Opis i retransmisja 9.kolejki 4.ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów czwartej ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów czwartej ligi!
To była tylko formalność! KS ProBram24 został mistrzem 4. poziomu rozgrywkowego! Miejsce na podium obronił też Gang Mapeta.
Ostatnie mecze mają to do siebie, że ich temperatura może być lekko wychłodzona. Ale taka sytuacja na pewno nie zaistniała w potyczce Alphy Omegi z Lemą Logistic - to były derby Radzymina, a w dodatku mecz, który mógł pomóc uchronić się Logistykom od spadku. Nic więc dziwnego, że ta ekipa przyjechała na to spotkanie w bardzo mocnym zestawieniu. Tego samego nie mogliśmy z kolei powiedzieć o rywalach, bo Sebastian Giera nie mógł skorzystać z podstawowego bramkarza, Piotrka Skoniecznego, a w dodatku na ławce rezerwowych był tylko jeden zawodnik. Przeczuwaliśmy, że to może mieć wpływ na wynik, chociaż młoda i ambitna drużyna Alphy pewnie miała w tym temacie inne zdanie. Jednak już w 1. minucie mogło być 0:1 z ich perspektywy, co zapowiadało dalszy ciąg tego spotkania. Widać było sporą determinację w Lemie, tak jakby bez względu na to, czy wygrana da ochronę przed spadkiem czy nie, zwycięstwo było absolutnym priorytetem. Najlepiej jak najwyższe. No i mniej więcej od 10. minuty przewaga Logistyków zaczęła się robić bardzo duża. To poskutkowało dwoma trafieniami Arka Pisarka, który mimo kilkutygodniowej nieobecności w zespole nie potrzebował wiele czasu, by o sobie przypomnieć. Na 3:0 podwyższył Damian Kossakowski, który w tym sezonie przyjechał dopiero na drugi mecz. A gdy w 16. minucie Hubert Sochacki wyszedł z własnej bramki i uderzył z dystansu nie do obrony na 4:0, było jasne, że jest po zawodach. Ale tak jak napisaliśmy - Lema nie ustawała w atakach. Oni chcieli, żeby ta porażka rywala zabolała i w 28. minucie było już 8:0! Zapowiadało się na totalny pogrom, lecz potem nastąpiła dość długa przerwa od bramek, a gdy nastąpił jej koniec, to dość nieoczekiwanie do głosu doszli gracze w białych strojach. Najpierw udało im się zdobyć trafienie honorowe, a potem, mimo gry w osłabieniu po czerwonej kartce dla Damiana Boryczki, dorzucili jeszcze jedno i ostatecznie przegrali „tylko” 2:8. Ta wysoka wygrana nie pozwoliła jednak Lemie się utrzymać. Została im tylko satysfakcja, że pokonali młodszych kolegów, bo w wyniku zwycięstwa HandyManów nad Mydlarzami nie zdołali wyjść ze strefy spadkowej. Nie mieliby jednak tego problemu, gdyby zawsze przyjeżdżali takim składem jak ostatnio. Zresztą - nawet biorąc pod uwagę, że nie zawsze wyglądało to personalnie tak dobrze jak z Alphą, było wiele meczów, które mieli na widelcu i wystarczyło jeden z nich wygrać, a byliby nad kreską. Nie mieli jednak w tym sezonie szczęścia i kto wie - być może będzie tak, że w przyszłym roku będą zmuszeni rozpocząć grę od 5. ligi. Takimi rzeczami nie musi się z kolei zajmować Alpha. Ten ostatni mecz na pewno nie może zamazać bardzo solidnego sezonu w ich wykonaniu, choć oczywiście pewnie więcej sobie obiecywali po tej potyczce. U nich jednak - biorąc pod uwagę całokształt - zadziałało to, co nie zawsze grało w Lemie, czyli stabilizacja. I to też powoduje, że w przyszłym sezonie chyba poniżej pewnego poziomu nie zejdą. Czas pokaże, czy uda im się wejść na wyższy.
