkarzyki przyjechały na mecz dość mocno osłabione. Brakowało Rafała Kudrzyckiego, Kacpra Dalby czy Daniela Sarny, więc pojawili się tutaj zawodnicy, którzy w tym sezonie w barwach tej ekipy rozegrali dopiero pierwsze spotkanie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie wyglądało, ale… już po 7 sekundach wszelkie rozterki zostały wyjaśnione. Tyle bowiem potrzebował Azbest, żeby stracić tutaj pierwszego gola. To była mała zapowiedź tego, co działo się dalej, chociaż trzeba dodać ekipie z Wołomina, że po tym błyskawicznym ciosie na chwilę się ogarnęła, bo potem nastąpiła 7-minutowa przerwa od straty gola. No ale jak faworyci ponownie zabrali się do pracy, to – jak można się spodziewać – nie było czego zbierać. Pod koniec pierwszej połowy wynik brzmiał już 6:0, a niektóre gole to były klasyczne prezenty, mimo że od gwiazdki minęło już przecież dużo czasu. Na szczęście dla widowiska Azbest dosłownie na kilkadziesiąt sekund przed końcem premierowej odsłony zapewnił sobie, że nie skończy tego spotkania z zerem po stronie bramek. Zadbał o to Karol Januszko, zdecydowanie najlepszy zawodnik swojej drużyny, który dobił strzał Michała Pidgaynego.
No ale nie była to niestety zapowiedź dalszej ofensywy outsiderów 5. ligi. Wręcz przeciwnie – w drugiej połowie z perspektywy Azbestu było jeszcze gorzej, tym bardziej że już w pierwszej akcji strzelili sobie samobója. A potem bramkarz Maciek Wojdyna musiał niestety regularnie wyciągać piłkę z siatki. W 30. minucie była już dwucyfrówka, a potem najpoważniejsi kandydaci do mistrzostwa 5. ligi dołożyli jeszcze cztery gole i mogli sobie pogratulować dobrze wykonanej pracy. Owszem, nad słabo dysponowanym przeciwnikiem, ale wydaje nam się, że biorąc pod uwagę brak kilku ważnych graczy, i tak nie zakładali, że to pójdzie tak gładko. A dzięki tej wygranej byli już pewni, że do ostatniego, najważniejszego meczu w sezonie podejdą z handicapem, bo im przeciwko Na Fantazji wystarczy remis, by sięgnąć po złoto. I choćby pod kątem taktyki to może być ważny aspekt. No i przy okazji warto im pogratulować, bo srebro mają pewne. Z kolei Azbest już wie, że nie wydostanie się z ostatniego miejsca w tabeli. To oczywiście nie jest zaskoczenie, jednak fajnie byłoby, gdyby do finału 19. edycji chłopaki podeszli z taką sportową złością, która pozwoli choćby w małym stopniu zmazać to, co wydarzyło się w dwóch ostatnich kolejkach.
Skoro już zahaczyliśmy o Na Fantazję, to oni byli w weekend o włos od spektakularnej wpadki. Nie będziemy ukrywać, że od takiej ekipy wymagamy, że gdy przychodzi mecz z Biancoverdi, to tutaj nie ma zmiłuj: jest dociśnięcie, szybkie wybicie z głowy przeciwnikom nadziei na cokolwiek i po prostu pełna dominacja. Ale być może już te poprzednie spotkania w wykonaniu ekipy Kuby Godlewskiego powinny wywołać w nas lekki niepokój, spowodowany ich dyspozycją. Tyle że o ile mogliśmy zrozumieć, że Fantazja nie prowadzi gry z SDK czy nawet z Piorunem, to zupełnie się nie spodziewaliśmy, że tutaj też będą momenty, w których to Biancoverdi będą nadawali rytm spotkaniu. A tak było. I chociaż początkowo niewiele z tego wynikało, to symbolicznym jest fakt, że faworytów znów musiał ratować Marcin Marciniak. To on w 7. minucie złapał piłkę i posłał ją z własnego pola karnego do opuszczonej przez Karola Grabowskiego bramki miejscowych. Potem szansę na 2:0 miał jeszcze Kamil Osowski, ale przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem. Tym samym wynik 1:0 pozostał na tablicy świetlnej i było tak aż do 16. minuty. I wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, ekipa Piotrka Kacperskiego wyrównała! Grzesiek Czarnocki bardzo ładnie odnalazł Patryka Wyrobka, a ten przerzucił piłkę nad sunącym przed nim Marcinem Marciniakiem i mieliśmy remis! To musiał być sygnał ostrzegawczy dla Fantazji i chyba faktycznie podziałał na nich mobilizująco, bo na drugą połowę wyszli z zupełnie innym nastawieniem, co błyskawicznie przełożyło się na szybkie dwie bramki. Najpierw gola uderzeniem z klatki piersiowej zdobył Adam Koziara, a gdy na 3:1 podwyższył Adrian Baranowski, wydawało się, że to początek końca emocji w tej potyczce. Ale Biancoverdi w 24. minucie odpowiedzieli ładnym trafieniem Dominika Borówki i dali tym wyraźny znak, że nie wolno ich tutaj skreślać. W dodatku w grze trzymał ich dobrze dysponowany Karol Grabowski, który potrafił wygrywać nawet sytuacje oko w oko. I właśnie po jednej z takich obron za chwilę poszła akcja w drugą stronę i w 30. minucie, po asyście Patryka Wendorffa, gola dla drużyny z Zielonki zanotował Kuba Kisieliński.
