Opis i retransmisja 9.kolejki 2.ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów drugiej ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów drugiej ligi!
Po zdecydowanie najlepszym finale ze wszystkich rozegranych w sezonie 2025/26, Górale sięgnęli po złoto w 2. lidze Nocnej Ligi Halowej!
Ale zanim dobierzemy się do analizy najważniejszego spotkania na zapleczu elity, wpierw kilka słów o innych potyczkach rozegranych 18 lutego. Zaczęliśmy od konfrontacji, która miała nam wyłonić drugiego spadkowicza - Tuba Juniors walczyła z Warsaw Fire. Tym pierwszym do pozostania w 2. lidze wystarczał remis, drudzy musieli wygrać. I łatwo było zauważyć, po której stronie - biorąc pod uwagę frekwencję - determinacja jest większa. Tomek Janus uprosił chyba wszystkich, których mógł, żeby tylko nie mieć sobie później nic do zarzucenia, że zrobił za mało, by wygrać z Tubą. Dość powiedzieć, że w jego szeregach pojawił się dawno wyczekiwany Michał Klaus - gość, który rozegrał mnóstwo spotkań na poziomie Futsal Ekstraklasy. No i co tu dużo mówić - przydał się ;) Swoją jakość udowodnił bardzo szybko, bo już po 4 minutach miał dwie asysty przy bramkach Tomka Janusa. Strażacy błyskawicznie wyrobili sobie przewagę, a w 8. minucie powinni prowadzić 3:0, lecz fantastyczną interwencją na linii bramkowej popisał się grający w polu Kacper Winiarek. Myśleliśmy, że to, co widzimy, będzie już stałym elementem tego spotkania, jednak Tubiarze w końcu wzięli się do roboty. I zrobili to bardzo konkretnie, bo od 12 do 14 minuty zdobyli dwa trafienia i po słabym początku w ich wykonaniu zostało już tylko wspomnienie.
Warsaw Fire, być może trochę zaskoczeni takim obrotem spraw, w pierwszej połowie nic już konkretnego nie wymyślili, a na początku drugiej musieli przyzwyczaić się do nowej sytuacji, bo po trafieniu Kacpra Winiarka pierwszy raz w tym meczu przegrywali. To spotkanie miało jednak swoje fazy i po lepszym fragmencie Tuby przyszła kolej na graczy w czerwonych strojach. W 24. minucie, po błędzie Kamila Sadowskiego, wyrównał Michał Klaus, potem ten sam zawodnik zdobył gola na 4:3, ale Tuba ostudziła zapędy przeciwnika - po trafieniu samobójczym Mariusza Kapsy doprowadziła do stanu 4:4. Do końca spotkania było jeszcze wówczas dużo czasu, ale szala powoli zaczęła się wyraźnie przechylać na stronę Strażaków. Po golu Andrzeja Gruby mieliśmy 5:4, a w 35 minucie było po meczu, gdy czerwoną kartkę za faul faktyczny zobaczył Kacper Winiarek. Grając o jednego mniej, Szymon Gołębiewski i spółka posypali się totalnie i mimo że mecz był równy, to ostatecznie przegrali go aż 4:9. No i to oni znaleźli się po ostatniej kolejce w strefie zaznaczonej w tabeli na czerwono. Myśleliśmy, że to ich nie spotka - przewaga wydawała się bezpieczna, natomiast seria pięciu porażek z rzędu okazała się kluczowa. Ale dalecy jesteśmy od ich krytyki. To jest na pewno zespół na poziomie 2. ligi i naszym zdaniem, jeśli będą chcieli grać u nas dalej, to jeśli tylko nadarzy się taka okazja, powinni zostać na zapleczu elity. Jeżeli jednak nie chcą powtórki z rozrywki, to muszą zadbać o szerszy skład, bo fatalna frekwencja takich graczy jak Michał Nowaczyński czy Rafał Wielądek była głównym czynnikiem, dlaczego skończyli tak, jak skończyli. Z kolei Warsaw Fire zaliczyli naprawdę imponującą końcówkę sezonu i wygrywając dwa ostatnie spotkania z rzędu, utrzymali się w 2. lidze! Widać było, że im na tym zależy, a jeśli w bezpośrednim starciu z najgroźniejszym rywalem udowodnili swoją wyższość, to chyba nie pozostawili nikomu złudzeń, że na pozostanie w przedsionku ekstraklasy po prostu zasłużyli. Brawo.
