Opis i retransmisja 9.kolejki 5.ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów piątej ligi!
Zapraszamy do przeczytania opisu i obejrzenia retransmisji z meczów piątej ligi!
Pierwsza porażka w sezonie Na Fantazji okazała się dla tej ekipy bolesna w skutkach. Mistrzami 5. ligi zostali ich niedzielni pogromcy – Piłkarzyki!
Na najniższym szczeblu rozgrywek mecz o wszystko został rozegrany na samym końcu. Przyszło nam więc trochę poczekać, zanim poznaliśmy ostateczne rozstrzygnięcia, a jako pierwsza przystawka poszło spotkanie Biancoverdi z Ciętą Szkocką. Ci drudzy zwycięstwem mogli jeszcze zaatakować szóste miejsce, z kolei podopieczni Piotrka Kacperskiego, bez względu na wynik, i tak pozostaliby na przedostatniej lokacie. Ale biorąc pod uwagę, że siedem dni wcześniej stoczyli bardzo zacięty bój z Fantazją, mogli sobie zadać pytanie - czemu mielibyśmy nie zapunktować ze Szkotami? No i zwłaszcza w pierwszej połowie te myśli mogły się zintensyfikować. Biancoverdi zaliczyli bowiem dobry start - już w 1. minucie stworzyli sobie bardzo dobrą okazję, którą zmarnował Patryk Wendorff, ale kilka chwil później, za sprawą Kuby Kisielińskiego, i tak objęli prowadzenie. Szkoda z ich perspektywy, że nie udało się tego wyniku trochę dłużej przetrzymać, bo już 120 sekund później był remis po trafieniu Łukasza Dolińskiego. To jednak nie okazało się początkiem końca emocji w tej potyczce. Okazje nadal były z obu stron, a ostatni gol w pierwszej połowie padł ze stałego fragmentu gry, skutecznie wyegzekwowanego przez Łukasza Dolińskiego. Ten gość dopiero się zresztą rozkręcał, bo w drugiej połowie totalnie zdominował to, co widzieliśmy na placu gry. W 24. minucie skorzystał z podania swojego brata Kacpra i było 3:1, a potem panowie się zamienili i na 4:1 podwyższył Kacper Doliński.
To już był sygnał, że Biancoverdi nie podniosą się w tym meczu. Lada moment zrobiło się 5:1 i biorąc pod uwagę, że gracze Piotrka Kacperskiego potrafią tracić gole hurtowo, zaczęliśmy się obawiać, jak to się może skończyć. Ale udało im się nie tylko powstrzymać strzelecki marsz przeciwnika, ale nawet samemu zanotować mini serię i po dwóch trafieniach, którymi podzielili się Patryk Wendorff oraz Dominik Borówka, różnica goli stopniała do dwóch trafień. Oczywiście nie było tutaj potencjału na niespodziankę, bo czas gonił nieubłaganie, a dodatkowo sędzia w 39. minucie ukarał żółtą kartką Dominika Borówkę, co Cięta Szkocka wykorzystała, a Łukasz Doliński dorzucił do swojego dorobku dwa gole. Triumfatorzy zanotowali tym samym trzecie zwycięstwo z rzędu i pewnie mogą żałować, że w Nocnej Lidze nie ma rewanżów. Bo oni naprawdę osiągnęli fajną formę i kto wie, jakby to się mogło dla nich skończyć. Ale nawet to szóste miejsce, biorąc pod uwagę kiepską pierwszą część zmagań, należy uznać za sukces. Ten zespół fajnie się rozwija i bogatszy o doświadczenie z tego sezonu będzie groźny w kolejnym. Podobnej laurki na razie nie można wystawić Biancoverdim. Oczywiście różnica względem tego, co ta drużyna grała jako Newer Giw Ap rok temu, jest kolosalna, ale trudno powiedzieć, czy jedno zwycięstwo i dosłownie 1–2 mecze, gdzie byli jeszcze dość blisko punktów, to coś, co ich satysfakcjonuje. Dystans do najlepszych wciąż jest jednak dość duży i zobaczymy, czy w kolejnej edycji podejmą próbę, by znów choć trochę go zmniejszyć.