Wygrana Lemy nie była dobrą informacją dla HandyMan. W takich okolicznościach oni również musieli zapunktować w swoim spotkaniu, a poprzeczkę mieli jednak wyżej postawioną, bo rywalizowali z Mydlarzami, którzy mogli się jeszcze łudzić, że wskoczą na 3. miejsce w tabeli. Trudno jednak powiedzieć, czy ta, skądinąd dość kusząca wizja, była przez ekipę Gabriela Skiby w ogóle brana pod uwagę. Być może nawet nie zdawali sobie sprawy, że za trzecie miejsce można zgarnąć puchar i medale, bo trochę do tego spotkania przystąpili tak, jakby to był mecz jak każdy inny. No i oczywiście nie zabrakło problemów kadrowych, bo był tylko jeden rezerwowy. Sama potyczka okazała się jednak bardzo wyrównana i naprawdę ciężko było przewidzieć, do kogo pojadą ostatecznie 3 punkty. Mydlarze pierwszego gola zdobyli już w 30. sekundzie, w 2. minucie wyrównał Kacper Kałuski, a kolejne bramki były tylko kwestią czasu, bo okazji po obu stronach było mnóstwo. Zespołowi z Serocka w 4. minucie udało się wrócić na prowadzenie, ale potem sprawa się skomplikowała. Gracze w niebieskich strojach nie potrafili sobie poradzić z Kubą Jankowskim, który poczęstował ich dwoma golami z rzędu. W 15. minucie do remisu doprowadził Gabriel Skiba, jednak końcówkę zdecydowanie lepiej, a może po prostu skuteczniej rozegrali gracze Krzyśka Smolika. W finałowych 180 sekundach zdobyli łącznie trzy gole, tracąc tylko jednego, a gdyby Kacper Kałuski wykorzystał sytuację sam na sam, to mogło być jeszcze lepiej. Ale i tak wynik 6:4 z perspektywy HandyMan wyglądał obiecująco.
W drugiej połowie tempo zdecydowanie spadło. Być może swoje zrobiło zmęczenie, może inne czynniki, ale na bramki musieliśmy trochę poczekać. Byłoby inaczej, gdyby w 28. minucie Kacper Kałuski zdobył gola w sytuacji oko w oko z Michałem Sokołowskim, lecz ta sztuka mu się nie udała. To się zemściło. Mydlarze po trafieniu Gabriela Skiby złapali trochę wiatru w żagle, a gdy Kacper Stępkowski zmienił rezultat na 6:6, to myśleliśmy, że faworyci wezmą to spotkanie siłą rozpędu. I znów spotkało nas zaskoczenie. W 38. minucie przypomniał bowiem o sobie Krzysiek Smolik i jak się okazało – to on zdobył zwycięską bramkę dla swojej ekipy. Mydlarze mogli jeszcze wyrównać - szansę miał Kacper Stępkowski, lecz Daniel Pszczółkowski nie pozwolił, by jego ekipa dała sobie wyszarpać zwycięstwo. Tym sposobem triumfatorzy ostali się w 4. lidze. I oczywiście stało się to zasłużenie, bo oni już tydzień wcześniej z Lemą powinni zrobić to, co zrobili tutaj. Z dobrych źródeł wiemy jednak, że gra o utrzymanie to nie jest szczyt marzeń Krzyśka Smolika i on w przyszłym roku celuje znacznie wyżej, wręcz zaskakująco wysoko. Ale weryfikacja tych zamiarów nastąpi dopiero za kilka miesięcy. Co do Mydlarzy, to okazało się, że nawet gdyby wygrali, to nie stanęliby na podium. Być może sobie to wyliczyli, bo trochę tak grali, jakby brakowało im wiary, że stać ich na brązowe medale. Inna sprawa, że biorąc pod uwagę potencjał piłkarski, to oni spokojnie mogli powalczyć nawet o coś więcej. I pewnie taką konstatacją kończymy każdy sezon w ich wykonaniu, ale teraz było chyba tego najbliżej. Pierwsze miejsce - i to z dużą przewaga nad innymi - zajęli natomiast w klasyfikacji drużyn, przy meczach których bawiliśmy się najlepiej. Liczymy, że za rok staną do obrony tytułu.