Trzecie miejsce - taki był chyba realny cel, jaki przed finałową serią gier mogli sobie postawić gracze Ternovitsii. Owszem, przy jakimś ultra korzystnym zbiegu okoliczności mogło się to skończyć lepiej, jednak należało spojrzeć na sprawę realnie. Poza tym - przeciwko Ferajnie United nie wolno było zakładać, że zwycięstwo jest formalnością, chociaż z drugiej strony ekipa Damiana Białka przyjechała na tę potyczkę w bardzo specyficznym składzie. O ile w wyjściowej piątce byli zawodnicy, których dobrze znaliśmy, o tyle ławkę rezerwowych stworzyło dwóch graczy, których widzieliśmy na oczy po raz pierwszy. Ternovitsia kadrowo wyglądała lepiej, no i to ona otworzyła wynik, a konkretnie Serhii Romanovskyi. Potem jednak do głosu doszli rywale - głównie za sprawą żółtej kartki, jaką zobaczył golkiper ekipy z Ukrainy, czyli Danylo Artemenko. Z wolnego podyktowanego za jego przewinienie wyrównał Marcin Makowski, który w ten sposób bardzo fajnie spuentował prawdopodobnie swój ostatni mecz w naszych rozgrywkach. Lada moment drugiego gola dla Ferajny zdobył Patryk Grzelak i Ternovitsia musiała gonić. Okazało się jednak, że to nie jest dla niej problem, a sporo czasu, jaki był do końca pierwszej połowy, wystarczyło, żeby wrócili na prowadzenie. Najpierw wyrównał Roman Onishchuk, a w 18 minucie swojego drugiego gola w meczu zanotował Serhii Romanovskyi. Wiedzieliśmy jednak, że to nie jest koniec emocji, a jeden gol różnicy to zdecydowanie za mało, by cokolwiek tutaj przesądzać.
Ferajna mogła zresztą wyrównać na początku drugiej połowy, lecz nie wykorzystała liczebnej przewagi. Z kolei w 24. minucie błąd przytrafił się Marcinowi Makowskiemu. Nie udało mu się zastawić rywala, co spowodowało, że przeciwnicy przejęli piłkę i za chwilę z gola cieszył się Dmytro Solomiichuk. Ternovitsia złapała trochę wiatru w żagle, a gdy w 30. minucie Ruslan Romanovskyi po raz piąty zmusił do kapitulacji Damiana Białka, zaczęły się pojawiać poważne wątpliwości, czy Ferajna zdoła tutaj jeszcze cokolwiek ugrać. W sukurs przyszli jednak przeciwnicy. Po dwóch przewinieniach we własnym polu karnym, z czego szczególnie drugie było niepotrzebne, Patryk Grzelak zdobył dwa gole z rzutów karnych dla ekipy w białych strojach i Ternovitsia mogła odczuć niepokój, czy na pewno dowiezie trzy punkty do końca. Pojawiło się trochę nerwów, jednak Ferajna nie potrafiła dorzucić nic więcej do swojego dorobku i przegrała ostatecznie różnicą jednego gola. Jak na skład, którym przyjechała, to chyba i tak więcej, niż mogła tutaj zakładać, a z drugiej strony boli, że nie było wielu ważnych graczy, bo to był mecz spokojnie do wygrania. Finalnie obóz Damiana Białka skończył zmagania na 6. miejscu, co ani nie może specjalnie cieszyć, ani też nie jest powodem do wstydu. Bez wątpienia jednak, gdyby w ich drużynie regularność najlepszych zawodników była większa, to spokojnie mogliby się zakręcić w okolicach podium. Tym samym kolejny sezon kończą z poczuciem niedosytu. Odwrotnie z kolei Ternovitsia. Według nas oni ugrali w tej edycji maksimum. Na awans byli trochę za słabi, dla ekip z dołu tabeli za silni. Sama gra też w wielu meczach pozostawiała wiele do życzenia, ale był to głównie efekt wielu zmian kadrowych oraz tego, że długo nie mogli skorzystać ze swojego najlepszego zawodnika - Volodymyra Hrodovyia. Mając to na uwadze, brązowe medale powinny im naprawdę dobrze smakować.
