| # | Zawodnik | ||||
|---|---|---|---|---|---|
| 4 |
Banaszkiewicz Patryk
|
||||
| 7 |
Jurkowski Adam
|
1 | |||
| 3 |
Marczyk Patryk
|
1 | |||
| 0 |
Skrzat Krzysztof
|
1 | 2 | ||
| 11 |
Mikos Michał
|
3 | 3 | ||
| 10 |
Raczkowski Adrian
MVP
|
4 | 3 | ||
| 9 |
Pietrzyk Maciej
|
1 |
| # | Zawodnik | ||||
|---|---|---|---|---|---|
| 23 |
Księżopolski Adam
|
1 | |||
| 17 |
Grabowski Maciej
|
||||
| 58 |
Czyżak Kamil
|
3 | 1 | ||
| 0 |
Gajewski Mateusz
|
||||
| 15 |
Jedliński Kamil
|
1 | 3 | ||
| 11 |
Rzepniewski Sylwester
|
||||
| 13 |
Bagiński Filip
|
3 | 1 | ||
| 7 |
Miszczyński Konrad
|
Łabędzie znały wynik spotkania z udziałem Bad Boys i wiedziały, że muszą wygrać z United, by zachować dystans dwóch punktów różnicy. Ale rywal wcale nie należał do słabych, a przypomnijmy, iż w tamtym sezonie potrafił pokonać jeszcze wtedy Jutę w stosunku 8:6, więc wiedział co należy zrobić, by zgarnąć całą pulę. Ale okłamalibyśmy kogokolwiek, gdybyśmy stwierdzili, że obydwie drużyny miały na to spotkanie jakiś plan. To znaczy może i miały, ale odnosiło się wrażenie, iż panuje tutaj totalna improwizacja i do samego końca nie wiedzieliśmy, kto z tej rywalizacji wyjdzie ostatecznie zwycięsko.
Pierwsza połowa była jeszcze w miarę spokojna. Mowa oczywiście o liczbie bramek, bo gdy w drugiej odsłonie padło ich 12, to w tej inauguracyjnej pięć. Ale mogło znacznie więcej, gdyż jedni i drudzy okazji mieli bez liku, lecz długo trzeba było czekać, na właściwe nastawienie celownika. Impas przełamał w 7 minucie Filip Bagiński, który wykorzystał podanie Kamila Czyżaka i nie dał szans Patrykowi Banaszkiewiczowi. I aż dziwne, że to skromne prowadzenie dotrwało aż do 17 minuty! Zwłaszcza w kontekście finałowego wyniku, który brzmiał przecież 10:7! Ale tak właśnie było – w środkowej części pierwszej połowy działo się niewiele i dopiero od 17 minuty festiwal strzelecki można było uznać za oficjalnie otwarty. Zaczął Adrian Raczkowski i jego trafienie zapoczątkowało pozytywną serię Łabędzi. Za chwilę kolejny cios miejscowym wymierzył Michał Mikos, a później dwie sytuacje zmarnowali zawodnicy Maćka Grabowskiego, którzy nie potrafili doprowadzić do wyrównania i w 19 minucie przegrywali już 1:3. Na szczęście tuż przed zakończeniem tej części, Kamil Czyżak zmniejszył straty do jednego gola i wiedzieliśmy, że czekają nas tu jeszcze ogromne emocje.
Druga odsłona to już klasyczny rollercoaster. Przewidzenie wypadków graniczyło z cudów, bo gdy już nam się wydawało, że coś o tym spotkaniu wiemy, padała bramka i cała nasza teoria grzęzła w gruzach. Ale po kolei. Już w 31 sekundzie finałowej odsłony do remisu doprowadza Kamil Czyżak. Łabędzie nieco odczekują z ripostą, aż wreszcie w 26 minucie Adam Jurkowski trafia do siatki i faworyci zachowują bramkowy bufor. W następnej akcji sytuacji sam na sam z Adamem Księżopolskim nie wykorzystuje Michał Mikos, co mści się na drużynie Maćka Pietrzyka, gdy gola zdobywa Filip Bagiński. Michał Mikos rehabilituje się w odstępie kilkudziesięciu sekund, ale wtedy United odpowiadają dwoma trafieniami i prowadzą 6:5! Przegrywający nie próżnują i szukają błyskawicznej riposty, lecz jeszcze wtedy skuteczność nie była sprzymierzeńcem Adriana Raczkowskiego, który strzelał wprost w bramkarza. Także United mieli problem ze zdobyciem następnego gola, chociaż okazji mieli kilka. Najlepszą tuż przed stratą bramki na 6:6, gdy wyszli z kontrą, której nie potrafili sfinalizować i zostali za to skarceni. To był też początek show Adriana Raczkowskiego, który wziął na siebie odpowiedzialność za wynik i po doprowadzeniu do wyrównania, zmienił wynik na 7:6, a później zaliczył asystę przy bramce Patryka Marczyka! Miejscowi nie odpuszczali i za sprawą Filipa Bagińskiego byli tylko o gola do tyłu, lecz kolejne nieupilnowanie Adriana Raczkowskiego pozwoliło temu zawodnikowi na następne trafienie, które znacznie przybliżyło Łabędzie do trzeciego zwycięstwa w sezonie. Drużyna Maćka Grabowskiego nie wywiesiła jednak białej flagi i w następnej akcji sam kapitan miał wręcz obowiązek wstrzelić piłkę do pustej bramki, ale zamiast tego posłał Jomę obok słupka i na tym emocje się skończyły. Zespół z Zielonki dobił jeszcze Krzysiek Skrzat i tak ten szalony mecz dobiegł końca. Wynik 10:7 potwierdza pewną tendencję dotyczącą Łabędzi. Nie ma drugiej takiej drużyny w rozgrywkach, której obecność na parkiecie gwarantuje ogromną liczbę bramek. Potwierdza to chociażby poprzedni sezon, gdzie nie brakowało takich rezultatów na 16:8, 6:13, 9:6. Z jednej strony to pokazuje ogromny potencjał ofensywny, lecz ma też drugie dno. W tym zespole nie ma obrony. A nawet jeśli jest, to balans defensywy do ofensywy jest tak zachwiany, że może i na razie przynosi to niezłe rezultaty, lecz gdy przyjdzie do meczu z poważniejszymi przeciwnikami, to może się skończyć fatalnie. Tak można wygrać kilka pojedynczych spotkań, ale ligi się nie zawojuje. A co do United, to tej ekipie zabrakło konsekwencji. To nie było spotkanie, które trzeba było przegrać. Kluczem okazała się zmarnowana szansa na 7:5 i chyba brak sił. Niepotrzebne były też rozmowy pod szatnią, gdzie wypominane są zawodnikom zmarnowane okazje czy błędy. W sytuacji w której znajduje się ekipa Maćka Grabowskiego, trzeba szanować każdego gracza i starać się go motywować, a nie dołować. Chętnych do gry i tak jest mało, a jedno spotkanie miejscowi już za bezcen oddali Lambadzie, grając praktycznie bez zmian. Czy to niczego ich nie nauczyło?