Skoro o tytułach mowa, to ostatni krok w stronę mistrzostwa musieli jeszcze wykonać zawodnicy KS ProBram24. I tak jak napisaliśmy na wstępie - to miała być formalność, bo za rywala mieli Semolę, pogodzoną już ze spadkiem, która jednak, biorąc pod uwagę obecność kibiców na trybunach, nie mogła oddać tego spotkania za darmo. Skład nie był jednak imponujący, a biorąc pod uwagę ambicje przeciwników oraz fakt, że rywale chcieli zrobić z Janka Gelocha króla strzelców, to spodziewaliśmy się tutaj dość wysokiego wyniku. Ale chyba możemy uprzedzić fakty i napisać, że spotkała nas przyjemna niespodzianka. Owszem, różnica w wielu detalach była znacznie po stronie zespołu Bartka Gorczyńskiego, lecz Semola trzymała się dzielnie. Bardzo rzadko co prawda przechodziła przez połowę boiska, jednak przynajmniej w defensywie starała się jak najmocniej uprzykrzać życie przyszłym trzecioligowcom. To się w jakimś stopniu udało, bo głównie słaba końcówka pierwszej odsłony spowodowała, że podopieczni Krzyśka Jędrasika przegrywali 0:4. Znacznie lepiej, zwłaszcza pod kątem ofensywnym, mogli rozpocząć drugą część meczu, lecz Jarek Wieleba nie wykorzystał świetnej okazji, strzelając z dość bliskiej odległości nad bramką. W tym momencie dało się już zauważyć, że ProBram jest pewny swego i nie przykłada już takiej uwagi do obrony. Widać to było zwłaszcza po Janku Gelochu, który kompletnie nie wracał, czekał już tylko na piłki od kolegów i starał się je zamieniać na bramki. Początkowo szło opornie, lecz w końcu się odpalił i najpierw powiększył prowadzenie zespołu na 5:0, a potem na 6:0. Semola nie była w stanie na to odpowiedzieć i zaczęliśmy się zastanawiać, czy faktycznie nie da swoim kibicom okazji do choć odrobiny celebracji. Na szczęście się udało, bo w 34. minucie gola zdobył Mateusz Lisowski. Ostatnie trafienie należało jednak do Janka Gelocha i tym sposobem KS PROBRAM24 PRZYPIECZĘTOWAŁ MISTRZOSTWO 4. LIGI! Nie jest to zaskoczenie, bo choć mieli różne fazy w sezonie, to jednak sam fakt, że nie ponieśli ani jednej porażki, dużo mówi o ich możliwościach. To po prostu nie jest zespół na tak niską klasę rozgrywkową i dobrze, że będzie się mógł sprawdzić na tle silniejszych ekip. A za ten sezon i złoto oczywiście gratulacje! Semola natomiast zrobiła tutaj chyba, co mogła. Była walka, był gol honorowy i mimo wszystko było to godne pożegnanie z 4. ligą. Oczywiście formalnie, bo zobaczymy, jak to się skończy. Natomiast kapitan tej ekipy, Krzysiek Jędrasik, przyjął to, co się wydarzyło, chyba dość spokojnie, jakby miał świadomość, że biorąc pod uwagę słabszy skład niż rok temu, ten spadek był po prostu naturalną koleją rzeczy. Nie wiemy, jakie ma plany na przyszłość, ale liczymy, że - czy to w poniedziałek, czy nawet w niedzielę - będzie ciągnął ten wózek dalej.