Praktycznie żadnego ciężaru gatunkowego nie niósł za sobą mecz Goat Life Sport z KS Seta. Bez względu na wynik ani jedni, ani drudzy nie mogli zmienić swojej pozycji w tabeli. Secie to oczywiście nie przeszkadzało, bo oni byli pewni utrzymania w 2. lidze, natomiast podopieczni Kamila Kozłowskiego mieli świadomość, że walczą jedynie o godne pożegnanie się z tym poziomem rozgrywkowym, bo ich spadek - i to z ostatniego miejsca - został przyklepany już tydzień wcześniej. I w sumie nie wiedzieliśmy, czego po tym meczu oczekiwać. Seta miała mieć zresztą dość wąski skład, ale okazało się, że w miarę rozwoju spotkania dojechał choćby Mateusz Hopcia, było kilku rezerwowych i to powodowało, że to w nich upatrywaliśmy lekkiego faworyta. Po stronie Goatów zabrakło natomiast Pawła Głuszka, natomiast to nie przeszkodziło przyszłym trzecioligowcom, żeby solidnie się tutaj zaprezentować. I tak jak mogliśmy się spodziewać, mecz był dość otwarty, bloki obronne niezbyt konsekwentne w wykonywaniu swoich założeń i dzięki temu sporo się tutaj działo. A zaczęło się od dwubramkowego prowadzenia graczy w czarnych koszulkach. W 7. minucie stratę Kacpra Zielaskiewicza z Sety wykorzystali na spółkę Grzesiek Kowerski i Mateusz Kubalski, a w 10. minucie trafienie samobójcze zanotował Mateusz Dąbrowski. 0:2 to był zresztą dość niski wymiar kary, bo miejscowi grali niemrawo, ale wiedzieliśmy, że wreszcie się odpalą. No i stało się tak dzięki Patrykowi Sadurkowi. To jego szybkie dwa gole z rzędu spowodowały, że mecz zaczął się praktycznie na nowo. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało jednak do Goatsów, a konkretnie do Sebastiana Sasina, który po przyjeździe Maćka Kryśkiewicza mógł opuścić bramkę i zaczął robić swoje w polu.