No i wówczas musiały się już pojawić konkretne nerwy w obozie faworytów. Co prawda wynik tego spotkania i tak niewiele zmieniał, bo bez względu na to, jakby to starcie się zakończyło, to oni z Piłkarzykami i tak musieliby wygrać, no ale w jakich nastrojach podeszliby do meczu o wszystko, skoro straciliby punkty z drugą drużyną od końca? A wcale nie było od tego daleko, bo choć obie ekipy miały w końcówce swoje okazje, to w 38. minucie gracze w zielonych strojach mogli zaszokować Fantazję. Szansę miał Tomek Maruszewski, lecz pospieszył się z oddaniem strzału i to miało swoje konsekwencje. Piłka błyskawicznie przeniosła się bowiem na połowę Biancoverdi, a tam Kamil Osowski de facto stracił nad nią kontrolę, a Grzesiek Czarnocki, myśląc, że za nim jest bramkarz, po prostu nad nią przeskoczył. No ale na jego nieszczęście Karol Grabowski był całkowicie zaskoczony tym, co się wydarzyło, i kompletnie nie zareagował. To była pewnie jedna z najbardziej kuriozalnych bramek, jakie widzieliśmy w tym sezonie. W dodatku w takim momencie spotkania. Ale to jeszcze nie był koniec, jak się okazało. Za chwilę żółtą kartkę zobaczył autor tego „niesamowitego” trafienia, czyli Kamil Osowski, i ostatnie kilkadziesiąt sekund Biancoverdi grali z przewagą zawodnika. Jednak domyślaliśmy się, że będzie im ciężko to wykorzystać. Brak ogrania w tego typu okolicznościach sprawił, że praktycznie nawet nie postraszyli oponentów i niestety musieli się pogodzić z porażką. Czy zasłużoną? Według nas – nie. Gdyby to starcie skończyło się remisem, to taki scenariusz sprawiedliwie oddałby boiskową rzeczywistość, bo Fantazja po prostu prosiła się o kłopoty i choćby sposób, w jaki zdobyła zwycięskiego gola, pokazywał, jak daleko było im do kontroli tego, co działo się na placu. Nie oszukujmy się – w ten sposób to oni mistrzostwa 5. ligi nie zdobędą, chociaż dodajmy, że właśnie zapewnili sobie przynajmniej srebro i awans do ligi wyżej. A Biancoverdi? Brawa dla nich. Nie przestraszyli się przeciwnika, nie oddali pola, nie grali jedynie po to, by przetrwać. Zabrakło niewiele i chyba większość obserwatorów tej potyczki miała poczucie, że należało im się zdecydowanie coś więcej niż fakt, że spisali się lepiej, niż ktokolwiek mógł tutaj zakładać.