Wynik poprzedniego spotkania spowodował, że ciśnienie zeszło z ekipy TG Sokół. Oni mieli jeszcze szanse na tytuł, lecz tylko w przypadku wpadki ProBramu, a to jak wiemy się nie wydarzyło. Nie było też możliwości, by dali się komuś przeskoczyć w tabeli, więc potyczka z Gangiem Mapeta w jakimś sensie straciła dla nich na znaczeniu. Zupełnie inaczej wyglądało to w obozie konkurentów. Oni mieli obowiązek zgarnąć całą pulę, bo gdyby w ostatnim meczu tego dnia Pobudka ograła Byczki, to wówczas mogliby spaść z najniższego stopnia podium. A na to pozwolić sobie nie chcieli, tym bardziej, że ambicje mieli większe niż brązowe medale. I wydaje nam się, że tym poniedziałkowym spotkaniem i wygraną nad wyżej notowanym przeciwnikiem, trochę chcieli udowodnić, że być może zasługiwali na więcej. Oczywiście nie jesteśmy w stanie zmierzyć chęci do gry Sokoła, jakkolwiek jak wychodzisz na pole gry, to raczej kalkulacje schodzą na dalszy plan. I wydaje nam się, że zespół z Brwinowa tak podszedł do tego spotkania - też chciał wygrać. Pokazała to zresztą pierwsza połowa, gdzie chociaż to Gang prowadził niemal od samego początku, to Sokół starał się nie ustępować. W 13. minucie, przy wyniku 0:1 powinien zresztą wyrównać, bo Oskar Muszelik był sam na sam z bramką, lecz za daleko wypuścił sobie piłkę i za chwilę musiał ukryć twarz w dłoniach. Ta sytuacja okazała się brzemienna w skutkach, bo za chwilę z perspektywy graczy Sebastiana Prażmo zrobiło się 0:2. Końcówka pierwszej połowy należała do Sokoła, który jednak minimalnej przewagi optycznej nie potrafił zamienić na gole. Udało się to jednak na starcie drugiej połowy. Oskar Muszelik zrehabilitował się za poprzednią wpadkę i wykorzystał niezdecydowanie Michała Cholewińskiego. A w 25. minucie powinien być remis - doskonałą okazję miał Patryk Prażmo, ale nie trafił w bramkę. I tutaj również kara przyszła dość szybko, bo dosłownie 60 sekund później Adam Kubajek zabrał piłkę Maćkowi Mutwickiemu i podwyższył na 3:1. Sokół ostatnią okazję, żeby cokolwiek tutaj jeszcze ugrać, zmarnował w 29. minucie, gdy intencje Patryka Prażmo świetnie odczytał Michał Wiekiera. A wszystko, co działo się dalej, to już dominacja Gangu Mapeta. Czwarty gol spowodował, że chłopaki się nakręcili, a rywale widząc, że zostało mało czasu, dość szybko postawili wszystko na jedną kartę i ponieśli za to bolesne konsekwencje. Nie ustrzegli się też prostych błędów i ostatecznie przegrali aż 1:9. Cóż, mogli sobie na taką porażkę pozwolić, bo jak na beniaminka chyba i tak wykonali robotę ponad stan. Drugi awans z rzędu, drugie srebro z rzędu i chociaż czasami trochę czepialiśmy się sposobu, w jaki wygrywali, to w niczym to nie umniejsza tego, czego dokonali. Trzecia liga zyska dzięki nim naprawdę solidnego uczestnika. Niewykluczone zresztą, że Sokół spotka się tam z Gangiem Mapeta. To też jest zespół na klasę wyżej i z dobrych źródeł wiemy, że oni nawet czekają na taką możliwość. I spokojnie sobie tam poradzą, bo to fajna, poukładana ekipa, która w przeciwieństwie do wielu drużyn z naszej ligi często faktycznie gra to, co naprawdę chce. I o niej będzie jeszcze głośno.