O ile Biancoverdi mogli się pochwalić, że tę jedną wygraną udało im się zanotować, o tyle TPS Azbest miał w niedzielę ostatnią okazję, by sprawdzić, jak smakują nocnoligowe punkty. I była na to jakaś szansa, bo rywalem był Klimag.pl, który w tabeli był dosłownie o dwie pozycje wyżej. Jednak nie wolno było lekceważyć choćby ostatniego wyniku ekipy Piotrka Miętusa, bo wygrana z Klikersami wyraźnie pokazywała, że ta drużyna potrafi grać znacznie lepiej, niż wskazywała na to ligowa hierarchia. Jednego byliśmy pewni - że nawet jeśli faworyci odniosą tutaj zwycięstwo, to nie będzie żadnego pogromu, a wynik będzie na tyle niewysoki, że stworzy to jakąś szansę Azbestowi. No i to się potwierdziło. Owszem, przewaga była po stronie graczy w niebieskich koszulkach, ale do jakiejkolwiek kontroli nad meczem było daleko. Być może szybciej udałoby się ją osiągnąć, gdyby wpadła pierwsza bramka, ale na nią trochę musieliśmy poczekać. W początkowej fazie najlepszą okazję zmarnował Rafał Kuchta, były też inne sytuacje, gdzie jednak brakowało cierpliwości w wykończeniu. No i w końcu na pomoc przeciwnikom musiał przyjść Karol Januszko. Chwaliliśmy tego zawodnika ostatnio, ale tym razem zachował się źle - stracił piłkę na rzecz Daniela Szulborskiego i ten nie omieszkał wykorzystać prezentu. Azbest potrafił jednak w ładny sposób odpowiedzieć. Tomek Pogorzelski zagrał w pole karne, a niekryty Michał Pidgaynyi ładnie wyskoczył do piłki i z główki pokonał wściekłego na kolegów Mikołaja Rokitę. I golkiper dawnej Jogi miał rację, bo jeśli to miało tak wyglądać dalej, to Klimag prosił się trochę o sensację. Na szczęście jeszcze przed przerwą faworyci wrócili na prowadzenie, ponownie za sprawą Daniela Szulborskiego.
Wynik 2:1 utrzymał się bardzo długo. Nikt przez kilkanaście minut drugiej połowy nie był w stanie dokonać jakichkolwiek zmian na tablicy świetlnej. Kluczowa okazała się 34. minuta. Najpierw okazję miał Azbest, a konkretnie ich bramkarz Maciek Wojdyna, który popisał się bardzo mocnym strzałem z dystansu, ale ten zatrzymał się na słupku. Chwilę później poszła akcja w drugą stronę, a tam Daniel Szulborski był bezlitosny dla oponentów i skompletował hat-tricka. Za chwilę czwarte trafienie dołożył Kuba Pełka i dopiero wtedy stało się jasne, że tutaj niespodzianki nie będzie. Końcówka należała do Azbestu, a konkretnie do Mateusza Szukały, który po zabraniu piłki Piotrkowi Miętusowi wymanewrował bramkarza i ustalił wynik na 4:2. No i można powiedzieć, że takiego rozstrzygnięcia się tutaj spodziewaliśmy. Klimag wymęczył te trzy punkty, ale jednak pokazał, że od tych najsłabszych ekip w tabeli był zespołem znacznie lepszym. I wcale nie tak daleko było mu do tych najlepszych. Gdyby była tutaj większa regularność kluczowych zawodników, to spokojnie mogło to się zakręcić w okolicach 4-5 miejsca. Na lepszą pozycję nie było za to perspektyw w wykonaniu Azbestu. W praktycznie żadnym meczu nie byli blisko zdobycia punktów, a wyraźnie widoczne były braki szczególnie w sferze taktycznej. Sytuację dodatkowo skomplikowały problemy z bramkarzem, przez co stało się jasne, że na swoje pierwsze zwycięstwo w Nocnej Lidze będą musieli jeszcze poczekać. Czy w przyszłym sezonie podejmą rękawicę w tej kwestii? Mamy nadzieję, że tak i że sportowa ambicja sprawi, że historia rozgrywek nie zapamięta ich jako zespołu, który odszedł bez choćby jednej wygranej.