Długo siedzimy w NLH, ale wciąż pewne rzeczy potrafią nas zaskakiwać. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, co wydarzyło się w spotkaniu SDK z Piorunem? Wiele rzeczy mogliśmy próbować przewidzieć, a zwycięstwo ekipy Mikołaja Świderskiego absolutnie nie było czymś, co odrzucaliśmy, no ale żeby skończyło się wynikiem 14:2 dla niżej notowanej drużyny? W dodatku ekipa SDK naprawdę nieźle zaprezentowała się z Na Fantazji i spodziewaliśmy się, że taki remis uratowany praktycznie w ostatniej akcji spowoduje, że oni jeszcze mocniej uwierzą w swoje możliwości. Zupełnie inaczej mogli do tej potyczki podejść gracze Pioruna, bo oni w dwóch poprzednich spotkaniach równie dobrze mogli zgarnąć 6 punktów – ani od Piłkarzyków, ani od Fantazji słabsi nie byli, a mimo to kończyli potyczki w minorowych nastrojach. Jak jednak widać – nie załamali się i być może uznali, że los w końcu im to wszystko wynagrodzi. Początek spotkania jeszcze nie zwiastował tego, co oni tutaj zrobią przeciwnikowi, no ale od mniej więcej 9. minuty rozpoczął się ich strzelecki koncert. Najpierw dorobek otworzył Krzysiek Kokowski, potem piłkę do pustej bramki skierował Michał Szukiel, a w następnej akcji Kacper Pankiewicz dobił z bliska strzał Maksa Trzosowskiego i było już 3:0. W bramce SDK doszło wtedy do wymuszonej zmiany – kontuzjowanego Kamila Wawrzonkowskiego zastąpił Alex Wolski i myśleliśmy, że może to odmieni grę zawodników z Warszawy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Dalej Piorun niemiłosiernie ich punktował i do przerwy prowadził już 6:0. A po niej obraz gry się nie zmieniał. SDK niby próbowało, niby w wielu momentach miało większe posiadanie piłki, ale jak tylko przeciwnik ją przejmował, to było niemal pewne, że zdobędzie gola.
W 30. minucie było już 10:0 (!), a Piorunowi wciąż było mało. Jakby chcieli powetować sobie wszystkie poprzednie niepowodzenia. Po trzech kolejnych golach prowadzili 13:0 i dopiero wtedy SDK odpowiedziało dwoma trafieniami, które zresztą ze wściekłością przyjął Mikołaj Świderski, bo on tutaj liczył na kolejne czyste konto. Ostatnie słowo należało jednak do Pioruna, a konkretnie Jacka Mierzejewskiego, i ta dziwna potyczka zakończyła się rezultatem 14:2. Wydaje nam się, że to jest taki mecz, który zdarza się raz na bardzo długi czas. Jesteśmy pewni, że gdybyśmy kolejnego dnia rozegrali powtórkę, to mogłoby wszystko wyglądać inaczej, chociaż oczywiście trudno sobie wyobrazić, by zwycięzca mógł być inny. Ekipa SDK waliła głową w mur i jak tylko popełniała błąd, to mogła się spodziewać najgorszego. Piorun był z kolei świetnie nastawiony, agresywny w odbiorze i z każdą akcją szedł jak po swoje. No i tym samym pozbawił nadziei przeciwnika na walkę o złoto, bo SDK pozostaje już tylko i aż rywalizacja o brąz. Sam z kolei w niedzielę podejmie Klikersów w bezpośredniej rywalizacji o 5. miejsce. I po takim laniu, jakie sprawił byłemu już kandydatowi do mistrzostwa, chyba łatwo się domyślić, kto w tej parze będzie zdecydowanym faworytem.