A gdybyśmy mieli wskazać mecz, który najbardziej wpisał się w charakterystykę ostatniej kolejki, to zdecydowanie byłby to ten z godziny 23:05. Potyczka Pobudki z Byczkami okazała się niezwykle otwarta, a łącznie padło w niej aż 16 bramek. Nie ma się jednak czemu dziwić, bo stawką była pietruszka. Pobudka nie miała już szans, by wskoczyć na podium, a Byczkom nie groziły ani medale, ani relegacja. Biorąc jednak pod uwagę, że to ci pierwsi przyjechali w lepszym składzie personalnym, a przede wszystkim mocno ofensywnym, to ich szanse wyglądały tutaj zdecydowanie lepiej. No i chociaż pierwsza akcja należała do Byczków, a konkretnie do Kacpra Krzyta, który obił słupek, to premierowy gol wpadł na konto Pobudki, a konkretnie Krzyśka Możdżonka. Lada moment odpowiedział Piotrek Kalinowski, jednak kolejny okres to dobre informacje dla graczy w pomarańczowych koszulkach. Nie dość, że zdobyli dwa gole z rzędu, to jeszcze na mecz dojechał Arek Zajączkowski, co sugerowało, że za chwilę możemy zobaczyć dość srogi rozjazd między dorobkiem obydwu zespołów. Spotkało nas jednak zaskoczenie. Byczki po dwóch trafieniach Marcina Częścika wyrównały, tyle że tego niezłego wyniku nie były w stanie dowieźć do końca tej części gry. A załatwił ich właśnie Arek Zajączkowski, który tym samym rozpoczął bramkową krucjatę przeciwko Byczkom. Na początku drugiej połowy dołożył trzy trafienia z rzędu i ze stanu 4:3 zrobiło się 7:3. Przegrywający mogli mieć do siebie spore pretensje o ten okres, bo też mieli swoje okazje, lecz ich karabinek się zablokował i wiedzieliśmy, że oni do tego meczu już wrócić nie zdołają. Faworyci bezpiecznie trzymali ich na dystans, a w 32. minucie mogli sobie nawet pozwolić, żeby rzut karny wykonywał Łukasz Świstak. Cały sezon trzymany w „klatce”, wreszcie mógł zdjąć rękawice bramkarskie i trochę sobie ulżyć, zdobywając gola z rzutu karnego, a całość okrasił eleganckim telemarkiem (średnia nota od widzów 18,5). No i w takiej, dość spokojnej atmosferze, bez wielkiej spiny to spotkanie nam upłynęło, a końcowy wynik to 10:6. To oznaczało, że Pobudka skończyła rozgrywki na 4. miejscu. Po meczach rozegranych jeszcze w 2025 roku apetyty mogły być większe, no ale potem sprawy się skomplikowały. Wiele meczów rozegranych z bardzo krótką kołdrą spowodowało, że zespół pogubił punkty, które mogły starczyć do medalu. To na pewno jest temat do przemyśleń dla Łukasza Świstaka, bo sam pomysł grania kolegami z pracy jest czymś, co warto chwalić. Jednak regularność niektórych zawodników była kiepska, dlatego trzeba mieć kogoś w rezerwie, kto w razie braków przyjedzie, wspomoże i spowoduje, że przez 2-3 mecze sezon nie pójdzie na straty. Najważniejsze jednak, że jest tutaj kilku zawodników, na których warto to wszystko budować. Jeszcze więcej materiału do analizy po tym sezonie mają z kolei Byczki. Jesteśmy pewni, że gdyby na początku sezonu ten zespół wygrał kilka meczów, które miał na widelcu, to dziś wydźwięk tego podsumowania byłby inny. Wyników jednak nie było, potem pojawiła się frustracja i można było odnieść wrażenie, że część osób jest tutaj zmęczona sobą nawzajem. Kulminacją był mecz z Mydlarzami. Dlatego przed Dawidem Pływaczewskim trudne zadanie, bo jeśli chęci do kontynuacji przygody z NLH są, to oczyszczenie atmosfery wydaje się być nieuniknione.
Retransmisję wszystkich spotkań czwartej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!