5. miejsce - taka była z kolei stawka rywalizacji między Piorunem a Klikersami. Ci pierwsi w ostatnich tygodniach imponowali dyspozycją, a to, co zrobili z SDK Warszawa, powodowało, że trudno było nie stawiać ich w roli faworyta w ostatniej kolejce. Tym bardziej że Klikersi byli bezpośrednio po przegranej z Klimagiem, gdzie zwłaszcza w defensywie zaprezentowali się bardzo słabo. Dodatkowej pikanterii temu spotkaniu nadawał fakt, że część zawodników jednej i drugiej ekipy dobrze się znała, więc ciężko było czymkolwiek zaskoczyć przeciwnika. No ale mimo wszystko wyobrażaliśmy sobie, że Piorun będzie miał przewagę i ostatecznie zgarnie tutaj trzy punkty. Jednak to spotkanie nie układało mu się. Już w 4. minucie gola dla Klikersów zdobył Piotrek Wąsowski, a potem ten sam zawodnik wykorzystał zagranie w polu karnym od Krzyśka Gila i podwyższył na 2:0. Lepszego sygnału, że trzeba wziąć się do roboty, Piorun dostać nie mógł. No i powoli wchodził na wyższe obroty, a punktem zaczepienia miał być gol, jaki w 14. minucie zdobył dawno nieoglądany na nocnoligowych parkietach Krzysiek Zawadzki. Jednak w pierwszej połowie więcej bramek już nie padło i byliśmy ciekawi, jaki przebieg będzie miała druga.
Ta mogła się zacząć świetnie dla zespołu z Rembertowa, lecz Alek Prządka przeczytał zamiary Michała Szukiela i nie pozwolił doprowadzić do remisu. Co się jednak odwlekło, to nie uciekło, bo w 26. minucie obrona Klikersów pozostawiła bez opieki Tadka Wolskiego, który dostał świetne podanie od Mikołaja Świderskiego i mieliśmy remis. I trudno było w tamtym momencie nie założyć, że to Piorun ma większe szanse na kolejne trafienie, które mogło się tutaj okazać decydujące. No ale okazje były tak naprawdę po obu stronach. Jedną zmarnował Krzysiek Zawadzki, a potem dwóch - i to z kategorii sam na sam - nie zamknął Piotrek Wąsowski. Czas mijał, wynik się nie zmieniał i myśleliśmy, że na tym podziale punktów, skądinąd zasłużonym, się skończy. Ale Klikersi na kilkadziesiąt sekund przed końcem pokusili się jeszcze o jedną akcję. Można powiedzieć, że tego nie mógł zrobić inny duet niż Stasiek Leszczyński - Piotrek Wąsowski, bo ten pierwszy akcję zaczął, potem dostał dobrą piłkę w tempo i strzałem obok Mikołaja Świderskiego spowodował, że to Klikersi rzutem na taśmę zgarnęli tutaj pełną pulę! I to oni skończyli rozgrywki w górnej połowie tabeli, co zresztą bardzo ich ucieszyło. Nie dziwimy się. To był bardzo dobry sezon w ich wykonaniu. Można wręcz stwierdzić, że tylko w jednym meczu zagrali troszkę poniżej oczekiwań, lecz we wszystkich pozostałych wycisnęli maksimum, a może nawet więcej. I polecamy ich jako przykład drużyny, która mądrymi ruchami kadrowymi, ale nie zaburzającymi atmosfery w zespole, zdobywa kolejne szczebelki w ligowej tabeli. Brawo. Słowa uznania, mimo porażki, należą się też za ten sezon Piorunowi. W wielu spotkaniach brakowało im skuteczności, bo pod względem samej kultury gry czy kreowania okazji to spokojnie byli w top 5 całej ligi. Dlatego tutaj naprawdę trzeba niewiele dołożyć, żeby w kolejnej edycji - o ile rzecz jasna do niej przystąpią - na podwalinach z tego sezonu zbudować ekipę bijącą się o najwyższe cele.