Do przerwy mieliśmy więc jednego gola różnicy, ale tutaj absolutnie nie mogło się skończyć na zaledwie pięciu bramkach. I chociaż pierwszy cios w drugiej odsłonie wyprowadziła Seta, a konkretnie wspomniany Patryk Sadurek, który skompletował hat-tricka, to potem gole zdobywali już tylko gracze Goat Life Sport. Oczywiście nie było tak, że tylko oni kreowali okazje, jednak skuteczność mieli na nieporównywalnie wyższym poziomie aniżeli środowi konkurenci. W 31. minucie prowadzenie przywrócił im Sebastian Sasin, lada moment do meczowego protokołu wpisał się niezwykle ambitny Mateusz Kubalski, a tuż przed końcem sprawę trzech punktów zamknął Grzesiek Kowerski. No i fajnie, że Goaci mieli swój moment chwały na koniec sezonu. Nie przyjechali tutaj jedynie odbębnić sprawy i można żałować, że to zwycięstwo, które mogło ich w drugiej części sezonu trochę nakręcić, przyszło tak późno. Ale i tak, biorąc pod uwagę całokształt, dość długo odsuwali od siebie przeznaczenie, jakim niechybnie był spadek do 3. ligi. W końcu jednak przyszła „kryska na Matyska” i sporo jest w tym ich winy, bo w kilku spotkaniach aż prosiło się o zwycięstwo, lecz po prostu brakowało im jakości. Ciekawe, jakie będą ich dalsze losy, zwłaszcza jeśli nie znajdzie się dla nich miejsce w 2. lidze. Seta natomiast trochę rozczarowała w tej ostatniej potyczce. Bo naprawdę skład był na tyle solidny, że powinien tutaj wystarczyć do wygranej. Być może jednak trzy punkty, które niczego nie zmieniały, nie były dla nich wystarczającym motywatorem. 7. miejsce powodem do dumy być nie może, szczególnie że po dwóch kolejkach byli w samym czubie tabeli. Snuliśmy dla nich wizję medalową, co patrząc na tabelę dziś wygląda trochę zabawnie. To jednak tylko pokazuje, jak bardzo nieprzewidywalna to jest ekipa i nie spodziewamy się, by w niedalekiej przyszłości coś się w tej kwestii zmieniło.
No i jesteśmy już przy najważniejszym ze wszystkich - nie tylko w tej kolejce, ale w całym sezonie 2. ligi - meczu, który miał rozstrzygnąć, kto z dwójki FSK Kolos – Górale sięgnie po mistrzowski tytuł. Oczywiście należy dodać, że Kolos do pełni szczęścia potrzebował tutaj nie tylko wygranej, ale też dobrych informacji z meczu Everestu z Gato. Nie było jednak sensu się tym zajmować, bo prawdziwe wyzwanie było dosłownie na wprost nich. Górale przyjechali tutaj w jednym celu, w świetnym składzie, gdzie odkopali nawet Mikołaja Tokaja, co dobitnie pokazywało, jak bardzo im zależało na sukcesie. Kolos takiego komfortu nie miał. Owszem, dojechał Pawel Paduk, ale nie było tego, na którego tutaj liczyliśmy, czyli Nazara Rusiaka. To zwiększało szanse Górali, aczkolwiek to był jeden z takich meczów, gdzie wszystko mogło się zdarzyć. Początek, tak jak można się było spodziewać, był spokojny. Wzajemny szacunek był tutaj czymś absolutnie zrozumiałym, podobnie jak wyważenie proporcji między ryzykiem a wyczekiwaniem na błąd. W 10. minucie prowadzenie mógł objąć Kolos, lecz Volodymyr Grabowski w bardzo dogodnej sytuacji nie zmieścił piłki w bramce. Lada moment między słupkami Górali pojawił się za to Rafał Sosnowski. Ta klasyczna zmiana w zespole Marcina Lacha okazała się momentem przełomowym. To właśnie Rafał w 13. minucie popisał się świetnym strzałem z dystansu i otworzył nam to spotkanie. Lada moment golkiper Górali mógł po indywidualnym rajdzie podwyższyć na 2:0, a dobrą okazję miał też Wojtek Wocial. Widać było, na kogo lepiej wpłynęło premierowe trafienie, aczkolwiek wydawało się, że Kolos przetrwa do końca pierwszej połowy bez kolejnych strat. Tak się jednak nie stało. W 20. minucie nikt nie przerwał kontry przeciwników, którą wykończył Wojtek Wocial, a potem ten sam zawodnik strzałem z klatki piersiowej podwyższył na 3:0 i prowadzący schodzili na przerwę w doskonałych nastrojach. Gwarancji wygranej jeszcze nie było, ale wydawało się, że zawodnicy w szarych koszulkach zrobili ku temu praktycznie milowy krok.