Po tym, jak w dość brutalny sposób z marzeniami o pudle pożegnali się gracze SDK, czas przeanalizować, dlaczego ta sama sytuacja dopadła Gawulon. W teorii powinni przecież może nie gładko, ale dość spokojnie pokonać Ciętą Szkocką, która nawet jeśli gra znacznie lepiej niż na początku sezonu, to jednak nieprzypadkowo zajmuje dość odległe miejsce w tabeli. W dodatku Gawulon po raz pierwszy w sezonie miał do dyspozycji Maćka Rajkowskiego, nie zabrakło Kuby Urbana czy Marcina Zakrzewskiego, więc spodziewaliśmy się, że Szkoci powalczą, ale faworyt finalnie zgarnie całą pulę. Zaczęło się jednak dla nich bardzo źle, bo już w 22. sekundzie z błędu bramkarza Gawulonu, Kuby Zgryziewicza, skorzystał Kacper Doliński. To jednak nie wybiło z rytmu faworytów, którzy w 5. minucie wyrównali, jednak Kuba Zgryziewicz uparcie dążył do tego, by utrudniać życie sobie i kolegom i po jego następnej pomyłce Kacper Doliński ponownie dał prowadzenie Ciętej Szkockiej. W 9. minucie debiutanckiego gola w NLH zdobył jednak Maciek Rajkowski i chyba wszyscy oglądający tę potyczkę oczekiwali, że dosłownie lada moment nastąpi rozjazd między drużynami, a podopieczni Jarka Czeredysa zbudują przewagę, której już nie oddadzą. I oni powinni to zrobić w końcówce pierwszej połowy. Bo nie dość, że wyszli na prowadzenie za sprawą Kuby Urbana, to tuż przed syreną Marcin Zakrzewski miał pustą bramkę do dyspozycji, lecz w sobie tylko znany sposób trafił w słupek. Dziś możemy gdybać, co byłoby, gdyby wówczas zmieścił piłkę w siatce. Gracze Ciętej mieli sporo szczęścia, co nie zmienia faktu, że w drugiej połowie kontynuowali swoją solidną postawę. W 24. minucie Adam Fronczek zagrał do Łukasza Dolińskiego, a ten ładnie uderzył po dalszym słupku i przywrócił remis na tablicy świetlnej. A w 27. minucie drugi z braci Dolińskich sprawił, że znów byliśmy blisko niespodzianki, bo po zablokowaniu strzału Maćka Rajkowskiego wykorzystał on brak bramkarza w świątyni Gawulonu i mieliśmy 4:3.
Radość z prowadzenia to nie było jednak w tym meczu coś, czego któraś ekipa miała w nadmiarze. W 29. minucie sędzia podyktował rzut karny za zagranie ręką Łukasza Dolińskiego, a Marcin Zakrzewski sprawił, że ponownie trudno było stwierdzić, kto wyjdzie z tej potyczki z całą pulą. A stawało się to jeszcze bardziej enigmatyczne, bo minuty mijały, a wynik 4:4 nie zmieniał się. Gawulon niby coś próbował, ale bez konkretów, a na domiar złego w 37. minucie pozwolił oddać strzał Łukaszowi Dolińskiemu. Sytuacja nie była prosta, kąt dość ostry, i być może to spowodowało, że nacisk na tego zawodnika okazał się zbyt słaby. No ale Łukasz zrobił wszystko świetnie, zmieścił piłkę przy bliższym słupku i wówczas to już nie był tylko aromat niespodzianki, ale wyraźnie wyczuwalny zapach sensacji. Szkoci musieli jeszcze wytrzymać kilka minut, również wtedy, gdy oponenci zdecydowali się na lotnego bramkarza, ale tak jak z przodu byli tego wieczora wyjątkowo skuteczni, tak i z tyłu nie popełniali błędów. A dosłownie na kilka sekund przed końcem wykorzystali kolejny błąd przeciwnika i Kacper Doliński ustalił wynik na 6:4. WOW! Nie spodziewaliśmy się tego, ale Cięta Szkocka zagrała naprawdę bardzo dobre zawody. I nie to jest samo w sobie zaskoczeniem, bo wiedzieliśmy, że oni grać w piłkę potrafią, natomiast wreszcie potrafili to udowodnić z trudnym rywalem od pierwszej do ostatniej minuty. To bez wątpienia ich najcenniejszy skalp w tym sezonie i taki, który wyraźnie sugeruje, że gdy już kilku faworytów poleci do ligi wyżej, to oni mogą na piątym poziomie rozdawać karty. A Gawulon? Przekonał się, że ma jeszcze przed sobą sporo pracy. Z drugiej strony – oni na sześć straconych bramek większość podarowali i okazało się, że nie wszystko, co zgubią z tyłu, potrafią nadrobić z przodu. Brak walki o złoto jest dla nich na pewno rozczarowujący, ale najgorsze, co mogliby zrobić, to uznać, że skoro nie będzie mistrzostwa, to nie ma już o co grać. Nic bardziej mylnego. Trzecie miejsce to puchar i medale, a oni, będąc na dorobku swojej przygody z piłką amatorską, na brak miejsca na regale z trofeami raczej narzekać nie mogą.
Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!