A o godzinie 21:45 doszło do starcia dwóch, być może najbardziej rozczarowanych ekip tego sezonu. Ale mogło być jeszcze gorzej, bo chociaż zawodnicy SDK i Gawulonu mierzyli w miejsca 1–2, to nie dość, że ta perspektywa już odjechała, to dla jednej z nich miało zabraknąć miejsca nawet na podium. A to byłby duży cios, biorąc pod uwagę trzymiesięczny wysiłek, gdzie spokojnie można stwierdzić, że jedni i drudzy zasłużyli, by coś po tym sezonie wrzucić do gabloty. Do tego czarnego scenariusza bliżej było chyba SDK, bo oni na ostatnią kolejkę przyjechali osłabieni. Nie było Kamila Wawrzonkowskiego, no i przede wszystkim Sebastiana Sobieszczuka. To bardzo ograniczało możliwości ekipie Alexa Wolskiego, a sam kapitan też miał swoje problemy, bo rywalizował z opatrunkiem na dłoni. Gawulon zagrał natomiast niemal na galowo, a z zawodników, którzy mogli tutaj zrobić różnicę, brakowało przede wszystkim Kuby Urbana. No i to wszystko przełożyło się na to, co widzieliśmy na parkiecie. Miejscowi byli od samego początku drużyną konkretniejszą i już w 50. sekundzie objęli prowadzenie po trafieniu Patryka Niemyjskiego. Zespół SDK niby miał posiadanie piłki, lecz na nic konkretnego to się nie przekładało i w 11. minucie ta ekipa musiała już odrabiać dwa gole straty. Widzieliśmy to marnie. Sygnał, że nie wszystko jest jeszcze stracone, wyszedł jednak od kapitana. Alex Wolski w 18. minucie uprzedził Michała Totę, przejął piłkę, a potem umieścił ją w bramce oponentów. Wynik 1:2 pozostał końcowym w pierwszej połowie, chociaż Gawulon miał jeszcze okazję, by wrócić na dwubramowe prowadzenie.
W drugiej odsłonie pierwszą dogodną okazję stworzyli zawodnicy ze stolicy, lecz Kacper Jankowski nie zdołał wpisać się na listę strzelców. Potem festiwal nieskuteczności zaprezentował z kolei Marcin Zakrzewski, który potrzebował goli, by wspiąć się na czoło klasyfikacji strzelców. Nic mu jednak nie chciało wpaść, co o mało nie skończyło się karą w postaci trafienia dla oponentów. W 33. minucie okazji nie wykorzystał Piotrek Onopiuk, a potem Kacper Jankowski. Kluczowe zdarzenie dla wyniku tego meczu miało miejsce chwilę później. Sędzia ukarał żółtą kartką Marcina Zakrzewskiego oraz Roberta Kwapisza, a więcej miejsca na parkiecie lepiej wykorzystali gracze Gawulonu, którzy zdobyli gola na 3:1 i byli o włos od brązowych medali. Przeciwnicy musieli już zaryzykować, lecz ich próby nie tylko nie przyniosły żadnego efektu, jeśli chodzi o ofensywę, ale stracili jeszcze dwa gole i przegrali 1:5. Za wysoko jak na to, co widzieliśmy na parkiecie, natomiast nie miało to już pewnie dla przegranych wielkiego znaczenia. Tak jak napisaliśmy - szkoda, że na tak ważną potyczkę nie zebrali się w komplecie, ale to nie zmienia naszego zdania, że ten sezon, zwłaszcza biorąc pod uwagę poprzedni, gdzie trochę inaczej się nazywali, był w ich wykonaniu bardzo solidny. Oskar Kwapisz i Sebastian Sobieszczuk wnieśli sporo jakości, podobnie jak Piotrek Onopiuk. Zresztą - wyłączając aspekt piłkarski - oni i tak są na swój sposób zwycięzcami tej edycji. Przystąpili bowiem do rozgrywek nie tylko z myślą o rywalizacji sportowej, ale również po to, by nagłośnić zbiórkę na rzecz chorej Natalki. Cel udało się osiągnąć - potrzebna kwota została zebrana, a ich obecność w lidze przełożyła się na realną pomoc. To jest pewnie więcej warte niż jakikolwiek medal. Jeśli zaś chodzi o Gawulon, to na pewno tą wygraną trochę poprawili sobie humory. Szkoda na pewno porażki z Ciętą Szkocką, bo gdyby nie ona, to byłoby srebro i awans. Jednak w ich przypadku, podobnie jak przy okazji Klikersów, trzeba spojrzeć nie na miejsce, które zajęli, ale na pozycję, z której startowali. Bo rok temu byli czerwoną latarnią 5. ligi i to pokazuje, ile może się zmienić na lepsze przez 12 miesięcy.