Kolos nie dał jednak za wygraną. Od początku drugiej połowy wyszedł na parkiet z lotnym bramkarzem, starał się szybko próbować odbierać piłkę rywalom i niedługo musieliśmy czekać na pierwsze efekty. Nie minęło 60 sekund, a Pawel Paduk odrobił część strat, a w 26. minucie ten zawodnik zdobył bramkę kontaktową, która tutaj wisiała w powietrzu, bo Górale wyraźnie się pogubili. Na plac musiał wrócić Filip Góral i to on w kapitalny sposób przywrócił oddech swojej drużynie. Najpierw wprowadził piłkę na połowę rywala, zagrał do Kacpra Smoderka, a lada moment uderzeniem z główki skierował ją do bramki Kolosa. Górale na jakiś czas odzyskali równowagę, a potem znowu przypomniał o sobie Wojtek Wocial. To, w jaki sposób zdobył on trafienie na 5:2, niemal z zerowego kąta, wie tylko on sam. Lecz nawet to nie złamało Kolosa. Gracze z Ukrainy słyną z ogromnej zawziętości i oni podjęli tutaj jeszcze jedną próbę powrotu do spotkania. I byli blisko celu. W 35. i 36. minucie dwa trafienia z rzędu zanotował Andrii Pavelko i zrobiło się gorąco. Przegrywający szukali kolejnych szans, jednak nerwy i zmęczenie chyba zrobiły swoje, bo nie byli w stanie pokusić się o bramkę, która rozpaliłaby parkiet do czerwoności. Na domiar złego w 38. minucie błąd popełnił Ivan Pastukh. Złe zagranie przejął Wojtek Wocial, który podciągnął z piłką kilka metrów i uderzył na pustą bramkę. Zmiescił futsalówkę idealnie, a wraz z momentem, gdy przekroczyła ona linię bramkową, z Kolosa zeszło całkowicie powietrze. Tutaj nic nie mogło się już wydarzyć i tym sposobem GÓRALE ZOSTALI MISTRZAMI 2. LIGI W SEZONIE 2025/26! To był świetny, emocjonujący finał, godny dwóch bardzo mocnych zespołów, które stworzyły widowisko spokojnie na miarę 1. ligi. Zwycięzcy mieli w swoich szeregach człowieka, który czego by nie dotknął i bez względu na to, w jaki sposób to robił, wszystko zamieniał w złoto. Ale cała drużyna Górali zagrała odpowiedzialnie i dotrzymywała kroku swojemu liderowi, udowadniając, że gdy tylko chce im się grać na 100% możliwości, są w stanie dokonywać wielkich rzeczy. I na to liczymy już w 1. lidze, gdzie nie możemy się doczekać ich meczów z ligową śmietanką. Gratulacje, panowie! A Kolos? Zrobili, ile mogli i absolutnie nie wolno im odmówić chęci. W naszej ocenie mieli jednak za mało zawodników, którzy mogli tutaj zmienić obraz wydarzeń. Grali zrywami, dobre momenty przeplatali słabymi i skończyło się na tym, że nie tylko nie wywalczyli awansu, lecz nawet medalu. Mimo wszystko trochę ich usprawiedliwiamy, bo to świetna drużyna, która w drugiej części sezonu bardziej niż z rywalami walczyła trochę z przeciwnościami losu. Dlatego trzymamy kciuki, by w grudniu wróciła silniejsza. Jej miejsce jest bowiem bezsprzecznie w 1. lidze.

Ostatni mecz drugiego poziomu rozgrywkowego, w związku z wynikiem, jakim zakończyło się starcie Kolosa z Góralami, przestał być w oczach osób postronnych widowiskiem godnym uwagi. Everest był bowiem pewny, że skończy na 2. miejscu, a Gato FS nie miało już szans, by powalczyć o podium. Ale to absolutnie nie zmieniało podejścia samych drużyn, bo wiemy, że one się znają, szanują i w meczu mistrzowskim jedni chcieli udowodnić drugim, że są po prostu lepsi. Faworytem był rzecz jasna Everest, będący w świetnej formie, ale Gato również udowodniło, że potrafi rywalizować z najlepszymi, dlatego tutaj zakładaliśmy, że wszystko rozstrzygnie się dopiero w samej końcówce. No i zawiedliśmy się. Co więcej – to zespół Andrija Rosinskiego prowadził w tym spotkaniu przez większość czasu i zwłaszcza w pierwszej połowie był po prostu konkretniejszy. Zaczęło się od gola Yaroslava Burlachenki, lecz w 9 minucie wyrównał Alex Arutiunov. Podobny schemat zanotowaliśmy chwilę później - najpierw bramkę dla graczy w żółtych trykotach zdobył Artem Kopus, lecz odpowiedź Everestu, a konkretnie Vladyslava Burdy, była błyskawiczna. Ale już finałowa część premierowej odsłony zdecydowanie należała do Gato. Najpierw na 3:2 bramkę zdobył Andrei Fatuyeu, a potem błąd popełnił golkiper wicemistrzów 2. ligi, Yevhenii Lavrynenko. Z prezentu skorzystał Andrii Rosinski i do przerwy mieliśmy małą niespodziankę, bo tak należało odczytywać przewagę dwóch goli na korzyść niżej notowanej ekipy.
A jak wyglądała druga połowa? Nadal oglądaliśmy wyrównane starcie, chociaż Everest z każdą minutą był coraz groźniejszy. Pomagała w tym zmiana, jaką zespół Yosifa Manuchariana zaordynował w przerwie, gdy nominalnego bramkarza zmienił dużo bardziej ofensywnie grający Daniil Bobrov. W 23. minucie mogło być jednak nawet 5:2, lecz z bliska doskonałej okazji nie wykorzystał Andrei Fatuyeu. Dziś możemy gdybać, co byłoby, gdyby ten filigranowy zawodnik zdobył wówczas gola. Maszyna Everestu rozkręcała się bowiem coraz bardziej, a w 28. minucie sędziowie podyktowali dla nich rzut karny po zagraniu ręką Serhija Kalutskiego. Wapno na gola zamienił Illia Shemanuev. Faworytom brakowało już tylko jednego trafienia do remisu i widać było, że powoli wiercą dziurę w murze przeciwnika. No i wywiercili - praktycznie przed samym końcem spotkania. Dwie niemal identyczne akcje zakończyły się dwoma golami. W obu przypadkach Vladyslav Burda posyłał piłki na dalszy słupek, a ekipa Gato kompletnie nie wyciągała wniosków i dwa razy dała się zaskoczyć, gdy będący totalnie bez krycia Alex Arutiunov wpychał futsalówkę do bramki. Pech chciał, że gdy zrobił to za drugim razem, do końca meczu było już bardzo mało czasu i gracze Gato nie zdążyli odpowiedzieć. No i w naszej ocenie przegrali przynajmniej zremisowany mecz. Podział punktów byłby tutaj sprawiedliwy, ale Everest pokazał, że potrafi zachować zimną krew w decydujących momentach. Tym samym Gato zakończyło rozgrywki na piątym miejscu, dobrze oddającym potencjał tej drużyny. Solidni, dobrze poukładani, chociaż w dużej mierze trochę uzależnieni od Yaroslava Burlachenki - gdzie choćby mecz z Tubą pokazał, jak bez niego ciężko zdobywa im się gole. Tutaj na pewno trzeba pomyśleć nad alternatywą. Ale ogólnie sezon na plus. Everest natomiast pokazał, że taktycznie to pewnie jedna z najlepiej ułożonych drużyn w rozgrywkach. Może nie są bardzo efektowni, lecz konsekwencją w grze potrafili wybić z głowy futsal drużynom, które na papierze wyglądały znacznie lepiej. I to jest sygnał dla tej ekipy, żeby nie bać się pierwszej ligi. Bo kogo oni mają tam się bać? Kartonatu? Łabędzi? Dlatego tym razem im nie podarujemy i jeśli okaże się, że będzie nam brakowało drużyny w elicie NLH, to nie damy sobie wmówić, że oni są na 1. ligę za słabi.
Retransmisję wszystkich spotkań drugiej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!