Nasza podróż po opisach meczów w 19. edycji powoli dobiega końca. Ostatnim spotkaniem rozgrywek było to, które miało rozstrzygnąć, kto zgarnie mistrzostwo na 5. poziomie rozgrywek - Piłkarzyki potrzebowały do tego remisu, Na Fantazji musiało wygrać. Rok temu, gdy te ekipy także się spotkały, chociaż w innych okolicznościach, minimalnie lepsi okazali się gracze Dominika Skowrońskiego, triumfując 4:3. I być może już tamta potyczka powinna nam dać trochę do myślenia, zwłaszcza że w pewnym momencie było już 4:0 dla zespołu z Wołomina. A jak to wyglądało tym razem? Można powiedzieć, że praktycznie tak samo, jak w poprzednich spotkaniach z udziałem Fantazji. No ale niestety - to nie była dobra informacja, bo oni w minionych tygodniach wyraźnie obniżyli formę i jak się okazało - nie byli w stanie wejść na wyższy poziom również wtedy, gdy potrzebowali tego najbardziej. Pierwszego gola stracili w 3. minucie. Marcin Marciniak odbił co prawda nogą strzał Daniela Jurczuka, ale na taką okoliczność był już gotowy Michał Kulesza i nie miał problemów z wpakowaniem piłki do bramki. Ten dobry początek pozytywnie nastroił Piłkarzyki. Oni w swojej grze byli po prostu konkretni, a z prób akcji Fantazji nic nie wychodziło. Nie było więc dziwne, że w 11. minucie było już 2:0, gdy świetnym strzałem pod poprzeczkę popisał się Dominik Skowroński. I chyba dopiero przed upływem kwadransa pojawiła się tutaj pierwsza dogodna okazja dla Fantazji. Miał ją Adrian Baranowski, lecz Rafał Kudrzycki nie dał się zaskoczyć. Do przerwy mieliśmy więc zasłużone prowadzenie liderów rozgrywek, którzy byli bardzo blisko końcowego sukcesu.
A na starcie finałowej odsłony po prostu zdeklasowali przeciwnika! Dwa szybkie gole Michała Kuleszy podwoiły ich prowadzenie, a trafienie na 5:0 to już klepka w ich wykonaniu, po której defensywa przegrywających mogła tylko patrzeć, jak rywale rozbijają ich w pył. Tutaj nie mogło się już nic wydarzyć. Ekipa Kuby Godlewskiego jeszcze próbowała powalczyć, zdobyła nawet dwa gole, ale Piłkarzyki na wszelki wypadek odpowiedziały trafieniem Roberta Rozentalskiego. Ostatnie słowo należało do Fantazji, konkretnie do Kamila Osowskiego, jednak to nie miało już żadnego znaczenia dla końcowego rozstrzygnięcia. PIŁKARZYKI MISTRZEM 5. LIGI W SEZONIE 2025/26! No i trzeba im oddać, że jeśli byłby jakiś wzór niemal perfekcyjnie rozegranego wielkiego finału, to ten mecz w ich wykonaniu spokojnie mógłby służyć jako doskonały przykład. Pełna kontrola, skuteczność, totalna neutralizacja przeciwnika - wszystko się tutaj zgadzało. Tego dnia to nie byli Piłkarzyki, to byli Panowie Piłkarze. Duża klasa! Fantazja nie ma chyba z kolei co rozpaczać. Na to się po prostu trochę zapowiadało, widząc ich ostatnie występy. Brakowało też kogoś, kto w tych trudnych okolicznościach wziąłby ciężar gry na siebie i zrobił coś z niczego. Mówi się trudno i nie ma też może co rozpaczać, bo nie o to chodzi, żeby to przyćmiło dorobek chłopaków z ostatnich trzech miesięcy. O ile bowiem do pełni szczęścia zabrakło niewiele, to niczego nie zabrakło, by ten sezon uznać w ich wykonaniu za naprawdę udany.

Retransmisję wszystkich spotkań piątej ligi (z komentarzem) można obejrzeć poniżej. Video jest dostępne w jakości HD. Wystarczy że kołowrotkiem ustawicie opcję 1080p60 HD i będziecie mogli cieszyć wzrok najwyższej jakości obrazem. Za każdą subskrypcję czy polubienie materiału na stronie YouTube - z góry dziękujemy! Jednocześnie prosimy Was o weryfikację statystyk z Waszych meczów - jeśli znajdziecie jakiś błąd, to prosimy o jak najszybszą informację.
Komentarze (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!